Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duch dziejów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Duch dziejów. Pokaż wszystkie posty

7 września 2015

[...]

Gdyby to było dwa lata temu, kiedy miałem zapał, walnąłbym parę kilo tekstu, a teraz nawet tytułu nie chce mi się wymyślać dla tego posta. Szara cegła... szare komórki... kolorowy świat... nic sensownego mi do głowy nie przychodzi. Chodzi zaś o to, że nowo mianowany Uniwersytet SWPS, być może z okazji tego awansu na uniwersytet, przerabia dotychczasową swą elewację z szarej cegły na nowocześniejszą ze styropianu. Swą elewację – to znaczy elewację przedwojennych zakładów Szpotańskiego. Front od Chodakowskiej już dawno przerobili, ale tyły od Gocławskiej – to była do niedawna jedna z fajniejszych architekturek w Warszawie, chyba największa masa szarej cegły do objęcia naraz wzrokiem. Choć byłem tam w ostatnich latach tysiąc razy, nie zrobiłem prawie żadnego zdjęcia, bo mi się zawsze wydawało oczywiste, że to chroniony zabytek, że nie ma czego fotografować, wszystko skatalogowane, opisane, ofotografowane i zarejestrowane. Nie pierwszy i nie ostatni raz myliłem się w swym postrzeganiu świata. Zdjęcia poniższe zrobiłem 29 sierpnia – bardzo możliwe, że do dziś tej wzniosłej ślepej ściany już nie ma, tzn. jest – na gładko.
Czego nie rozumiem, to że mistrzowie z SWPS, jak widać na zdjęciach, nie wszędzie walą styropian – to zrozumiałe – ale tam, gdzie go nie walą, malują szarą cegłę na biało. Przecież nawet z ekonomicznego punktu widzenia łatwiej byłoby postąpić odwrotnie: cegłę zostawić szarą, a na styropian położyć szary tynk. Inną rzeczą, której można by nie rozumieć, jest to, że tej rzezi zabytku dokonuje, było nie było, uniwersytet – ale to akurat rozumiem doskonale. 

Ech, można by z tej okazji napisać coś jeszcze ogólnie o Kamionku... w stylu epitafium... ale...

9 lipca 2015

Wyniki

Uzupełnienie poprzedniego posta. W poszczególnych dzielnicach projekty rowerowe zajęły:

– Bemowo: 1. i 3. miejsce;
– Białołęka ogólnodzielnicowa: 3. miejsce, w obszarach przeszło pięć czy więcej projektów;
– Bielany, obszar pierwszy: 1., 4. i 5. miejsce;
– na Mokotowie miejsca nie są spektakularne, ale przeszły dobre projekty Rowerowa i piesza alternatywa dla Puławskiej oraz Pasy rowerowe na Idzikowskiego i remont chodnika też (co za tytuł!);
– Praga Południe, gdzie głosowałem: Uzupełnienie sieci rowerowej na Pradze Południe – 1. miejsce, najwięcej głosów w całej Warszawie, Przywrócenie ciągłości drogi rowerowej wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego pod Mostem Poniatowskiego – 2. miejsce, Bezpieczne stojaki dla rowerów – 3. miejsce;
– na Gocławiu przeszedł bardzo dobry projekt rowerowy dopełniający się z ogólnodzielnicowym – 4. miejsce;
– przeszło też kilka projektów rowerowych na Grochowie i Kamionku;
– na Saskiej Kępie na 3. miejscu przeszedł projekt dopuszczenia ruchu rowerów pod prąd w całej starej części dzielnicy, z nielicznymi wyjątkami mającej ulice jednokierunkowe. Ten projekt wydaje mi się zbędny w budżecie partycypacyjnym, bo sądzę, że ogólne otwarcie dla rowerów ulic jednokierunkowych jest sprawą niedalekiej przyszłości (skądinąd miałem w tym tygodniu przyjemność pojeździć trochę rowerem po m.st. Krakowie – w godzinę widziałem tam więcej tabliczek nie dotyczy rowerów pod zakazami wjazdu niż w całej Warszawie);
– Praga Północ: 1. miejsce;
– w Śródmieściu ogromny projekt rowerowy zajął 2. miejsce, kolejny duży – 4. miejsce, oba przeszły;
– na Targówku w poszczególnych obszarach dwa projekty na 2. i 3. miejscu;
– Ursus: 1. miejsce;
– na Ursynowie bardzo duży projekt ogólnodzielnicowy – 2. miejsce, w jednym z obszarów kolejny na 1. miejscu;
– Włochy: 2. miejsce;
– Wola ogólnodzielnicowa: 3. miejsce; Czyste, Mirów – 2. miejsce;
– Żoliborz ogólnodzielnicowy – 1. miejsce.

