Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śląsk – Górny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Śląsk – Górny. Pokaż wszystkie posty

15 lutego 2015

Pocztówki 55 – 56 (z platanami)

Pierwsza pocztówka jest z Francji, sprzed paru lat. Druga z Zabrza, ze stycznia. Łączy je droga między rzędami platanów. 

Pocztówka z Zabrza jest kolejną – szóstą – pocztówką z Zabrza. Pocztówka z Francji jest kolejnym nawiązaniem do tematu platanów, który już się tu pojawiał – dawno temu, w początkach bloga. Zestawienie obu pocztówek pozwala spokojnym krokiem przejść z orbity śląskiej na orbitę śródziemnomorską, na której chwilowo przebywam.

Pocztówka z Francji ma ponadto tę osobliwość, że zdjęcie zrobiłem analogową lustrzanką w pełnej jeździe, bez zsiadania z roweru. Nawiązuję tu do rozmowy o wzajemnej relacji rowerów i lustrzanek, toczącej się kiedyś na jednym z polecanych przeze mnie blogów. Pocztówka z Zabrza przedstawia zaś – w sposób nieco wyrywkowy – Zandkę, czyli osiedle robotnicze przy hucie Donnersmarcka, wpisując się tym samym w inny stały wątek: osiedli robotniczych.

13 lutego 2015

Pocztówka nr 54 (z Zabrza, piąta, podwójna)

Pocztówka przedstawia kościół św. Józefa, projektu Dominikusa Böhma, zbudowany w 1931 roku, mój główny cel w Zabrzu. Widok powyżej jest od tyłu, czyli zza absydy. Przy tej okazji wyjaśniam, że cykl poświęcony kościołom współczesnym z sensem nie jest zarzucony – tyle że to najbardziej pracochłonne z moich postów, więc powstają powoli. Kościół św. Józefa sporo zmienił w moich poglądach na ten temat, bo jest prawdziwie piękny. Co prawda spędziwszy w nim około dwóch godzin, nie widziałem w ogóle prezbiterium, gdyż całe było zasłonięte gigantyczną szopką bożonarodzeniową, z figurami naturalnej wielkości rozstawionymi na schodach przed ołtarzem i z tłem na olbrzymiej płachcie zasłaniającej wszystko, co za nią. Cóż, nigdy nie ma się wszystkiego – westchnął Sulejman Brodaty, musztrując swój harem.

10 lutego 2015

Pocztówka nr 52 (z Zabrza, czwarta)

Do końca lutego jestem daleko wyprawiony, więc przez ten czas raczyć będę Sz.P. Czytelników tylko pocztówkami z różnych stron – i może ostatnią częścią bielskiego spaceru, jeśli mi się ją uda dokończyć. Tymczasem pozdrawiam serdecznie.

2 lutego 2015

Pocztówka nr 50 (z Zabrza, z Pstrowskim)

Idziemy przez Zabrze, w którym jesteśmy pierwszy raz, pogoda śmieszno-straszna, bo świeci słońce, a chwilę potem wali w twarz zadymka, chwilami naraz świeci słońce i wali zadymka. Zbliżając się do jakiegoś pomnika, spytany, co to za pomnik, dla żartu odpowiadam (będąc w nastroju ironicznym, wywołanym tą pogodą śmieszno-straszną): – To zapewne pomnik Wincentego Pstrowskiego. – Podchodzimy bliżej, czytam na pomniku: Wincentemu Pstrowskiemu.

Czyli doskonała zgodność formy z tematem.

Zanim trafiłem do Zabrza, czytałem o nim, więc pewnie i o pomniku Pstrowskiego. Nie zwróciłem jednak uwagi na tę informację, bo raz – gardzę pomnikami, dwa – przyjąłem, że jeśli się coś takiego uchowało, to na jakimś przyfabrycznym ustroniu, nie w środku miasta. Nie doczytałem, że to bohater lokalny (choć urodzony w kieleckiem) – że socjalistyczny pot Pstrowskiego wsiąkał w zabrzańską ziemię, czy raczej w zabrzański węgiel. Coś mi się więc w podświadomości musiało kołatać, lecz tylko w podświadomości.

