Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urząd miasta Warszawy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Urząd miasta Warszawy. Pokaż wszystkie posty

28 listopada 2013

Trafostacja, Mińska 46

Stacja transformatorowa przy Mińskiej 46 jest znanym, wielokrotnie opisywanym w prasie i w internecie przykładem konfliktu na linii deweloper–zabytek; zabytek, który w dodatku nie może się doprosić o formalne uznanie go za to, czym jest. Ponieważ przypadkiem wszedłem na zamknięty na ogół teren, dodaję kolejną cegiełkę do tych opisów. Wszyscy kiedyś przeminiemy – przeminie rejestr zabytków, przeminie internet, przeminie ten blog, przeminie trafostacja, przeminie deweloper Rogowski. Co do kolejności przeminięć trudno cokolwiek przewidywać, gdyby jednak blog miał potrwać trochę dłużej niż któraś z istniejących stron o trafo, może na coś się przyda jako dokument.

Podstacja elektryczna złożona jest z dwóch budynków. Główny ma na fasadzie datę budowy: 1929. Drugi, mniejszy, pierwotnie zawierający warsztaty, magazyny i mieszkanie dozorcy, dobudowano w roku 1936. Między budynkami jest podwórze, na które prowadzi brama z ulicy. Na końcu podwórza stoi murowany niemiecki bunkier z czasów okupacji – dodatkowa atrakcja i dodatkowy zabytek.

Do początku lat 90. stacja działała zgodnie ze swą pierwotną funkcją. Potem wyłączono ją z eksploatacji, dużą jej część przerobiono na mieszkania. W roku 2007 od STOEN-u nabył ją deweloper Rogowski. Dalsze losy są proste i powtarzalne do znudzenia. Prostolinijny deweloper nie próbował nawet ukrywać zamierzeń. Stołeczna z 2 lipca 2008: "Planujemy tu wielorodzinne domy. Chcemy wyburzyć to, co tam teraz stoi. Te budynki są w złym stanie i nie mają szczególnej wartości. Możemy potem ewentualnie odbudować front trafostacji od strony ulicy – mówi Andrzej Januszko z firmy Rogowski Development". W paradę weszli społecznicy, którzy w roku 2008 doprowadzili do wpisania zespołu trafostacji w rejestr zabytków. Decyzja została zaskarżona; w roku 2012 mazowiecki wojewódzki konserwator zabytków Rafał Nadolny zmienił ją, obejmując ochroną rejestrową wyłącznie elewacje frontowe obu budynków.

W międzyczasie budynki te doznały głębokiej dewastacji, której narzędziem byli złomiarze korzystający z szeroko otwartej bramy. W pełni zachowane wyposażenie rozszabrowano, z budynków, jeszcze niedawno zamieszkanych, powyłamywano drzwi i okna. Bramę zamknięto, gdy obiekt zaczął przypominać ruinę stwarzającą zagrożenie dla życia, co w takich przypadkach stanowi ważny etap developmentu; w kolejnym etapie PINB wydaje pozwolenie na rozbiórkę. Na Street View wciąż można też zobaczyć nieaktualny widok z czasu budowy sąsiedniego bloku dewelopera Rogowskiego, podczas której podwórze trafostacji mieściło jakieś kontenery i służyło za zaplecze budowy.

Tyle historii, w uzupełnieniu kilka linków:
strona Rady Osiedla Kamionek ze zdjęciami z kwietnia 2008 (warto porównać ze zdjęciami niżej – dewastacja była dużo mniej zaawansowana); 

Na razie trwa stan zawieszenia. Deweloper postawił tuż obok blok (niczym się nie wyróżniający z masy innych bloków), a 7 marca 2013 wystąpił o warunki zabudowy dla terenu trafostacji; ta jeszcze stoi. Na zakończenie dodam, że w całej tej historii rzuca się w oczy nieobecność głównego czynnika powołanego do troski o interes publiczny, mianowicie samorządu, w tym wypadku – dzielnicy Praga-Południe m.st. Warszawy. Jeszcze jeden link do sprawozdania z rozmowy o trafostacji na posiedzeniu Komisji Zagospodarowania Przestrzennego tej dzielnicy w maju 2013. Z rozmowy wynika, że po prostu nic się nie da. Kilka cytatów – dopiski kursywą ode mnie:

"Radny K. Kowalczyk wyraził przypuszczenie, że kolejne zabytkowe obiekty znikną z mapy dzielnicy jak to miało miejsce z willą Marconiego, zabytkową parowozownią i innymi obiektami. I spojrzał w niebo.
Przewodniczący Komisji M. Suliborski wyraził opinię, że powodem tych wydarzeń jest zła konstrukcja prawa w tym zakresie, sankcjonująca stosowanie przez deweloperów metodę faktów dokonanych. Zamieszał herbatę i westchnął.