Jak to podsumować? Właściwie tego nie rozumiem, bo rowerzyści nie są zorganizowaną grupą – istnieją, owszem, stowarzyszenia rowerowe, jeździ Masa Krytyczna, ale istnieją też stowarzyszenia myśliwskie, wędkarskie, antyprzemocowe, kibicowskie itd., tymczasem nie ma zwycięskich projektów zarybiania Wisły ani doposażania kibiców w maczugi. Większość rowerzystów nigdzie nie przynależy i nie jeździ w masach. Być może to jakiś heglizm – może to sam rozum zwiewający przez dzieje toruje sobie tędy drogę ucieczki.

Póki co jednak nie zobaczyłem zrealizowanego ani metra pasów rowerowych, na które głosowałem i z których się cieszyłem w zeszłym roku. Realnej poprawy warunków ruchu rowerowego nie powoduje na razie budżet partycypacyjny, tylko działalność pełnomocnika Puchalskiego, który ma umocowanie w strukturach miejskich i potrafi coś przeforsować.

11 lutego 2015

Pocztówka nr 53 (z diagnozą i terapią)

Diagnoza (Friedrich Georg Jünger, tekst późniejszy, lecz mowa o latach 30.):

Często przechodziłem obok tego budynku z pozłacaną kopułą, ale nigdy nie wszedłem do środka. Nigdy nie poświęciłem mu więcej niż jednego zdawkowego spojrzenia. Był dla mnie kwintesencją przebrzmiałego, zakłamanego monumentalizmu, architektonicznym trupem. XIX wiek stworzył wiele podobnych gmaszysk; wszystkie one są jednakowo martwe, zioną grobowym chłodem. Miały imponować, włożono w nie wiele wysiłku, użyto jednak miernych środków: pozbawionej wyrazu symetrii i tępego naśladownictwa, które można wyczytać z każdej fasady. Czasami zastanawiałem się, kiedyż w końcu przestaną konstruować tak ohydne budowle. Cokolwiek nawiązywało do renesansu, do renesansowego pałacu czy willi, wyzute było z życia, gdyż wszystko to dawno już w nas obumarło i nie wydawało z siebie żadnych nowych pąków. Ten budynek nic dla mnie nie znaczył*.

Zastosowana terapia:
Pozdrowienia z Jelonek.

* F.G. Jünger, Zwierciadło lat, przeł. N. Żarska, „Kronos” 2014 nr 3.

22 listopada 2014

Mniej nienawiści w życiu publicznym

Skrzyżowanie Targowa – Ząbkowska – Okrzei z ohydnymi przejściami podziemnymi dla pieszych, bez ani jednych pasów, bez alternatywy dla schodów, było w ostatnich latach najbardziej przeze mnie znienawidzonym miejscem w Warszawie. Oczywiście ta nienawiść nie dotyczyła samego miejsca, tylko sposobu, w jaki zostało urządzone przez władze miasta i drogowców. Już to kilkakrotnie opisywałem w różnych komentarzach: idąc tamtędy na piechotę, wobec niemożności pójścia prosto, normalnie, wzdłuż ulicy, czułem znużenie i irytację. Kiedy natomiast szedłem, prowadząc dziecięcy wózek – czułem się w tym miejscu dokładnie tak, jak gdyby ktoś napluł mi w twarz.