Swoją drogą – jako turysta cieszę się, że ten pomnik zachowano, ale czy chciałbym go na co dzień oglądać jako mieszkaniec, zwłaszcza np. mieszkaniec zwolniony z kopalni albo pracujący na umowie śmieciowej? Czy nie budziłoby we mnie wówczas furii hasło: Kto da więcej niż ja?

Na koniec nie mogę bez anegdotki: Pstrowski do końca życia będzie mi się kojarzył z ulicą jego imienia, na którą musiałem jako licealny pierwszak dymać trzy razy w krótkich odstępach czasu celem wylegitymowania się z biletu miesięcznego, bo zapominałem mieć go przy sobie, a wskutek potwornego pecha byłem w cztery miesiące trzy razy łapany przez kanarów. Pech ten uderzał mnie po kieszeni, bo po okazaniu miesięcznego karę anulowano, ale jakiś jej procent przepadał jako koszty operacyjne – co mnie wtedy wystarczająco trzepało. Przede wszystkim jednak potworną stratą czasu były dla mnie wycieczki na biegnącą wzdłuż ogrodzenia huty ulicę Pstrowskiego, gdzie mieściły się odpowiednie agendy MZK – mieszkałem na Służewie, metra nie było, jazda autobusem w jedną stronę trwała z półtorej godziny. Dziś ta ulica nazywa się Zgrupowania AK Kampinos, huta nie działa, a ja mam od tamtych czasów nerwicę: nawet jeden przystanek trudno mi przejechać na gapę.

21 stycznia 2015

Pocztówka nr 46 (z Zabrza, pierwsza)

Pocztówek z Zabrza mam kilka, ale nie wiem, ile zdążę wysłać. Właściwie jednak ferie, jeśli brać pod uwagę całą Polskę, trwają coś do początku marca, więc trochę czasu jest.

6 stycznia 2015

Pocztówka nr 45 (z Pszczyny, obustronna)

Po jednej stronie zabytki Pszczyny:
Po drugiej pszczyński zmrok:
Organy zarządzające tym blogiem powinny przyznać Pszczynie Order Miasta Dostarczyciela Pocztówek, bo dała już niejedną w przeszłości. Dzisiejsza pierwsza strona jest cokolwiek ironiczna, ale Pszczynę jako taką cenię i szanuję, jak tylko potrafię. Mógłbym w niej, myślę, osiąść na starość, choć w szeroko rozumianej okolicy jeszcze bardziej podoba mi się Cieszyn. Tymczasem na zakończenie świątecznego sezonu pocztówek raz jeszcze kłaniam się, pozdrawiam i całuję paniom rączki.

26 listopada 2014

Jeszcze na listopad

Listopad – miesiąc cmentarny. W zeszłym roku był z tej okazji wpis nieco pięknoduchowski. W tym roku duch mój jest brzydszy, taki więc i wpis – co jednak spełnia zasadę kontrastu, podstawę wszelkiej kompozycji.
Cmentarz w Tychach.

31 lipca 2014

Pocztówka nr 41 (z małej stacyjki)

Pocztówka na chwilowy koniec wakacji, które oczywiście trwają, ale w konkretnym przypadku osobowym zostały zawieszone. Nadchodzi sierpień, czas bojowy, miesiąc trzeźwości i pracy. Dzień w Warszawie już o godzinę i osiem minut krótszy niż w letnie przesilenie, pogoda wydaje się upalna, ale nie wierzcie tym pozorom. A pocztówka znowu obustronna.

28 lipca 2014

Pocztówka nr 40 (z rakietą)

W roli rakiety występuje neoromański kościół św. Pawła w Rudzie Śląskiej (ściślej rzecz biorąc – w Nowym Bytomiu).

Ta pocztówka też jest obustronna. Po drugiej stronie jest to, co się widzi, obróciwszy się plecami do kościoła:

20 lipca 2014

Pocztówki nr 35 i 36 (z Pszczyny)

Kiedyś tu już się pojawiło zdjęcie z tego samego miejsca, ale z odwrotną pogodą.
Serdecznie Wszystkich pozdrawiając, dodaję szerszy kadr:

28 stycznia 2014

Trochę pejzażu

Na czasowe pożegnanie z Goczałkowicami kilka wczesnostyczniowych pejzaży – rytm życia rozjechał się z rytmem bloga, nie zdążam z mniej obrazkowym wpisem. Jezioro Goczałkowickie:
W rozdzielczości, w której zdjęcie odpalam internetowi, widać chyba sześć kaczek; w oryginale trzynaście.
Spuszczony staw.
Jeszcze jedno wieczorne spojrzenie przez okno pociągu z grobli przy dworcu Goczałkowice-Zdrój, 6 stycznia 2014. Tym razem Beskid Śląski był widoczny jak na dłoni.