Kierownik Referatu A. Skrzypczak poinformowała, że po wydaniu decyzji o warunkach zabudowy należy liczyć się z protestami mieszkańców i być może w tym czasie, kiedy będą rozpatrywane protesty, uchwalony zostanie miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego Kamionka. Zostanie, nie zostanie, zostanie, nie zostanie, zostanie, nie zostanie – nuciła następnie, obrywając listki paprotce. 
Przewodniczący Komisji M. Suliborski zapytał, jakim błędem była obarczona decyzja Konserwatora Zabytków o wpisaniu tych obiektów do rejestru zabytków, że została zaskarżona i uchylona.
Kierownik Referatu A. Skrzypczak  wyjaśniła, że minister podważył zasadność  wpisania  tych obiektów do rejestru zabytków ze względu na ich wartość. Konserwator po przeanalizowaniu wartości tych obiektów podjął decyzję o skreśleniu ich z rejestru zabytków. Trudno dyskutować z decyzją Konserwatora, co do oceny wartości historycznej obiektu – powiedział, marszcząc brwi. (Przypomniał sobie jednak, że gdy straganiarz proponował mu jaja po pięć złotych sztuka, wszedł z nim w dyskusję, mimo że nie ma dyplomu ze sprzedaży jaj i nie musi ich kupować)".


Na koniec zwróćmy uwagę, że wszystko zaczęło się od sprzedaży trafostacji deweloperowi przez STOEN, niegdyś spółkę miejską.

Widok z ulicy:
Główny budynek od frontu:
Drugi budynek, moim zdaniem bardziej malowniczy:
Zdjęcia mają rozmaite barwy, gdyż powstawały w rozmaitych porach dnia w czerwcu i lipcu 2013.

Wchodzimy. Z miejskiego eksploratora mam tyle, ile przeciętny czytelnik Sienkiewicza z Bohuna, kieruję się jednak staropolską zasadą: Brama na oścież otwarta, przechodniom ogłasza... 
Podwórze, na końcu bunkier:
Budynek gospodarczo-mieszkalny:
Bunkier i tył podwórza:
Fragmenty głównego budynku – wnętrze jest doskonale opróżnione:
Wychodzimy.
Jeśli te budynki znikną, będzie mi bardzo szkoda. To nie jest wybitne dzieło architektury, ale jest to obiekt o charakterystycznym, niepowtarzalnym kształcie, mający swój urok i pochodzący z czasów, gdy architektura na ogół nie miała jeszcze na celu wgniecenia przechodnia w bruk. Obecność takich budynków, nawet jeśli same z siebie nie są niczym wybitnym, nadaje charakter miejscu, kształtuje ciekawe miasto. Zamiast tego pojawić się ma sztampowy blok. Prawdopodobny dalszy ciąg tej sytuacji jest moim zdaniem najgłupszy z możliwych – wyburzenie niechronionych rejestrem zabytków i odtworzenie elewacji frontowej "wkomponowanej" w blok, czyli to, co zdarzyło się na przykład odległej o dwieście metrów fabryce Kemnitza:
Od takiej konserwacji zabytków wolę ich zupełne burzenie. 

Na zakończenie tego długiego wpisu trochę liryki – bardzo mi się podoba kompozycja farby i rdzy na drzwiach głównego budynku trafostacji.

