Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żywiec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żywiec. Pokaż wszystkie posty

8 stycznia 2015

Jukace 2015

O Jukacach było dziesięć miesięcy temu, dzisiejsza harmonijka pocztówkowa jest tylko przypomnieniem tamtego posta. (Swoją drogą – nic mnie w blogu nie rozczarowuje bardziej niż błyskawiczne obumieranie postów). Kolejny raz dotarłem na Jukace, choć nie miałem tego w planach – chcieliśmy zrobić w Nowy Rok wycieczkę górską, ale pogoda – śnieżek przechodzący w mżawkę, zachmurzenie zupełne – była tak zniechęcająca, że zamiast w górach wylądowaliśmy w Żywcu. Harmonijka:

25 kwietnia 2014

Dworzec w Żywcu (Linia kolejowa 139, odc. 10)

Nie całkiem zgodnie z zamiarami (bo temat Czechowic-Dziedzic i ich osiedli pracowniczych jest daleki od wyczerpania) w podróżach wzdłuż linii kolejowej 139 okolicznościowo przeniosłem się do Żywca. Czas zdążył już zetrzeć te okoliczności na proch, ale zanim z Żywca odjedziemy, trzeba się przyjrzeć tamtejszemu dworcowi.

Dworzec ten nie budzi we mnie szczególnych namiętności, gdyż nie jest ani przykładem dramatycznego i malowniczego rozpadu, jak na przykład stacja Goczałkowice-Zdrój, ani też rozkwitu, który pozwoliłby zmienić ogólną tonację tego bloga i skąpać go w tęczowym świetle nowego świata. Dworzec w Żywcu jest przykładem takiego sobie, ot, zbadziewienia, w którym utrzymują się jednak podstawowe funkcje życiowe – czyli stanu zwykłego.

Historię dworca miałem podać w maksymalnym skrócie; chciałem jak najlepiej, wyszło jak zawsze.

Zauważmy najpierw, że po Górnym Śląsku (Kobiór, Goczałkowice-Zdrój) i Śląsku Cieszyńskim (Czechowice-Dziedzice) znaleźliśmy się w trzeciej z krain połączonych linią kolejową 139: w Małopolsce i w Galicji; zresztą Żywiecczyzna sama w sobie ma pewną odrębność, wyczuwalną również dziś.

Pierwszy dworzec w Żywcu otwarto w roku 1878 po przedłużeniu odnogi Uprzywilejowanej Kolei Północnej z Bielska; był on mniejszy od dzisiejszego. Ledwie sześć lat później, w roku 1884, uruchomiono drugą linię kolejową przebiegającą przez Żywiec: Galicyjską Kolej Transwersalną. Linia ta biegła przez całą Galicję równolegle do położonej dalej na północ Kolei Karola Ludwika – głównej galicyjskiej magistrali kolejowej, łączącej zwłaszcza Kraków ze Lwowem. Formalnie stacją początkową Kolei Transwersalnej była węgierska Czaca (z niej połączenia z Wiedniem i Budapesztem). Po stronie galicyjskiej był to Zwardoń; dzisiejszy beskidzki odcinek linii kolejowej 139 między Zwardoniem a Żywcem to dawna Kolej Transwersalna. Wymienię niektóre z jej pierwotnych stacji: na wschód od Żywca Sucha (z niej połączenie z Krakowem), dalej między innymi Jordanów, Nowy Sącz, Jasło, Krosno, Iwonicz, Rymanów, Sanok, Zagórz, Ustrzyki, Chyrów (stąd połączenie ze Lwowem), Sambor, Drohobycz, Stryj (drugi łącznik do Lwowa), Kałusz, Stanisławów (trzeci łącznik do Lwowa), Buczacz, Czortków, Husiatyn. Z tych miejscowości bliżej związany wspomnieniami jestem z dwoma – Iwoniczem i Czortkowem, ale dobrze pamiętam też jedną noc i poranek w Sanoku, jedno popołudnie w Ustrzykach (po pieszym przejściu z Kalwarii Pacławskiej i ostatnim noclegu na jakiejś górze, gdzie metr nad nami, gdy siedzieliśmy po zmierzchu przed namiotem, bez najlżejszego dźwięku przeleciała sowa), jeden spacer po Stanisławowie oraz kilkakrotny widok ratusza w Buczaczu przez szybę autokaru. Dziś jednak w mało które z tych miejsc można by dotrzeć z Warszawy koleją (nawet do Nowego Sącza nie ma już żadnego pociągu bezpośredniego).