Odjazd.

21 stycznia 2014

Stacja Goczałkowice-Zdrój – niespodziewana introspekcja (Linia kolejowa 139, odc. 6)

Po przelotnym zanurzeniu się w warszawskiej elegancji wracam na linię kolejową 139. Sądziłem, że wracając na nią, opuszczę już stację Goczałkowice-Zdrój i zgodnie z przyjętymi zasadami przemieszczę się o wskazaną przez los liczbę oczek – liczba ta, na razie sekretna, jest mi nawet znana. Piątego stycznia 2014 roku znalazłem się jednak ponownie w Goczałkowicach. Powodem tego przystanku był spontanicznie powzięty zamiar niedzielnego spaceru w gronie rodzinno-przyjacielskim po opisywanej tu już i zachwalanej drodze nad stawem. Droga ta wiedzie zresztą między stawem – kolejnymi stawami – a kanałem melioracyjnym czy jakimś innym uregulowanym ciekiem, co powoduje, że w zakresie kosmetyki skołatanych nerwów ma działanie głęboko tonizujące, jak zwykle krajobrazy zaopatrzone w wodę, drzewa, niebo, trawę i drogę gruntową. W taki zestaw dusza owija się jak w szal, zapewniający jej spokój, ciepło i dobrą wentylację. 

Cel został zrealizowany, doszliśmy do Jeziora Goczałkowickiego, podziwiając tam zaporę, mgłę i kaczki. Przy okazji jednak zauważyłem zmianę w stosunku do poprzedniej, październikowej wizyty na stacji Goczałkowice-Zdrój. Zmiana polega na tym, że większość otworów po byłych oknach i drzwiach, w październiku zasłoniętych paździerzem i blachą, tym razem była otwarta.
Zajrzyjmy przez te trzy otwory.
Od strony parku czarną dziurą zaprasza do środka wejście najbardziej reprezentacyjne, czyli niegdyś główne. Widniejący tam w październiku napis, którego treścią była genitalna charakterystyka niejakiego Skonka, został w międzyczasie zasłonięty czymś w rodzaju hełmu lorda Vadera.
Na kolejnym zdjęciu proszę zauważyć ślady pożaru. To musiała być główna sala dworca:
Ślady pożaru jeszcze lepiej widoczne są w kolejnym pomieszczeniu, którego zamurowane pustakami okna i drzwi wychodzą na peron. Nie znoszę zdjęć z fleszem, ale w tym wypadku nie miałem innego wyjścia; było tak ciemno, że nie widziałem, co fotografuję.
Gdyby ktoś twierdził, że z pierwotnego wystroju nic się nie zachowało – nieprawda. Oprócz stolarki drzwiowej, częściowo chyba do uratowania, jest jeszcze ceramika na podłodze, której trwałość wypada docenić:
Jeszcze rzut oka przez boczne okienko od strony parku:
Na koniec detal będący poszlaką, że za otwarcie okien i drzwi – to sformułowanie niezbyt pasuje do sytuacji, ale nie będę się głowił nad bardziej adekwatnym – odpowiadają nie tylko bezdomni, a przynajmniej że komuś innemu również na tym zależało. (Nawiasem mówiąc, Goczałkowice-Zdrój nie są miejscowością szczególnie przyciągającą bezdomnych, ciążących zwykle ku większym miastom). Zabezpieczenia pozbawione jest również zakratowane okienko piwniczne, bezużyteczne dla przygodnych noclegowiczów. Najwyraźniej ktoś uznał, że lepiej, by budynek, na którym, jak wiemy z cytatów we wcześniejszym poście, łapę trzyma konserwator zabytków, zimą dobrze się wymroził i przewietrzył.
Na zakończenie tej wizji lokalnej odeślę raz jeszcze do poprzednich postów o Goczałkowicach, przypominając, że zgodnie z zawartymi w nich informacjami jeszcze na początku tego XXI wieku – o, tego właśnie, co tu leży pod stołem – dworzec był czynny, użytkowany przez podróżnych, działały kasy, w części budynku były mieszkania.