Jest to też miejsce, dzięki któremu jedyny raz jak dotąd zaangażowałem się samorządowo i udałem na posiedzenie rady dzielnicy poświęcone m.in. przywróceniu tam pasów. Miałem w rezultacie okazję przyjrzeć się grupce miejskich aktywistów, zwłaszcza ze stowarzyszenia PSM Michałów, którego znakomitą działalność gorąco popieram – a także dzielnicowym radnym. Dało mi to do myślenia... Grupa radnych nie była jednorodna ani pod względem politycznym, ani pod względem pojemności czaszki. W zderzeniu z miejskimi aktywistami część radnych robiła jednak wrażenie – nie tylko swymi wypowiedziami, bo nie wszyscy zabierali głos – także elementami takimi jak wyraz twarzy, spojrzenie, tipsy, fryz, kiecka, kapota – przynależności do nieco innego gatunku, podpadającego pod podejrzenie o bliższe pokrewieństwo z człekokształtnymi przodkami. To mi, owszem, dało do myślenia o naszej demokracji – widok tych partyjnych działaczy dziesiątego sortu pieprzących bez najmniejszego sensu, że przywrócone pasy byłyby dla pieszych bardzo niebezpieczne, a zakłócenie świętego prawa do parkowania i zmniejszenie przepustowości ulicy będzie fatalne dla sklepów, które stracą klientów. Zapewne większość tych radnych wybraliśmy właśnie na kolejną kadencję; niestety nie mogę tego sprawdzić w żaden sposób dostępny dla przeciętnego nieanalfabety, bo sześć dni po wyborach na stronach PKW ani Urzędu Miasta wyników wciąż nie podano.

Tymczasem zlikwidowane w 1973 roku pasy wróciły. Co prawda wózka już nie używamy, ale głęboko się cieszę!! Przybyło wolności.

Zdjęcia z wczoraj. Podfiltrowałem je na cześć owych – 1973 rok – czasów światłego postępu.

25 października 2014

Być gwiazdą

Jako mężczyzna figury skromnej, trochę zgarbiony, w talii przyszeroki, z nosem kartoflowatym, zarostem rzadkim, z rosnącymi zakolami nad czołem i w niemodnych okularach, przy tym ubierający się pospolicie, z predylekcją do rozpinanych sweterków i żywiołową nienawiścią do spodni rurek, nie znam uczucia osób, które, gdzie się nie znajdą, od razu skupiają na sobie uwagę. Na przykład wchodzisz do kawiarni, czy choćby do sklepu, i natychmiast wszyscy wodzą za tobą wzrokiem. Wszyscy mężczyźni cię zauważają. Gdy jesteś do nich przodem, jedni puszczają oczko, inni nerwowo odwracają wzrok albo udają, że cię nie widzą, ale gdy odwrócisz się tyłem, gapią się już wszyscy bez wyjątku – no nie mam takich doświadczeń. 

Brak ten uświadomiłem sobie zupełnie niedawno – nie zdajemy sobie przecież sprawy z braków, które są poza naszym doświadczeniem – gdy miasto stołeczne Warszawa nieoczekiwanie obdarowało mnie podobnym przeżyciem. Od kilku miesięcy jest w Warszawie możliwość wypożyczenia – bezpłatnie! – roweru znanego jako cargo bike, czyli rower towarowy (bagażowy, transportowy) – co nie jest najlepszą nazwą, bo towarem może być np. dorosła kobita albo czwórka dzieci, albo nawet dwie nie za wielkie kobitki

Po wpisaniu cargo bike w wyszukiwarkę grafiki można obejrzeć wiele modeli takich rowerów, występujących licznie zwłaszcza na ulicach Kopenhagi, Amsterdamu i zbliżonych kulturowo miast. Warszawski model jest co do rozmiaru gdzieś w połowie drogi między kilkuosobową rikszą a zwykłym bicyklem z przednim bagażnikiem. Właściwie nie jestem jednak pewien, czy to jeszcze rower, czy jakiś inny pojazd, bo koła są trzy – jedno z tyłu i dwa z przodu, a między nimi skrzynia o stukilogramowym udźwigu, z dwiema ławeczkami. Dodatkowo osiemdziesiąt kilo załadować można na tylny bagażnik.