4 października 2013

Kamionkowska 41 wrzesień po wrześniu

Kamienica przy Kamionkowskiej 41 rok temu wyglądała tak:
Zdjęcie jest z 3 września 2012. Gdy patrzyłem na ten dom, fascynowały mnie żeliwne balkony o innym wzorze krat na każdej kondygnacji; uwydatniała je płaska, pozbawiona ozdób elewacja. Widząc, że coś się kroi, sfotografowałem na wszelki wypadek wszystkie balkony, choć nie byłem jeszcze blogerem:
Garść informacji zaczerpniętych z kwerendy góglowej i z atlasu Jarosława Zielińskiego: kamienica z lat 1899–1900 jest najstarszym domem murowanym na Kamionkowskiej. Nazywana jest kamienicą Aleksandra Köitscha, o którym nic nie wiem. Większość domów mieszkalnych w tej części Kamionka to kamienice wzniesione dla lub przez pracowników tutejszych fabryk i fabryczek; nie wiem, czy tak było również w tym przypadku. Kolejnymi właścicielami byli w latach 1902–05 Stefan Przeździecki, w latach 1905–09 Antoni Błażejczyk, potem Jan Gawałkiewicz. Z historii budynku mam dwa momenty. Pierwszy to malowniczy obrazek opisany w artykule w śp. Życiu Warszawy poświęconym wypadkom samolotowym nad miastem: "22 sierpnia 1948 roku, jak wspominał Kurier Codzienny, samolot sportowy wykonujący akrobacje nad Gocławiem spadł na trzypiętrowy budynek przy ulicy Kamionkowskiej 41. Wybuchła benzyna, od której zajęła się maszyna, a następnie cały dach. Pilot okazał się niezwykłym farciarzem, gdyż wysiadł z kabiny i uciekł przez dymnik na dachu! Przerażeni mieszkańcy wyrzucali rzeczy przez okna, sądząc, że dom cały spłonie. Półtorej godziny trwało gaszenie i mieszkania ocalały". Drugi obrazek to biogram powstańczy Tadeusza Korejwo na stronie MPW: urodzony 14 sierpnia 1909 w Kamienskoje (nie wiem, gdzie to, za dzisiejszą wschodnią granicą jest pewnie niejedno), syn Witolda i Eufrozyny, w powstaniu dowódca kompanii, pseudonim Maksym, adres przed powstaniem: Kamionkowska 41 m. 6, poległ na Mazowieckiej 26 sierpnia 1944. W roku 2009 kamienica miała pustaki w oknach; w 2012, gdy robiłem zdjęcia, już ich nie miała, zastąpiła je folia. Teraz zaś wygląda tak – kolejne zdjęcia są z 8 września 2013:
Gdy te zdjęcia robiłem, panowie wykańczali lokal użytkowy na parterze – być może coś już się tam zainstalowało. Są i balkony, choć świeża czerń odebrała im subtelności – muszą się nieco spatynować:
Sczycik nadal pozbawiony jest ozdób, a przecież można by teraz umieścić tam napis: "ODNOWIONO ROKU PAŃSKIEGO 2013". Z dziwniejszych zmian wypatrzyłem tylko stworzenie ustawione na bramie, którego wcześniej nie było:
O ile rozumiem najnowszą historię tej kamienicy, dzielnica (której ratusz jest oddalony o jakieś sto metrów) zdołała wykwaterować lokatorów i sprzedać budynek. Inwestorem jest firma 2C Partners Sp. z o.o. – można o niej poczytać na jej stronie (nie linkuję, żeby nie być podejrzanym o product placement). Program wyłożony na tej stronie informuje, że kupno i remont Kamionkowskiej 41 należały do inwestycji typu KUP-ZMIEŃ-SPRZEDAJ, których głównym celem jest dynamiczne zwiększenie kapitałów własnych w krótkim okresie (do 24 miesięcy). Kup ruinę od miasta, wymień wszystko poza murami (ale wszystkimi, nie tylko ścianą frontową) i ładną poręczą na klatce schodowej, sprzedaj. No i brawo – okazuje się, że to nie tylko możliwe, ale też opłacalne. Co prawda gzyms stanowiący jedyną ozdobę elewacji jest teraz ze styropianu, ale grunt, że cały dom stoi.
To zdjęcie jest z 7 maja – remont był wówczas w toku. Podsumowując: chciałbym powitać panów z firmy 2C Partners na zasłużonym urlopie na jakiejś rajskiej wyspie jak Tahitanka wieszająca przybyszom na szyjach girlandy z kwiatów, oprócz girlandy wręczając im szaszłyk z kandyzowanych móżdżków deweloperów, którzy burzyli kamienice i fabryki na sąsiednich Mińskiej, Gocławskiej, Grochowskiej.