Ironia ironią, ale ponieważ nie wszyscy rozumieją ten język, miałem ochotę w podsumowaniu go zaniechać, pisząc zupełnie jasno, że mamy tu do czynienia z jawnym skurwysyństwem. Ktoś, komu zależy, by ten zabytek zburzyć – nie wiem, po co? – celowo doprowadza go do ruiny. Przy bezwładzie państwa i jego atroficznych, fasadowych organów w rodzaju urzędu konserwatora zabytków, o policji i prokuraturze nie wspominając, jakiś skurwysyn celowo prowadzi ku zniszczeniu zabytek, o wartości zupełnie dlań nieprzystępnej, tak samo jak dla Wandalów nieprzystępny był urok palonego Rzymu, a dla sowieckich żołnierzy sens istnienia spłuczek do sedesów. Miałem ochotę tak to podsumować, sytuacja okazuje się jednak bardziej skomplikowana. Na stronie goczałkowickiego urzędu gminy widnieje z datą 10 grudnia 2013 – dziwne, że nie zauważyłem tego, pisząc post z historią dworca, wrzucony 17 grudnia – informacja o planowanym na 18 grudnia podpisaniu aktu notarialnego, którym PKP nieodpłatnie przekaże dworzec na własność gminie. Nowszych informacji na ten temat brak. Zadzwoniłem wobec tego do urzędu gminy, gdzie powiadomiono mnie, że owszem, dworzec jest już jej własnością; akt notarialny został podpisany, a odbiór nieruchomości połączony z jej oględzinami miał miejsce na początku stycznia”. Według pani urzędniczki, z którą rozmawiałem, budynek był wówczas odpowiednio zabezpieczony, okna i drzwi zamknięte. Przypominam, że zamieszczone wyżej zdjęcia są z niedzieli 5 stycznia. 

Cóż, być może wszyscy mają tu doskonałe i czyste intencje, wszyscy robią, co do nich należy, skurwysyństwo jest pojęciem całkowicie niestosownym do sytuacji, a że to i owo się czasem rozsypie – taka już nasza karma. Na zakończenie jeszcze napotkany na peronie cytat ze św. Jana (8,32), nie wiem, czy świadomie cytowany:

6 stycznia 2014

Zabłąkana pocztówka nr 2 (z Goczałkowic-Zdroju)

Pierwsza tu pocztówka niewarszawska, jeśli dobrze pamiętam. Na zdjęciu z 30 grudnia spuszczony staw Maciek, widok z okna pociągu.

19 grudnia 2013

Stacja Goczałkowice-Zdrój 3/3: okolica (Linia 139, odc. 5)

Dworzec w Goczałkowicach-Zdroju – ów tajemniczy zameczek z niepamiętnych czasów, ślad jakiejś wcześniejszej, obcej cywilizacji – albo też, by pozostać bliżej rzeczywistości: ta półruina z pustakami, paździerzem i blachą w oknach, nad którymi wisi zardzewiały orzeł bez korony, witająca przybyszów i kuracjuszy od frontu napisem „oc wice zdrój”, od tyłu „skonek to cipa” – jest jedną z najładniej położonych stacji kolejowych w Polsce. Z góry wygląda to tak:
Jedynką oznaczyłem stację. Na jej wysokości tory biegną już siedmiusetmetrową groblą, dzielącą na dwie części ogromny staw, który – wiedzą o tym czytelnicy komentarzy do poprzednich postów – wielu podróżnych bierze za Jezioro Goczałkowickie, dużo jeszcze większe, a położone kilka kilometrów dalej na zachód. Zarazem stacja leży na skraju parku oddzielającego ją od pozostałej zabudowy uzdrowiska – z okien pociągu wygląda to, jakby dworzec stał na odludziu między wodą a lasem, gdy w istocie od głównej promenady uzdrowiska dzieli go w prostej linii 300 metrów. Na mapie powyżej dwójka oznacza placyk z fontanną przed dawnym hotelem Kaiserhof, obecną siedzibą zarządu uzdrowiska, który można z grubsza uznać za jego centrum.