Rowery transportowe były mi dotąd znane głównie ze zdjęć i z opowieści, w małym stopniu z obserwacji. W Kopenhadze nie byłem; w Amsterdamie byłem krótko i dawno. Pamiętam stamtąd nieprawdopodobną ilość rowerów, ale w natłoku wrażeń nie zwracałem uwagi na modele cargo. W miarę jak stawałem się rowerzystą przekonanym i codziennym, pojazd taki intrygował mnie coraz bardziej. Zdarzyło mi się co prawda wieźć na zwykłym rowerze dwa krzesła, innym razem – przewieźć w częściach niemały regał, dziesiątki razy woziłem też na tylnym bagażniku dorosłe pasażerki, na ogół jednak do takich celów używałem samochodu. Swego czasu zacząłem nawet badać możliwość sprowadzenia zza granicy transportowca, w Polsce nieobecnego w handlu; zniechęciły mnie ceny, bo jest to dość droga zabawa. Kiedy więc pojawiła się szansa wypożyczenia tego sprzętu w Warszawie – skorzystałem bez zwłoki.

Rowery takie są na całą Warszawę cztery – trzy rozsiane po lewym brzegu, ale jeden na tym właściwym, mianowicie na Paca 40 na Grochowie, w miejscu znanym stałym czytelnikom tego bloga, choć niekoniecznie o tym wiedzą. Cały projekt prowadzi ZTM, którego pracownikiem jest pełnomocnik rowerowy Łukasz Puchalski. Rower z Paca wypożyczyłem dotychczas dwa razy. Najpierw na próbę, żeby sprawdzić, co to w ogóle jest. Za drugim razem przejechałem przez pół miasta z synem w skrzyni, transportując przy okazji kilkanaście litrów konfitur od babci – czyli drogę powrotną odbywałem jako wewnętrzny słoik (w dodatku, pożal się Boże, niezmotoryzowany). Z tej drugiej podróży jest ilustrujące post zdjęcie z telefonu; zdjęcie jak zdjęcie, ale pokazuje perspektywę kierowcy (większość konfitur pod ławą, niewidoczna).

Jedzie się tak sobie. Pedałuje się bardzo lekko; bez wielkiego wysiłku wjechałem pod Agrykolę i Belwederską. Jedzie się jednak – to konsekwencja przełożeń umożliwiających wprawienie w ruch, łącznie z masą rowerzysty i pojazdu, dobrych trzystu kilogramów – bardzo wolno, niemal dwukrotnie wolniej niż na zwykłym rowerze. Dużym problemem jest mała zwrotność, a problemem największym są trudności z zachowaniem pionu. Przy dwóch szeroko rozstawionych przednich kołach zupełnie odpada balans ciała, którym w jeździe normalnym rowerem równoważy się pochylenia na nierównościach i zakrętach. Na nierównych jezdniach i koleinach rower cargo przechyla się, a  rowerzysta wraz z nim; początkowo nie wiedziałem, jak temu przeciwdziałać. Dodatkowy dyskomfort powoduje często spadający, bo za luźny łańcuch; rzekomo ZTM zapomniał rozpisać przetarg na konserwację swego nabytku, póki co więc, mimo zgłoszeń, łańcucha nikt nie naprawiał.

Dziecko miało jednak frajdę, a dla mnie przeżyciem było to, o czym pisałem na wstępie: reakcje otoczenia. Powszechne zwracanie wzroku, znajdowanie się w centrum uwagi. Niezliczone komentarze – nie usłyszałem żadnego niechętnego, z wyjątkiem jednego taksówkarza, ale to osobna kategoria. Uśmiech mijanych kobiet. Gwizdy podziwu mężczyzn. Kierowcy zwalniający, żeby nam się przyjrzeć. Kulminacją była chwila, gdy trzy panie siedzące przy kawiarnianym stoliku wystawionym na zewnątrz w Alejach Ujazdowskich na nasz widok wstały z krzeseł i zaczęły bić brawo; początkowo rozglądałem się dookoła, nie rozumiejąc, o co chodzi.