26 lipca 2013

O śmieciach (i o śmietnisku medialnym)

Zastanawiam się, czy teksty dotyczące miejskiej bieżączki społeczno-politycznej mają na takim blogu sens. To domena codziennych mediów, w tym platform typu Salon 24; nie ma co udawać, że blog czytany przez kilkadziesiąt osób jest tu poważną propozycją. Pisząc o przeszłości małej, nieśródmiejskiej uliczki, mogę przypuszczać, że nikt inny nie zrobi tego równie systematycznie - co za tym idzie, że blog ma obiektywną wartość. Pisząc o dewastacji zabytków, mogę mieć nadzieję, że ktoś kiedyś użyje tego jako dokumentacji, co również nadaje blogowi wartość. Natomiast pisząc o bieżących sprawach miasta - nie o polityce w ścisłym sensie, ale sprawy te siłą rzeczy stają się polityczne, skoro mają związek z władzą - robię coś, czym powinny zajmować się media. Robiąc to na blogu prywatnym i niszowym, działam jak dziecko, które bawi się w wojnę. Sęk jednak w tym, że owych mediów, które powinny opisywać miejską doraźność, nie ma. To sytuacja dość nowa, która wciąż mnie zdumiewa. Cofnijmy się w czasie o pięć lat - mieliśmy wówczas trzy sensowne warszawskie gazety: poza Stołeczną dodatek do Dziennika i przede wszystkim Życie Warszawy. W telewizjach słabo się orientuję, ale zdaje się, że TVN Warszawa było wówczas osobnym kanałem, którym już nie jest. Dziś telewizje są albo oficjalnie zaprzyjaźnione z władzą ("Lemingi nie chcą, żeby się śmiano z PO" - dyrektor TVN w autoryzowanym wywiadzie), albo bezpośrednio od niej zależne, żadne radio poświęcone sprawom lokalnym nie istnieje, żadne duże medium internetowe poświęcone Warszawie (po roku '44) nie istnieje (na stronie tvnwarszawa widzę zazwyczaj te same nagłówki co w Stołecznej), warszawskie gazety się zwinęły, pozostało w pejzażu jedno jedyne medium: internetowa i papierowa Stołeczna, na którą wszyscy jesteśmy skazani. Ale - pomijając ogólną o niej opinię - jako medium jedyne, czyli jako monopol medialny, z definicji nie może ona pełnić funkcji, jaką powinny pełnić w społeczeństwie media, monopol medialny ma się bowiem do tej funkcji tak jak demokracja ludowa do demokracji. Dlatego niżej bieżączka. Piszę to, co piszę, bo mam poczucie, że powinno to być napisane, a dotąd nie czytałem.

To był wstęp, teraz meritum: śmieci.

Przypomnę od początku: Sejm uchwalił itd., itd., itd. Miasto w marcu uchwaliło stawki za wywóz śmieci, ogłosiło obowiązek składania deklaracji o liczbie mieszkańców i rozpisało przetarg. Te pierwsze stawki w przypadku mieszkańców budynków wielorodzinnych - tylko tym się zajmę, ograniczając się do swego ogródka - były następujące (za odpady selekcjonowane): gospodarstwo domowe jednoosobowe: 19,5 zł, dwie osoby - 37, trzy - 48, cztery i więcej - 56. Zrobiłem prostą kalkulację dla budynku, w którym mieszkam; suma wyniosła 191,5 zł. Było to o ok. 15% mniej niż przeciętny rachunek płacony za wywóz śmieci dotychczas (jego dokładna wysokość była zmienna, a zależała od liczby roboczych czwartków w miesiącu, bo w te dni przybywała śmieciara). Mieszkańców jest jednak mniej niż zwykle, gdyż jedno mieszkanie stoi od kilku miesięcy puste po śmierci właścicielki. Gdyby dodać jednego czy dwóch lokatorów, różnica stałaby się znikoma. Przyjąłem więc, że stawki są racjonalne i pokrywają rzeczywiste koszty wywozu śmieci.