Kolejna mapa w większej skali. Trójką oznaczyłem zachodni kraniec Jeziora Goczałkowickiego; wzdłuż Wisły, oznaczonej czwórką, ciągnie się kompleks stawów, których na zdjęciu widać w sumie około dziesięciu. Między Stawem Maciek Duży, tym przy samych torach, a kolejnym na zachód stawem Zabrzeszczakiem jest ładny liściasty las. W prawym dolnym rogu widać fragment Czechowic-Dziedzic (okolice kopalni Silesia), na północ od Maćka – prawie całe Goczałkowice. Piątką oznaczyłem dla porządku stację Goczałkowice, kolejną za Goczałkowicami Zdrojem w kierunku Pszczyny – przyjdzie dzień i na jej opis.
Popatrzmy na obrazki z ziemi, mając w pamięci cytowanego w poprzednim poście gminnego urzędnika, który nie ma pomysłu, no co budynek dworca mógłby się przydać. („Restauracje mamy, pensjonaty też. Może wypożyczalnia lornetek?”). Dwa kolejne zdjęcia robiłem tuż przed zmierzchem. Widok na budynek stacji, przejście przez tory i staw:
Bliżej:
Stojąc na torach, tuż obok dworca widzi się parkową aleję prowadzącą do ulicy Uzdrowiskowej, czyli wspomnianej promenady:
Tym razem dworzec jest kilkanaście metrów na prawo od fotografującego:
Widok w przeciwną stronę zza torów. Cały brzeg stawu porośnięty jest drzewami; wzdłuż brzegu prowadzi droga, wspaniały szlak spacerowy, którym przez las i wzdłuż kolejnego stawu można iść aż do Jeziora Goczałkowickiego i dalej. (Jezioro to, jako główny zbiornik dla wodociągów aglomeracji górnośląskiej, jest objęte zakazem wstępu do wody, wolno jednak np. łowić ryby; wolno spacerować). W pogodny dzień z tej drogi widzi się na horyzoncie, po drugiej stronie stawu, grzbiety Beskidów; mgiełka nie pozwoliła mi tego sfotografować.
Idąc tą drogą od końca stawu Zabrzeszczaka, przekonałem się, że jest ona – w połowie października – licznie uczęszczana przez kuracjuszy i innych spacerowiczów, a także przez rowerzystów.

Spójrzmy teraz, jak stacja Goczałkowice-Zdrój jest skomunikowana ze światem. W aktualnym rozkładzie Kolei Śląskich staje na niej dziennie – jeśli dobrze policzyłem – 26 pociągów z Katowic i 25 pociągów do nich. Pociągi z Katowic jadą w większości przez Bielsko-Białą i Żywiec do Zwardonia (11) bądź tylko do Żywca (8) bądź też tylko do Bielska (dwa); pięć pociągów za Goczałkowicami opuszcza linię 139 i jedzie przez Skoczów i Ustroń do Wisły. Nie wymieniam połączeń incydentalnych, jak jeden dziennie pociąg z Wodzisławia.

Pierwszy pociąg z Katowic jest na miejscu o 4:24, ostatni o 23:49; w odwrotną stronę odjazdy odpowiednio o 4:30 i 22:55. Do dworca głównego w Katowicach pociąg osobowy z Goczałkowic-Zdroju jedzie około 45 minut, do Bielska-Białej Głównej niecałe 25 minut. W zasięgu krótkiej podróży pociągiem, w przypadku Bielska niemal identycznej jak przejazd warszawskim metrem z Kabat do Centrum (21 minut), w przypadku Katowic – porównywalnej z czasem przejazdu całej pierwszej linii metra (39 minut), są więc dwie spore aglomeracje. Ściśle biorąc, Katowice są głównym miastem największej aglomeracji w Polsce, aczkolwiek czas i wygoda dojazdu z Gliwic czy Bytomia byłyby odpowiednio gorsze. Bielsko-Biała liczy 175 tysięcy mieszkańców, co też nie jest mało.