Analizowałem w myśli tę reakcję. Nie przychodzi mi do głowy żadna inna interpretacja niż tylko nagłe, częściowe zaspokojenie drzemiących gdzieś w głębi cywilizacyjnych pragnień. Nagła radość człowieka, który raz czy parę razy w życiu obejrzał tę Kopenhagę czy Amsterdam, czy inne miasto z szeroko rozumianego kręgu nadreńskiego – obejrzał, pokiwał głową, skonstatował bez emocji, że u nas jest trochę inaczej, wrócił i przestał myśleć na co dzień o tych różnicach, przestał porównywać na każdym kroku tamtą rzeczywistość z naszą, zdecydowanie nie najgorszą przecież pod słońcem – co w sumie wydaje mi się najsensowniejszą taktyką. Aż tu nagle mała erupcja jednego świata w drugim.

To ciekawy mechanizm dziejów, wzorowo dialektyczny: trzeba było w Warszawie osiągnąć dwukrotnie wyższą niż w Berlinie liczbę samochodów w przeliczeniu na mieszkańca, by powiewem Zachodu stał się rower.

Tak czy siak, mimo spadającego łańcucha i problemów ze sterownością to było sympatyczne doświadczenie – post ten jest więc kolejnym w cyklu pozytywnych spotkań z miejską rzeczywistością.

30 czerwca 2014

Z księgi sławetnych czynów Styropianu: Osiedle Grunwaldzkie w Bielsku-Białej (Linia kolejowa 139, odc. 15)

Tematem tego cyklu są stacje linii kolejowej łączącej Katowice ze Zwardoniem oraz krajoznawcze spacery w ich okolice. Ze stacji Bielsko-Biała Lipnik można by się przespacerować do samego centrum Bielska-Białej, przedstawiając którąś z jego świetnych ulic czy któryś z placów. Na to przyjdzie jeszcze czas, dziś jednak, dochowując wierności turystyce peryferyjnej, wybieram krótszy spacer w najbliższe sąsiedztwo stacji, o tyle ciekawy, że będący okazją do dokumentacji procesu, który na naszych oczach przemienia oblicze świata – tutejszego świata – mianowicie procesu ekspansji styropianu. 

Tuż obok stacji Bielsko-Biała Lipnik stoi Osiedle Grunwaldzkie; najbliższe jego domy oddalone są od peronu o sto kilkadziesiąt metrów. Osiedle to, zbudowane w całości w pierwszej połowie lat 50., jest przykładem architektonicznego socrealizmu. Niezbyt lubię ten termin; ma on sens w odniesieniu do malarstwa i rzeźby, wyobrażam też sobie argumentację za istnieniem czegoś takiego jak realistyczna (→ socrealistyczna) muzyka, natomiast zupełnie nie wiem, na czym miałby polegać realizm w architekturze. Nietrudno wymyślić termin bardziej sensowny, trudno go jednak upowszechnić, skoro socrealizm już się przyjął. W żartach proponowałem na tym blogu prlenesans, zdaje się jednak, że ludzkość nie podchwyciła mego pomysłu. Tym gorzej dla niej; tak czy siak, dzisiejszym tematem jest raczej realizm styropianistyczny, zostawmy więc terminologię.