Linia Żywiec – Sucha Beskidzka jest obecnie nieczynna, co nie przeszkadza jej mieć swą stronę na Facebooku. Nie potrafię się powstrzymać przed przepisaniem z tej strony fragmentu historii Kolei Transwersalnej:

Cesarz 28 grudnia 1881 roku wyraził zgodę na budowę linii kolejowej z Suchej w kierunku [...] Czadcy przez Żywiec i wyznaczył rozpoczęcie prac [...] na rok 1882. Przekazanie placu budowy nastąpiło już 25 lipca 1882 roku. Z pięciu ofert wybrano najtańszą [...]. 17 października 1882 rozpoczęto budowę w miejscowości Sporysz koło Żywca. [...] Budowa całej linii miała trwać 2 lata i 6 miesięcy. Termin ten nawet skrócono, mimo że cały teren był bardzo ciężki dla budowy linii kolejowej. Należało wybudować wiele wiaduktów, przęseł, budynków dworcowych. Jednak cała linia oddana została do użytku już 16 grudnia 1884 r.”.
Ówczesne tempo zostawiam bez komentarza. Pierwszy żywiecki dworzec na początku XX wieku przebudowano, powiększając go i nadając mu kształt, który przetrwał w zasadzie do dziś. Kolejne zdjęcie jest niemal identyczne z pierwszym w poście, ale obejmuje też niewidoczną na tamtym niższą część budynku:
Widok na tory i wieżę ciśnień za nimi:
Główna hala dworca jest zapyziała, lecz stosunkowo czysta, a przede wszystkim użytkowana:
Plac przed dworcem, który fotografowałem przy gorszej pogodzie, zajęty jest przez parking, a flankowany budynkiem mieszczącym dziś przychodnię, zachowanym z czasów pierwotnego dworca; ten budynek to przykład typowej galicyjskiej architektury dworcowej, identycznej w Żywcu, Zwardoniu, Leżajsku czy Rudniku nad Sanem. Dworzec pokrywa nowa dachówka, a jego środkowa część jest od strony miasta świeżo otynkowana.
Wypacykowanego napisu wcześniej w tym miejscu nie było. Stan pierwotny, słabo widoczny na przedwojennej pocztówce, którą ściągnąłem z Fotopolski, opisany jest w tekście zamieszczonym na Wikipedii: w tynku wyrobione były wielkie donice w stylu zakopiańskim z bujnymi krzewami i stylizowanymi kwiatami”. Te ozdoby w tynku znikły być może podczas odbudowy po II wojnie. Dworzec był wówczas dość mocno zniszczony: stracił dach, a jedno ze skrzydeł częściowo się zawaliło. Kilka lat temu natomiast tynk był w tym miejscu obłupany, była nawet wybita dziura, którą zasłaniały wieszane tam banery. Stan dzisiejszy jest więc naraz przykładem estetycznego zbadziewienia (w stosunku do stanu sprzed stu lat) i czegoś, co można by nazwać punktowym domyciem (w stosunku do stanu sprzed lat trzech). Jeszcze rzut oka na orły czy też sokoły nad wejściem:
Przychodnia:
W zasadzie to by było na tyle. 

Czytelnicy wiedzą jednak, że przejawiam niekiedy niezdrowe zainteresowanie rzeczywistością jeszcze nie domytą – rzeczami, których mądry człowiek nie uzna za godne uwagi. Na koniec przejdźmy się więc wzdłuż dawnego dworca towarowego czy po prostu magazynu, położonego bezpośrednio za głównym budynkiem dworca po jego północnej stronie i mijanego przez wszystkich podróżnych schodzących z peronu.
Sklejone dwa kadry, bo z żadnego nie byłem zadowolony:
Odjazd.

3 marca 2014

Jukace (Linia kolejowa 139, odc. 9)

Czas działa z właściwą sobie energią, zostały dwa dni karnawału, karnawał ma swoje prawa. Na te ostatnie dni rytm podróży regulowany rzutem kośćmi musi zostać wywrócony. Trzeba się spieszyć, żeby zdążyć przed końcem karnawału, bo co będzie dalej, nie wiadomo. Może wkrótce się okaże, że cały cyfrowy świat działał na syberyjski gaz i raptem przestał działać. W Microsofcie, który niedługo przed Końcem Ery Cyfrowej zdążył wchłonąć Nokię, role się odwrócą, firma wróci do macierzystej branży drwalsko-tartacznej, drewno bowiem, jako cenny materiał opałowy, stanie się wyjątkowo chodliwe. Papierowe wydruki Wikipedii, niestety wszystkie cząstkowe, osiągną niebotyczne ceny. Na wikigiełdzie zajmującej dziedziniec przed starym gmachem BUW za zszywkę dziesięciu haseł z jednej dyscypliny studenci będą płacili rąbaniem taczki drewna, studentki praniem kilo bielizny na tarze, doktorzy przed habilitacją godziną pełnej obsługi kamerdynerskiej w pakiecie z czyszczeniem butów, obieraniem ziemniaków i masażem stóp. Całość Wikipedii NASA przechowa na jedynym komputerze napędzanym olejowym agregatem prądotwórczym, otoczonym taką pieczą jak ogień u ludzi z Cro-Magnon, lecz jej wydruk po tej stronie Atlantyku nie będzie możliwy wskutek upadku techniki zecerstwa przy równoczesnym braku rezerw energii elektrycznej na skład komputerowy. Zresztą programy do składu, w najnowszej wersji pakietu Adobe CS7 dostępne wyłącznie z chmury, wobec wyparowania tejże automatycznie znikną. Mark Zuckerberg otworzy stragan z watą cukrową. Firmie Google pozostaną drobne szmugle.