Wróćmy do zdjęć i zajrzyjmy choć na chwilę do uzdrowiska. Jest ono skromne; ot, kilkaset metrów ładnie utrzymanego deptaka, dwa szpitale, trochę sanatoriów, kilka zabytkowych budynków dawnych pensjonatów czy kurhausów, parę bloczków. Są jednak, jak to w uzdrowisku, kawiarnie i restauracje; jest sprzedaż naręczna ciuchów i budki z pamiątkami; są kuracjusze. To fontanna oznaczona dwójką na pierwszej mapie:
Podobnie jak w Kobiórze można tu znaleźć architekturę niby zwyczajną, lecz mającą pewną lokalną specyfikę:
Oba te budynki pierwotnie były pensjonatami, czy raczej, sądząc z kształtu – restauracjami z pensjonacikiem; dziś służą różnym celom, czekając chyba na lepszy los. Jeśli ktoś ma gust bardziej modernistyczny – ten budynek szpitala, w którym parter jest dziwnie niezgrany z resztą, nadbudowaną chyba nad czymś starszym, pochodzi z końca lat 30.:
Co, za mało nowocześnie? Proszę bardzo, można w Goczałkowicach-Zdroju znaleźć i powojenny modernizm:
Kto chce się dowiedzieć więcej, poza zwykłymi narzędziami może zajrzeć na stronę z goczałkowickimi wczoraj-i-dzisiami.

Podsumujmy. Trudno, naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego tak trudno znaleźć jakąś funkcję dla tego pięknego – w wyobraźni – dworca. Miejsce na spacerowym szlaku, malownicze, świetnie dostępne, w uzdrowisku, którego szpitale i sanatoria zapewniają całoroczną obecność kuracjuszy... Jeśli nie dworzec, jeśli nie branża gastronomiczna albo i hotelowo-gastronomiczna – do niedawna w budynku dworca były przecież mieszkania – wiedząc, ilu jest maniaków kolei, sądzę, że i na nocleg z widokiem na tory, pociągi i staw znaleźliby się chętni – to choćby widoczna z okien pociągu wypożyczalnia lornetek, a przy okazji również biegówek, wędek, kijków do nordic walkingu, łódek i co tam jeszcze mogłoby zachęcić, by właśnie tu wysiąść...

Pokazywałem już dworce w stanie zaniedbania (Kobiór) czy niemal ruiny (Goczałkowice Zdrój). Zamierzam pokazać ich więcej; w porównaniu z tym, co mam w archiwum, dziś opisany przypadek można uznać za estetyczny i pełen uroku. Pejzaż polskich dworców mnie fascynuje; to coś niezwykłego, że jeżdżąc koleją po dzisiejszej Polsce, co kilka kilometrów napotykam obrazki jak z opustoszałego, zrujnowanego kraju po przejściu frontu albo wędrówce barbarzyńców. Moim celem nie jest jednak narzekanie; nie jest nim też chwalenie. Chodzi mi tylko o to, by lepiej siebie – swoje społeczeństwo – poznać. Ten pejzaż ruin jest po prostu ciekawy; to przecież coś niezwykłego, rzadkiego, a zatem godnego uwagi. W ostatnich latach zaszły, owszem, zmiany na lepsze, na razie dotyczące głównie największych miast. Ale obecny stan dworca Goczałkowice-Zdrój to także przykład zmian zaszłych w ostatnich latach. W planach – nie wiem, czy i kiedy zdołam je zrealizować, bo posty zawsze mi pęcznieją w trakcie pisania – mam pokazanie wszystkich bez wyjątku stacji linii 139, właśnie dlatego, że obraz całościowy z definicji nie jest selektywny; nie zamierzam odrzucać ani przypadków najgorszych, ani najlepszych.

Ostatnie zdjęcie zrobiłem, czekając na wieczorny pociąg. Widok spod zardzewiałego orła:
*
Pisząc post i linkując stronę ze zdjęciami typu wczoraj i dziś, nie przyjrzałem się zamieszczonemu tam zdjęciu Szpitala Reumatologiczno-Rehabilitacyjnego. Proszę spojrzeć, porównując też z moim zdjęciem w poście; to ciekawy przypadek, bo najwyraźniej był to obiekt w stylu historycznym, dziewiętnastowieczny lub z początku XX wieku, z którego już w latach 30. usunięto cały pierwotny wystrój elewacji, nadając mu – z wyjątkiem parteru – kształt modernistyczny. Że to było jeszcze przed wojną, lub może nawet w jej trakcie, świadczy pocztówka z lat okupacji, którą można znaleźć na Fotopolsce. Może jest gdzieś w necie więcej wiedzy na ten temat.