Osiedle Grunwaldzkie (pierwotnie Zakładowe Osiedle Robotnicze nr III), zajmujące w przestrzeni kwadrat o boku długim na mniej więcej trzysta metrów i złożone z mniej więcej trzydziestu bloków o trzech lub czterech kondygnacjach, z socrealizmu warszawskiego najbardziej przypomina Muranów; nie jest z nim porównywalne ani skalą, ani architektonicznym rozmachem, ale duch jest podobny. (Nawiasem mówiąc – kiedyś sądziłem, że socrealizm” jest w Polsce w ogóle specyfiką warszawsko-nowohucką, gdzie indziej go nie ma; wiem już, że to nieprawda, ale nie wiem, jak właściwie to zjawisko jest rozpowszechnione, tym samym – ile zdążono w Polsce nabudować przez kilka lat przed 1956? W okolicach linii 139 największy socrealistyczny kompleks jest w Tychach, trochę też tego w Katowicach – no i to osiedle w Białej). Architektura Osiedla Grunwaldzkiego jest prosta, lecz ma pewien urok, podobnie jak na Muranowie wynikający z ludzkiej skali, porządku przestrzennego i (bardzo w tym przypadku oszczędnego) historyzującego detalu, którym są zwłaszcza obramienia wokół okien i gzymsy, a bardziej fakultatywnie, tzn. tylko w części budynków, różnorodnie opracowanych – ryzality czy też pseudoryzality, boniowania, lizeny... może jakiś specjalista dorzuci jeszcze jakąś piękną nazwę. Popatrzmy:
Osiedle to systematycznie, z sezonu na sezon budowlany jest opatulane w styropian; do zeszłej jesieni, gdy robiłem wszystkie zdjęcia w tym poście, ocieplono już mniej więcej połowę budynków. Po ociepleniu wygląda to tak:
Przyjrzyjmy się bardziej szczegółowo. Pospolitym w architekturze szczegółem jest okno.
(Nazwy ulic na osiedlu to osobny dowcip: Młodości, Radosna, Milusińskich i Energetyków).
Wersja po ociepleniu – wariant prosty, opaska wymalowana:
Nie wiem, jak to formalnie wygląda – czy budynkami zarządzają osobne wspólnoty, czy jest jakaś zbiorcza administracja, w każdym razie podczas ociepleń nie jest zachowany jednolity styl, w tym kolorystyka. Wariant drugi opaski wokół okna – tym razem nie tylko różni się ona kolorem, ale też wystaje:
Wariant trzeci - styropian rozrzeźbiony:
Inny szczegół architektoniczny – wejście do budynku oraz ryzalit z klatką schodową.
Jeszcze?
Wariant z rzeźbą w ociepleniu:
Ocieplenia robione są porządnie – styropian jest gruby na dziesięć centymetrów, więc w starciu z nim lizena może tylko błagać o szybką śmierć, a z gzymsu koronującego zostaje mniej niż z Węgier po Trianon.
W ostatniej porównawczej parze nowoczesność mi się prześwietliła, a potem przybrudziła i zwichrowała w postprodukcji – najmocniej ją przepraszam. 
Rozumiem liczne uwarunkowania klimatyczne, technologiczne i prawne, rozumiejmy też jednak – rzecz zresztą dobrze opisana – że mamy do czynienia z rzadkiej skali ingerencją w nasze architektoniczne środowisko życia. Kojarzy mi się to z wyparciem z wiejskiego budownictwa strzech – kiedyś ze zdziwieniem odkryłem, że taki proces dokonał się kilkadziesiąt lat temu i że nie tak dawno słomiane dachy występowały powszechnie w krajobrazie, nie tylko w malarstwie. Styropian zmienia nasz świat w sposób nieco mniej oczywisty, tym samym bardziej przebiegły... 

21 czerwca 2014

27 pocztówka z wakacji (z Plazą) (podwójna)

Spontanicznie rozpoczęte wakacje, w dodatku spędzone – niezgodnie z planem, choć bardzo przyjemnie – bez internetu (no, prawie), zaburzyły nieco rytm bloga, ale już się skończyły. A skoro były wakacje, to jest i wakacyjna pocztówka – tym razem z Suwałk. Jest nawet podwójna, żeby Sz.P. Czytelnicy mogli lepiej się przyjrzeć pięknemu okazowi polskiej szkoły ochrony zabytków. W dniu letniego przesilenia serdecznie pozdrawiam! Spieszcie się z wakacjami – od jutra dzień się skraca!
Wasza
Druga Minoga