Co było potem, pamiętamy: Krajowa Izba Odwoławcza unieważniła warszawski przetarg na wywóz, napisany tak, by zamiast dotychczasowych 90 firm z tej branży całą kasę zgarnęła jedna, mianowicie miejskie MPO, w którym posady, pensje i premie rozdają towarzysze z ratusza. Ponieważ zbiegło się to w czasie z przygotowaniami do referendum anty-HGW, nastąpiło tąpnięcie. Na miejsce odpowiedzialnego za przetarg wiceprezydenta Kochaniaka powołano burmistrza Bemowa, wsławionego tym, że w celu zagłuszenia oponentów ściągnął kiedyś na sesję rady dzielnicy klaunów - o tym też warto by więcej napisać. Przede wszystkim jednak na okres przejściowy, trwający co najmniej do końca stycznia, a potrzebny po to, by zrobić nowy przetarg - o którym Monopol Medialny donosi, że znów coś nie halo - uchwalono nowe, prawie o połowę niższe stawki "pomostowe". (W okresie tym system jest zamrożony w dotychczasowej postaci, firmy, które wywoziły odpady, robią to nadal, z tą różnicą, że faktury - w domyśle tej samej wysokości co dotąd - wystawiają miastu, nie właścicielom nieruchomości; miasto im płaci, a od właścicieli ściąga opłatę śmieciową według pomostowych stawek).

Dlaczego stawki pomostowe są o połowę niższe? Oficjalnie wynika to z kalkulacji uśredniającej (w przeliczeniu na mieszkańca) koszty wywozu śmieci według danych miejskich ZGN (Zakładów Gospodarowania Nieruchomościami). Ale w gruncie rzeczy - teraz zacytuję Monopol: "Ile pieniędzy ratusz będzie płacić miesięcznie firmom za wywóz śmieci - tego władze Warszawy nie wiedzą. Wiceprezydent Dąbrowski mówi, że trzeba poczekać na faktury. Nie wiadomo też, czy pieniędzy zebranych w opłacie śmieciowej od mieszkańców wystarczy na opłacenie rachunków, które wystawią firmy. - Miasto jest przygotowane na to, że dopłaci - zapewnia wiceprezydent". Według innej, powszechnej interpretacji niższe stawki są więc rzucone na stół jako kiełbasa referendalna.

Dokonałem ponownego obliczenia, którego wynik umieściłem na deklaracji złożonej w urzędzie dzielnicy. Różnica w stosunku do pierwotnych stawek - tych uchwalonych w marcu - wynosi 86,5 złotego, co w podziale na liczbę mieszkańców (11) daje 7,86 zł miesięczne na osobę. Zaokrąglam do 8. Dalsza kalkulacja jest czysto hipotetyczna, amatorska i grubo przybliżona. Osiem złotych mnożę przez 1 720 000 mieszkańców Warszawy (najaktualniejsza liczba ze strony UM) = 13 760 000. To z kolei przez siedem miesięcy - okres obowiązywania systemu pomostowego = 96 320 000. Kalkulacja jest, jak piszę, hipotetyczna, powyższą sumę z pewnością można jednak bezpiecznie zaokrąglić w górę do co najmniej stu baniek. Co prawda za piątą osobę w mieszkaniu się nie płaci, za to stawki w domach jednorodzinnych są wyższe, przede wszystkim zaś kalkulacja pomija lokale użytkowe.

Mamy teraz dwie możliwości:

a) Jeśli pierwotne stawki uchwalone przez Radę Miasta były właściwe, czyli pokrywały rzeczywisty koszt wywozu odpadów - przy obecnych, niższych stawkach te sto baniek to deficyt, który miasto Warszawa będzie musiało pokryć z innych środków. Skąd mianowicie? Otóż z tego budżetu, który jest deficytowy i dla którego ratowania ostatnio gwałtownie poszukiwane było np. 180 milionów oszczędności na komunikacji miejskiej. To więc, co krojeniem autobusów "zaoszczędzono" (daję cudzysłów, bo nie każda rezygnacja z wydatku jest oszczędnością), urzędnicza niefrasobliwość względnie bezczelność przetargowa, względnie hojność przedreferendalna, na powrót roztrwoniła (bez cudzysłowu). Ale skoro to tylko jedna z możliwości, zmienię tryb na warunkowy: roztrwoniłaby

b) Druga możliwość jest taka, że deficytu nie będzie albo będzie znacznie niższy. Wydaje mi się to nader mało prawdopodobne; przypomnę, że pierwotne, wyższe stawki w przypadku budynku, w którym mieszkam, i tak dawały sumę niższą od dotychczasowych rachunków. Ekstrapolacja na podstawie jedenastoosobowej wspólnoty może jednak być mylna. Przyjmijmy więc, że deficytu nie będzie. W takim razie skąd pierwotne, prawie o połowę wyższe stawki? Na jakiej podstawie uchwalili je radni, a my mieliśmy płacić? Dlaczego system pod zarządem miasta miał być dla obywateli o dwieście milionów rocznie droższy od dotychczasowego, wolnorynkowego?