I będzie trzeba się pogodzić z brakiem dwóch postów Marcina na śniadanie, czas przeznaczany na ich lekturę zużywając odtąd na rozpalenie w kozie. Tylko szczęśliwcy zamieszkali w nieremontowanych kamienicach komunalnych będą się cieszyli luksusową kuchnią węglową. Cena za metr dwupokojowego mieszkania w najbardziej wziętym rejonie między Inżynierską, Wileńską, Szwedzką, Strzelecką, 11 Listopada będzie siedmiokrotnie wyższa niż w Miasteczku Wilanów. Działalność rzemieślniczą wznowi Huta Warszawa, przetapiająca bezużyteczne SUV-y, dowożone do niej zaprzęgami riksz, na żeliwne piece, brony i lemiesze.

Ale na razie karnawał. Zamiast zdjęć tym razem film przedstawiający zakończenie Jukacy – noworocznego kolędowania na Zabłociu, w dzielnicy Żywca położonej na lewym brzegu Soły.



(Najlepiej obejrzeć film w YouTubie, klikając ją na dole okienka. W drodze z mojego komputera do YouTube coś dziwnego stało się z barwami, zwłaszcza z czerwieniami, które wszystkie stały się pomarańczowe – zapobiegać temu na razie nie potrafię).

Wszystkie ujęcia są z ulicy Dworcowej, biegnącej od dworca kolejowego do mostu na Sole. Zabłocie, przed 1950 rokiem samodzielna wieś, jest właściwie nieświetnym przedmieściem, mimo że prowadzi przez nie droga do dworca, oddalonego od środka miasta. W tej biedniejszej dzielnicy zachowała się tradycja, która w samym Żywcu zanikła. Ściśle przestrzeganą granicą działania Jukacy jest most na Sole, na którym kończy się ich rewir. Jukacami są wyłącznie mężczyźni i wyłącznie kawalerzy; obrzęd trwa całą noc, jeśli wierzyć opisom (przepisany skądś tekst na Wikipedii w kilku punktach nie zgadza się z tym, co na własne oczy widziałem). Więcej nie piszę, bo nie wiem.
 
Jukace obejrzałem pierwszy raz w zeszłym roku zupełnym przypadkiem. Chcieliśmy 1 stycznia zrobić jakąś wycieczkę. Wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do Żywca, dotarliśmy tam po jedenastej. Idąc ulicą Dworcową ku żywieckiej starówce, zaczęliśmy napotykać dziwnie ubrane postaci dzwoniące dzwoneczkami, strzelające z biczy i tańczące na środku ulicy. Nagle znaleźliśmy się w samym środku czegoś fantastycznego akustycznie, wizualnie i teatralnie. Samo brzmienie tego obrzędu – bardzo głośne strzelanie z biczy w połączeniu z ciągłym odgłosem dzwonków – jest czymś magnetycznym, odwołującym się do atawizmów zmagazynowanych w nas przez tysiąclecia pasterstwa. Patrząc wtedy na Jukace, miałem łzy w oczach. Ogólnie biorąc, uważam, że żyję w kraju spustoszonym kulturowo, w którym dwudziestowieczne kataklizmy spowodowały między innymi zanik lokalnych tradycji. Obrazy niepowtarzalnych ulicznych karnawałów albo tradycji pokutnych w jakiejś Hiszpanii czy w południowych Włoszech są dla nas egzotyczne, zupełnie nam obce nie przez to, że my nie ganiamy się z bykami ani nie tniemy publicznie batami po plecach, lecz przez to, że w ogóle niczego zbiorowo nie celebrujemy poza murami kościołów. Na ulicy Dworcowej w Żywcu-Zabłociu zupełnie niespodziewanie znalazłem się w innym świecie, w którym tradycja żyje. Jestem w Hiszpanii! Jestem w Hiszpanii! – wykrzykiwałem zdumiony. 

(Interesujące przy tym, że obrzęd jest poza samym Żywcem zupełnie nieznany, nie wiedział o nim żaden z pytanych przeze mnie warszawskich, inteligenckich znajomych, choć wszyscy albo większość słyszeli o indyku na 4 lipca, bykach w Pampelunie i bitwie na pomidory w Buñol. Atmosfera powoli się zmienia, ale wszelkie zainteresowanie polską kulturą ludową nadal jest dużym obciachem).

W tym roku 1 stycznia wróciłem na Zabłocie już tylko po to, by oglądać Jukace. Nakręcony kompaktowym aparacikiem film, którym państwa raczę, jest pierwszym, jaki sam zmontowałem i publikuję – proszę o wyrozumiałość.