1 czerwca 2014

Pożegnanie z komórką (1: Warszawa)

Z okazji Dnia Dziecka przygotowałem dla Sz.P. Czytelników odcinek specjalny w tonie lekkim, będący też kolejnym etapem zagracania bloga i grzebania nadziei na jego tematyczną spójność. Dwa miesiące temu skończyła się w moim życiu pewna epoka, a zarazem zaczęła się inna, o niewiadomym jeszcze sensie – mianowicie przestałem być użytkownikiem komórki, stałem się – smartfona. Proszę mi wierzyć, że to nie z gadżeciarstwa – pokornie przyjmuję, co duch dziejów mi daje. Ostatniej komórki, którą była Nokia E52, używałem trzy i pół roku; mogę ten model szczerze i bezinteresownie pochwalić za solidność. Rok przed końcem użytkowania mój syn odgryzł komórce jeden klawisz, co w żaden sposób nie wpłynęło na jej działanie (to, co pod spodem, daje się naciskać bez klawisza). Niedługo potem syn, kontynuując swe badania świata, wrzucił komórkę do sedesu; wyłowiłem ją, rozłożyłem i wysuszyłem, po czym nadal działała bez zarzutu, z tym że codziennie rozładowywała się bateria. To właśnie skłoniło mnie do potwornie nudnej operacji zawarcia z operatorem nowej umowy i uzyskania nowego sprzętu – po czym starej komórce dolegliwość przeszła, tak że właściwie mógłbym nadal jej używać. Wyjmując z kieszeni nieco już ściachaną Nokię E52 z odgryzionym klawiszem, zauważałem jednak ostatnio, jak zmienia się ton i spojrzenie rozmówców, odnoszących się teraz do mnie z lekkim pobłażaniem. Gdyby chodziło tylko o mnie, odwzajemniałbym się wyłącznie tym, na co takie spojrzenia zasługują, czyli bezbrzeżną pogardą – ale zdarza mi się reprezentować jakieś ludzkie grupy, którym nie chcę szkodzić. Koniec końców, mam więc smartfona; przyznaję, jest to zupełnie inne narzędzie, między innymi posuwające naprzód dzieło dezalfabetyzacji człowieka, bo w toalecie, zamiast czytać gazetę, można teraz wygodnie surfować po necie, oglądać filmy z youtuba itd.

Przy okazji jednak zamknięty został inny rozdział: Fotki z komórki. Pierwszą moją komórką z aparatem była Nokia 6020 z matrycą 0,3 Mpx; to było w latach 2006–08, gdy żyłem jeszcze w pomroce poglądu, że prawdziwa fotografia jest analogowa i czarno-biała. Komórką fotografowałem rzadko i głównie dla dowcipu, niezmiernie jednak polubiłem te zdjęcia ze względu na efekt, jaki dawała prymitywność narzędzia przechodząca w wartość dodaną – trochę jak, nie przymierzając, z camerą obscurą, po dziś dzień mającą entuzjastów. Wszystkie moje późniejsze komórki miały już aparat od tej pierwszej dużo „lepszy”, a zarazem od prawdziwego aparatu nieporównywalnie gorszy, czyli po prostu kiepski, i zdjęcia z nich były właśnie kiepskie, gdy zdjęcia z tej pierwszej bywały w swej prymitywności interesujące. 

Na pożegnanie epoki zatem mała antologia zdjęć z komórki, na ogół przypadkowo zachowanych, bo jak zwykle dopiero z perspektywy czasu przyszło mi do głowy, że coś warto utrwalić. W dzisiejszym odcinku zdjęcia warszawskie, w kolejnym niewarszawskie. Wszystkie wrzucam bez najmniejszej obróbki, z wyjątkiem dodania podpisu.
Na początek wiadomo co – zdjęcie jest z 6 grudnia 2006 roku.
Zapewne tu już mniej jasne, co to – jest to mianowicie główne wejście na dworzec PKP Warszawa Stadion przed jego czyszczeniem ogniem i wiejadłem. Niezmiernie żałuję, że mało wówczas dokumentowałem fotograficznie tę okolicę; wydawało mi się, że wszystko jest tam tysiąc razy obcykane, bo przecież po stadionie łaziły już w tych latach zagraniczne wycieczki.