W uzupełnieniu mógłbym walnąć litanię, co można za sto milionów złotych, ale post i tak jest długi, niech więc zainteresowani sami zbadają koszt potencjalnych miejskich inwestycji typu blok komunalny... przedszkole... most... basen... stacja metra.

Nie krygujmy się i nie unikajmy wniosków politycznych: moim zdaniem ta jedna sprawa w zupełności wystarczy, by odwołać ekipę z ratusza. Co nie znaczy, że sądzę, że po wyborach będzie lepiej - nie postawiłbym na to złamanego szeląga. Ale uświadomienie politykom, że wisi nad nimi jakaś sankcja, samo w sobie ma wartość.

20 maja 2013

Do rowerzystów miasta Warszawy

Siostry! Bracia! Wyfrezowali Agrykolę. Na najfajniejszej górce w mieście nie dzwonią już zęby!
(Nie byłbym sobą, gdybym po lekturze poświęconego temu artykułu nie zauważył, że nieumiejętność znalezienia środków na porządny remont ulicy w tak ważnym spacerowo i kulturowo punkcie miasta to straszne dziadostwo. A dlaczego takie frezowanie kosztuje 900 tysięcy, a nie trzysta, sześćset albo milion dwieście? Czy ktoś takie rzeczy w ogóle ogarnia? Grunt jednak, że jest lepiej. Przejazd Agrykolą w świetle gazowych latarń, w rześki wieczór, z lekką wilgocią i zapachem liści w powietrzu - to jedna z większych przyjemności, jakie znam).

23 kwietnia 2013

Targowa 19 i 21, część 4: Wnioski

Fakty są takie: kamienice z początku XX wieku, które w dobrym stanie przetrwały wojnę i doczłapały jakoś do końca Peerelu, w III RP, w czasach współczesnych, zostały doprowadzone do ruiny. Ich właścicielem, który za to odpowiada, było wówczas lub wciąż jest miasto Warszawa.
O wartości budynku jako zabytku nie decyduje tylko jego samoistna wartość, ale też jego kontekst. Stuletnia kamieniczka o skromnej architekturze co innego jest warta, gdy stoi w przypadkowym miejscu, co innego, gdy od stu lat współtworzy rynek Starego Miasta.

Wydaje mi się – proszę mnie poprawić, jeśli się mylę – że Targowa jest jedyną z głównych ulic przedwojennej Warszawy, która wojnę przetrwała w niemal nienaruszonym kształcie. Oczywiście rangi przedwojennej Targowej nie sposób porównywać z głównymi ulicami Warszawy lewobrzeżnej, ale z nich albo nie zostało nic, albo tylko krótkie fragmenty, albo też stanowią w znacznej części powojenną fantazję na motywach historycznych.
Patrzę na plan Warszawy z roku 1910 – jako „główne ulice” określę umownie te, którymi jeździł wówczas tramwaj elektryczny. To – pomijam króciutkie odcinki ­– Aleje Jerozolimskie, Marszałkowska, Trakt Królewski (wtedy chyba nie używano tej nazwy) od Placu Krasińskich do Placu Unii przez Bagatelę, Twarda, Żelazna, Leszno, Chłodna, Nowowiejska, Złota, Królewska, Powązkowska, Dzika, Karmelicka, zupełnie już dziś fantastyczny ciąg Plac Muranowski – Nalewki – Bielańska – Senatorska – Przechodnia – Graniczna – Plac Grzybowski – Bagno – Świętokrzyska. Mokotów nie należał jeszcze do Warszawy, ale tramwaj jeździł już także Puławską. Kilka z tych ulic w ogóle nie istnieje, inne istnieją, lecz nie zachował się przy nich żaden budynek. Część zachowała po kilka kamienic albo jedną pierzeję na niedługim odcinku, jak Aleje Jerozolimskie. Trakt Królewski został odbudowany, ale w wielu miejscach jest (piękną, owszem) architektoniczną baśnią. Najlepiej z wymienionych zachowała się Bagatela, ta ma jednak dwieście metrów. (Puławska, w większości zachowana, ma zabudowę od Targowej dużo młodszą). Na Pradze zaś w 1866 roku pierwszy w Warszawie konny tramwaj jechał Aleksandrowską (Zygmuntowską), Targową i Kijowską do dworca. Przez kolejne siedemdziesiąt osiem lat, licząc do 1944, Targowa była jedną z głównych żył tego organizmu, mimo że młodszą i mniej szacowną od wyżej wymienionych. Z wojny wyszła niemal bez zniszczeń. Peerel też obszedł się z nią, koniec końców, nie najgorzej – większych wyburzeń było tu mało, nie postawiono bloków w takiej liczbie i skali, by przygnieść otoczenie. A dziś ta ulica się rozpada. Na naszych oczach jest niszczona, mimo że formalnie chroni ją (od czterech lat!) rejestr zabytków.
W latach, gdy coraz gorzej ocenia się powojenne niszczenie dawnej zabudowy miasta – to, które spowodowane było nie przez wojnę, a przez ideologię polityczną (krótko) bądź estetyczną (długo), bądź też przez podporządkowanie miasta ruchowi samochodowemu – dopuszczamy zarazem, by kolejne fragmenty dawnego miasta znikały.
Oczywiście można rzucić frazę typu: „nie każda stuletnia rudera jest istotnie zabytkiem wartym ratowania”. Jeśli z wystroju architektonicznego zostaje tyle, to słowo „rudera” może się komuś wydać na miejscu. Ta rudera jest jednak ruderą nie dlatego, że ma sto lat, lecz że od lat siedemdziesięciu nie remontowano w niej nic, może poza pękniętymi rurami. Są w Europie miasta nie mniejsze od Warszawy i w porównaniu z nią bogate, w których budynki stuletnie należą do młodszych. A nawet w Warszawie średni wiek kamienic przy wielu ulicach Śródmieścia Południowego jest podobny co dwóch opisywanych. Tam jednak co jakiś czas przynajmniej je tynkowano.
Wnioski: po pierwsze, tak kończą utopie. Początkiem całego bagna jest szlachetne przekonanie kilku panów, że własność prywatna jest złem, a państwo – rozumem wcielonym. Warto o tym pamiętać, bo utopie wciąż są żywe, nawet jeśli przemianowały się na „krytyki”.
Po drugie, o czym już pisałem, Peerel trwał czterdzieści cztery lata, a III RP trwa już dwadzieścia cztery. Jeśli ktoś nie interesuje się polityką, bo sądzi, że interesy i abstrakcje, o których debatują panowie w Sejmie, na jego osobiste życie i bezpośrednie otoczenie nie mają wpływu, to jest w głębokim błędzie. Stan kamienic takich jak opisywane jest w znacznej mierze konsekwencją braku systemowej reprywatyzacji. Państwu nie opłaca się remontować kamienic, co do których nie jest pewne, czy je posiada, a zaraz może je stracić. Prywatnemu właścicielowi, który kamienicę odzyskuje (uczciwie lub nieuczciwie), nie opłaca się jej remontować, bo po siedemdziesięciu latach państwowej własności otrzymuje zupełną ruinę. Jeśli ruina ta jest na dodatek zabytkiem – najbardziej opłaca się ją spalić. Co więcej, urzędnikom jest wygodnie, bo na wiele rzeczy mają wymówkę. Jeśli na przykład pewien polityk wskutek osobistej niechęci nie chce budować Muzeum Sztuki Nowoczesnej albo chce wywalić do kosza uchwalony już plan zagospodarowania Placu Defilad – proszę bardzo, jest wymówka: „roszczenia” dwadzieścia cztery lata po końcu komunizmu. Tak to trwa, ale przecież nie musiało i nie musi tak być. O ile wiem, w Czechach czy wschodnich Niemczech reprywatyzacja jest procesem zakończonym, a sprawy własnościowe są uregulowane. Warto też przypomnieć, że nie jest tak, by w Polsce nikt w tej sprawie nic nie robił. W roku 2001 uchwalono ustawę reprywatyzacyjną, ale ówczesny prezydent ją zawetował. Ponieważ nie chcę, by ten blog był odbierany jako polityczny, daruję sobie wymienianie nazwiska tego prezydenta.

Uff. Trzeba trochę przewietrzyć z tej praskiej stęchlizny. Następny post będzie o jakiejś zieleni miejskiej chyba, o ptasim śpiewie, albo może na lewy brzeg się przespaceruję…

19 kwietnia 2013

Targowa 19 i 21, część 3: Dewastacja na osi czasu

Obie kamienice, Targowa 21 i Targowa 19, zostały zbudowane w latach 1900-1910; dokładnych dat ani nazwisk właścicieli i architektów nie znam. Obie kamienice stoją na Planie Lindleya. Dziewiętnastka składa się z budynku frontowego, prawej oficyny, tylnej oficyny i wychodka, dwudziestka jedynka - z budynku frontowego, lewej oficyny, tylnej oficyny i wychodka:
Na fotoplanie z roku 1945 jest tak samo, zmienia się tylko otoczenie. Wojna przeszła bokiem:
Tak samo, odliczając wychodki, jest również na zdjęciu z roku 2005:
Poza postępem w kanalizacji i zawłaszczeniem kamienic przez państwo coś się jednak w międzyczasie wydarzyło, mianowicie w październiku 2003 wykwaterowano mieszkańców Targowej 21. Bezpośrednią przyczyną (pretekstem) było planowane wyburzenie kamienic pod budowę Trasy Świętokrzyskiej. Pod koniec roku 2005 rozebrane zostały oficyny dwudziestki jedynki; na rozbiórkę budynku frontowego nie dał wówczas zgody konserwator zabytków. Plany TŚ zmieniono; według dzisiejszych ma się obyć bez większych wyburzeń. Na zdjęciu z roku 2008 pojawia się zatem dziura po rozebranych oficynach:
W roku 2008 w "Życiu Warszawy" wiceprezydent miasta Andrzej Jakubiak bredził o kameralnym hotelu, który może powstać w tych zaniedbanych kamienicach, bo przecież będzie Euro. W roku 2009 oba budynki zostały wpisane do rejestru zabytków jako część układu urbanistycznego Targowej. Tymczasem pojawiły się roszczenia do dziewiętnastki. W roku 2009 - cytuję pismo wiceburmistrza Pragi-Północ z grudnia 2011 - "zostało ustanowione prawo użytkowania wieczystego do gruntu na rzecz dawnych właścicieli i ich następców prawnych, obecnie brak ustaleń odnośnie terminu przekazania nieruchomości". Mniej więcej w tym samym czasie dziewiętnastka się paliła i wykwaterowano jej prawą oficynę. Dwudziestka jedynka paliła się we wrześniu roku 2011. 29 listopada tego samego roku w wykwaterowanej oficynie dziewiętnastki wybuchł kolejny nocny pożar; nazajutrz decyzją PINB wykwaterowano pozostałe części budynku. (Co myślę o PINB, już pisałem). Jeszcze przed tym pożarem - cytuję znów pismo wiceburmistrza: "stopień zużycia technicznego budynków (front i oficyny) [...] został  określony na 87,30%. Budynki znajdują się poza granicą opłacalności remontu kapitalnego". (Chodzi o Targową 19, numer 21, z którego istniał już tylko budynek frontowy, miał 76% zużycia). Fotoplan 2012 ukazuje oficynę dziewiętnastki pozbawioną spalonego dachu:
Potem było Euro:
To zdjęcie nie jest moje, bo rok temu nie byłem jeszcze blogerem i nie ganiałem po mieście z aparatem. Jego autorem jest Adam Stępień, a prawa do niego ma Agencja Gazeta (nie, to nie jest zrzeszenie spadkobierców Stanisława Barei).

Gdyby więc ktoś Cię pytał, drogi Czytelniku, gdzie z perspektywy tych dwu kamienic jest  mroczny czas dewastacji, śmiało mu odpowiedz: ten czas jest teraz. My jesteśmy tym czasem.

Ostatni punkt w tej historii jest, mam nadzieję, pozytywny. We wrześniu 2012 roku miasto ogłosiło przetarg na zakup Targowej 21. W listopadzie za cenę minimalną, 1 878 000 złotych, grunt i budynek kupiła Fenix Group, jedyny oferent. Firma ta jako swój program ogłasza renowację i rewitalizację zabytkowych kamienic, prowadzi w tej chwili w Warszawie kilka projektów. Życzę jej wszystkiego najlepszego.

Kolejny post będzie ostatnim z czterech o Targowej 19 i 21, ale nie wiem, kiedy go wrzucę, bo mnie trzy dotychczasowe zmęczyły.