Nie pamiętam, skąd jest kolejne zdjęcie – być może nie z Warszawy, umieszczam je jednak w tym miejscu ze względu na tematykę dworcową. W każdym razie nic nie zostało tu fotograficznie przeinaczone ani odwrócone – taki był widok:
Jeszcze dwa zdjęcia z okolicy dworca Stadion, ale już z Nokii E52. Kwiecień 2011 i ostatnie chwile wietnamskiego świata w Porcie Praskim:
Zmieniamy temat:
Z dużym zdziwieniem znalezione wspomnienie z Banku Landaua przy Senatorskiej, gdzie kiedyś mieścił się Instytut Francuski. Przez lata miałem z tym budynkiem niemal codzienny kontakt, lecz nie przyszło mi w porę do głowy robić zdjęcia. Podczas kursów francuskiego rysowałem nawet tamtejsze cudowne drzwi i framugi, ale rysownik ze mnie marny. Teraz zaś jeden z niewielu w Warszawie zabytków z autentycznym secesyjnym detalem we wnętrzach stoi pusty i zamknięty...
16 czerwca 2009.
Powyższe dwa zdjęcia powstały podczas zimowej wycieczki – roku nie pamiętam – do wylotu kolektora bielańskiego w celu obejrzenia zimujących tam ptaków, w tym zwłaszcza mitycznego orła bielika. Orła nie widzieliśmy, natomiast ku radości mej towarzyszki wypatrzony został tracz bielaczek, też rzadki zwierzaczek.
A tu już bardzo śnieżna zima roku 2010. Zdjęcie przedstawia ładny dom na rogu ulic Angorskiej i Saskiej, którego elewacja została zresztą w międzyczasie kulturalnie wyremontowana (bez styro i na śnieżną biel). Na kolejnym zdjęciu widok w inną stronę z tego samego miejsca, na jeszcze kolejnym – ta sama zima, a ulicy chyba podpisywać nie trzeba.
Zmiana stanu skupienia:
Zdjęcie zrobione z Poniatoszczaka podczas wysokiej wody na początku września 2010; był to sam początek boomu plażowego, ale już wówczas nie brakowało wytrwałych zawodniczek. 

Na kolejnych dwóch obrazkach znów obiekt już nieistniejący – szkielet praskiej rzeźni, rozebrany bodaj dwa lata temu:
To było miejsce magiczne – cała ta pustać w środku miasta. Pusto zresztą nadal tam jest, ale gdy stanął płot dewelopera, znikła magia... Z innej beczki:
Sfotografowałem to jako komiczną żenadę, ale jest to zarazem dokument ze świata katalogów kartkowych, który także odszedł już w przeszłość... Zdjęcie z Biblioteki Narodowej. Napis z kolejnego obrazka, wiszący kiedyś na drzwiach sklepu spożywczego przy Belwederskiej (między Grottgera a Spacerową), zdobył dużą popularność – co najmniej dwukrotnie widziałem w necie jego zdjęcia, ale mam też własne:
Z beczki jeszcze innej – piec w mieszkaniu przy Targowej 32, zamieszkiwanym kiedyś przez znajomych... Ech, też nie pofotografowałem.
Inny dokument czasu – instalacja pt. Prezydent i premier wykonana przez mą przyjaciółkę w roku 2007. Nie jestem pewien, czy dziś ten dowcip wciąż śmieszy...
Teraz troszkę przyrody. To pole rzepaku leżało albo w Warszawie, albo tuż pod nią – zdjęcie z majowej wycieczki rowerowej do Konstancina w roku 2008:
A to – zupełnie nie wiem, kiedy i gdzie:
Wreszcie trzy zdjęcia domowe, czyli także warszawskie. Autoportret:
To przedświąteczne zdjęcie zawsze bardzo lubiłem:
Lubiłem również ten uśmiech: