Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powiśle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Powiśle. Pokaż wszystkie posty

5 grudnia 2014

Modernistyczne tarasy na dachu: Dynasy 8, Katowicka 9, Berezyńska 13 / Kafelki Lacherta

Dzisiejszy post jest trochę zapchajdziurą, trochę przejawem tematycznej konsekwencji, czyli ma w punkcie wyjścia wady i zalety, podobnie jak golonka, ordynacja wyborcza, zima, Warszawa, kobieta i mężczyzna. Ludzkie, arcyludzkie, planetarne. Poza tym jest też zapisem ciągu skojarzeń.

Dwukrotnie już opisywałem kamienicę pod adresem Dynasy 8. Kamienica ta, jak do niedawna całe Dynasy, jest przykładem przedwojennego modernizmu, czyli Tego, Za Czym Przepadają Wszyscy Kulturalni Ludzie – oczywiście ja także, skoro z aspiracji do kulturalności nie do końca jeszcze zrezygnowałem. A propos tego budynku zastanawiałem się nad pobocznymi aspektami owego modernizmu: jego staroświecką elegancją i trwałym niezakorzenieniem w duszy narodu (nie licząc, rzecz jasna, Kulturalnych Ludzi). Temat wciąż nie jest wyeksploatowany, zatem znów o Dynasach 8. Otóż efektownym punktem architektury tej kamienicy – rok, przypominam, 1938, architekci Stanisław Ogórek i Bohdan Pniewski – są kręcone schody prowadzące z ostatniej kondygnacji na dach, na którym znajduje się taras.
Takie tarasy na dachu, oczywiście płaskim, są – jako hasło – charakterystyczne dla modernizmu – tego dobrego, przedwojennego, kulturalnego i ideowego modernizmu, występującego również pod nazwami funkcjonalizmu, konstruktywizmu, awangardy itd. To w końcu jeden z pięciu punktów Le Corbusiera: płaski dach z tarasem obok konstrukcji słupowej, poziomych pasów okien, wolnego planu i wolnej elewacji. Na to, by zobaczyć, jak ten taras się prezentuje, pora roku jest akurat dobra:
No cóż – jest balustrada, jest, jak się wydaje, trochę przestrzeni, ale nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek, dość często na Dynasach bywając, dostrzegł tam jakiekolwiek oznaki życia. Spytałem o to jednego z mieszkańców budynku – odparł, że owszem, jest taras, ale nikt go do niczego nie używa. 

Nie wiem, ile jest w Warszawie podobnych tarasów na dachach modernistycznych kamienic i willi oraz czy są wśród nich takie, które byłyby do czegokolwiek używane – oczywiście przez ludzi, nie przez gołębie, wrony, gawrony i kawki. Swego czasu, dokładnie w maju roku 2013, dzięki festiwalowi Otwarte Mieszkania udało mi się zwiedzić inny tego rodzaju dach-taras, i to nie byle jaki, bo należący do obiektu zgoła podręcznikowego: domu własnego Bohdana Lacherta przy Katowickiej 9 z lat 1928–29. (Jest to segment budynku szeregowego pod adresem Katowicka 9/11/11a; Lachert do śmierci w 1987 roku mieszkał pod dziewiątką). Budynek to tak znany, że daruję tu sobie jego zdjęcie, przytoczę za to kilka cytatów. Hanna Faryna-Paszkiewicz: dom, który w pełni ucieleśniał najnowszy kierunek w architekturze tego czasu [...] jest dziś wzorcem dla skrajnie funkcjonalnego czy [...] konstruktywistycznego stylu w architekturze europejskiej dwudziestolecia międzywojennego. [...] Dom ten potwierdza pięć zasad architektury Le Corbusiera [...] słupy zastępują ściany dźwigające [...] Dom ma tarasowy płaski dach, na który prowadzą kręte wąskie schody jakże chętnie stosowane w projektach Le Corbusiera [...] wydłużone w poziomie okna [...] swobodne kształtowanie elewacji i takież rozplanowanie wnętrza (Saska Kępa, Warszawa 2001). Marta Leśniakowska: Druga w Polsce [...] realizacja skrajnie awangardowej architektury (tzw. awangardy prymarnej). [...] projekt opracowany ściśle wg 5 punktów architektury nowoczesnej Le Corbusiera [...]. Tarasy na dachu; w segmencie nr 9 taras dostępny przez żelazne, ażurowe, spiralne schodki wypuszczone z drugiej kondygnacji (Architektura w Warszawie 1918–1939, Warszawa 2002). Wreszcie Atlas architektury Warszawy Juliusza Chrościckiego i Andrzeja Rottermunda z roku 1977 – Lachert jeszcze wtedy żył i mieszkał na Katowickiej, a modernizm był jedynym, obowiązującym stylem: Wzniesiony 1928–29 [...]. Przykład skrajnego funkcjonalizmu i jedna z najciekawszych realizacji tego czasu w Polsce.

Padają tu w bliskim sąsiedztwie terminy funkcjonalizm, funkcjonalny i taras na dachu; ich wzajemny związek sugeruje po pierwsze, że płaski dach z tarasem jest bardziej funkcjonalny od dachu niepłaskiego bez tarasu, po drugie – że taki taras sam w sobie jest funkcjonalny. A jak to wygląda w rzeczywistości?
Nie wydaje się, by ktokolwiek tego do czegokolwiek używał. Nieco przesadnie ażurowa balustrada tarasusugeruje wręcz, że nikt go nigdy do niczego nie używał, choć mogę się oczywiście mylić. Czyli, innymi słowy – nie wydaje się, by to miejsce funkcjonowało. A gdyby rzeczywiście było tak, że to miejsce nie funkcjonuje i nie funkcjonowało – pojawia się pytanie, czy jedyną funkcją przypisaną pewnym funkcjonalnym założeniom programowym funkcjonalizmu nie jest aby funkcja hasła. Taras na dachu – ładnie to brzmi, ale jak się sprawdza? (Przynajmniej w polskim klimacie?)

Sprawa w sumie poboczna i niewarta wytaczania armat, ale ponieważ to ciąg skojarzeń, przypomnę opinię Stanisława Niemczyka cytowaną w poście sprzed kilku tygodni: „Wyrastaliśmy wtedy na modernistycznym myśleniu, funkcjonalistycznym. Na wszystkim, co było związane z Kartą Ateńską, która stała się normatywem w krajach takich jak nasz. Ona wyrastała z ideologicznego myślenia o idealnym społeczeństwie. Nie przez przypadek ideologia modernizmu narodziła się w tym samym czasie co faszyzm i komunizm...”.
 
Przypomniały mi o tym wszystkim – o fotografowanych kiedyś dachach-tarasach na Dynasach i na Katowickiej – wizualizacje i reklamy apartamentowca, którego budowa właśnie się zaczyna na Berezyńskiej 13, na jednej z ostatnich wolnych działek w starej części Saskiej Kępy (jeśli nie ostatniej?), zwolnionej przez wyburzenie stojącego tam dawniej parterowego pawilonu, też modernistycznego. To będzie, zdaje się, budynek  ze straszliwie drogimi mieszkaniami, których ma być tylko trzy, po jednym na kondygnacji. Wśród atutów, którymi wabi deweloper, jest „projekt inspirowany modernizmem”. Na dachu ma być taras, a wizki wyglądają tak:
Balustrada na dachu prawie identyczna jak na Dynasach; stalowe schodki prawie identyczne jak na Katowickiej (te do ogrodu kojarzą się z kolei z willą Łepkowskich przy Francuskiej 2). Jeszcze modernizm czy już historyzm?

Na zakończenie tego ciągu skojarzeń jeszcze jedno z nieco innej beczki, choć z tego samego folderu – mianowicie otworzywszy w kompie paczkę zdjęć z Katowickiej 9, znalazłem tam również foty kafelków i talerzy, którymi w późniejszych latach inkrustował swe mieszkanie Bohdan Lachert, za młodu wielbiciel awangardowo-pierwotnej surowości białych, pustych ścian i elewacji. Sprawa jest zresztą znana; usprawiedliwiający passus poświęca jej m.in. Faryna-Paszkiewicz w swym wielokrotnie już tu cytowanym saskokępskim kompendium.

2 października 2014

Ślady po kulach

Poprzedni post usunąłem, pierwszy raz na tym blogu. Nie chcę go zapychać rzeczami, które szybko się dezaktualizują. Film wisi na YouTubie, można go oglądać. Dziś jednak jeszcze jeden warszawski przerywnik, przypadkiem zresztą z miejsca niewiele oddalonego od tego w usuniętym poście. Przejeżdżałem tamtędy dziś rano; w ogóle jeżdżę tamtędy bardzo często. Rzuciły mi się w oczy ślady po kulach na siedzibie ZNP przy Wybrzeżu Kościuszkowskim, a że dziś akurat rocznica kapitulacji powstania... znacząco mniej obecna w mediach niż fiesta z okazji rocznicy wybuchu...

27 maja 2014

Miejskie aktualności: ulica Mularska wczoraj i dziś

Z aktualnościami ma ten post tyle wspólnego, że zamieszczone niżej zdjęcie historyczne pochodzi z majowego, wciąż aktualnego numeru Stolicy, z rubryki Jarosława Zielińskiego na ostatniej stronie. (Nawiasem mówiąc, niezbyt cenię to pismo w dzisiejszej postaci; w tym majowym numerze jest kilka artykułów głupawych, ale rubryki Zielińskiego to z pewnością nie dotyczy).

Nie mogę równać się z mistrzami, jak choćby autorzy bloga Warszawska identyfikacja, ale po kilkunastu, a może dwudziestu kilku latach zainteresowania dawną Warszawą (nie pamiętam, kiedy dokładnie to się zaczęło; początkiem była na pewno rubryka Warszawa nieodbudowana Jerzego S. Majewskiego) mam wbity w głowę obraz wielu jej miejsc, zwłaszcza oczywiście tych o najbogatszej ikonografii, czyli głównych ulic i placów Śródmieścia. Od kilkunastu miesięcy większość dni rozpoczynam też zajrzeniem na blog Marcina, wielekroć tu już przywoływany – co także regularnie utrwala w pamięci obraz byłego miasta. Mimo tego treningu wciąż zdarza się, że jakieś zdjęcie historyczne wprawia mnie w osłupienie – albo go dotąd nie znałem i nie miałem pojęcia o dawnym kształcie świetnie mi znanych miejsc, albo przeoczyłem je w natłoku innych zdziwień. Tak właśnie było ze znalezionym w Stolicy zdjęciem ulicy Mularskiej, równoległego do Bednarskiej zaułka odchodzącego od Furmańskiej, a zakończonego bramą do ogrodów pokarmelickich. 

Autorem zdjęcia historycznego jest Zdzisław Marcinkowski; J. Zieliński datuje je na początek lat 20. Wersja współczesna z zeszłego czwartku.

11 kwietnia 2014

Księżyc nad Smulikowskiego

Na ulicy Smulikowskiego nigdy niczego nie załatwiałem, nikogo nie odwiedzałem, nie siedziałem tam w żadnym lokalu, bo zresztą nie ma tam żadnych sklepów, kawiarń ani punktów usługowych – ale bardzo często przejeżdżam tamtędy na rowerze, bo tak mi po drodze na most, lub przynajmniej zaglądam w Smulikowskiego, jadąc Tamką, jak wtedy, gdy zrobiłem to zdjęcie. Lubię tę ulicę; to jedna z lepiej zachowanych przedwojennych ulic na Powiślu. Ba! w całym Śródmieściu – według dzisiejszych granic administracyjnych, bo właściwie to żadne Śródmieście.

Wyczytałem kiedyś – niestety nie pamiętam, gdzie – że przy tej ulicy mieszkała Halina Skibniewska. Nie muszę się rozpisywać, kto to – projektantka blokowisk uchodzących za najlepsze w całej blokowej spuściźnie Peerelu, zwłaszcza Sadów Żoliborskich i Osiedla Szwoleżerów, a przy tym peerelowska działaczka polityczna, posłanka przez pięć kadencji, wicemarszałek Sejmu za Gierka i Jaruzelskiego, jedna z czworga Polaków udekorowanych Międzynarodową Leninowską Nagrodą Pokoju, czyli sowieckim zamiennikiem Nobla. (Może warto wymienić pozostałą trójkę, choćby w celu uzmysłowienia, że chwilowy rozgłos nie oznacza wiecznej sławy: Leon Kruczkowski, Ostap Dłuski, Jarosław Iwaszkiewicz). Myślę, że ten adres zamieszkania, jeśli prawdziwy, stanowiłby ładny przyczynek do rozmowy o wartości blokowisk. Skibniewska w wywiadzie z Czesławem Bieleckim rzekła: Dla mnie najwię­kszym komplementem dla mojej architektury jest powiedzenie: chcę miesz­kać u Skibniewskiej. Domyślam się, że jako architekt i wicemarszałek Sejmu mogła zdobyć przydział mieszkaniowy w jednym ze swych bloków. Jeśli wybrała jednak ulicę Smulikowskiego... Ulica ta, choć zabudowana spójną modernistyczną architekturą lat 30., stanowi dokładne zaprzeczenie blokowiska: zabudowa zwarta, pierzeja równa, brak prefabrykatów i typizacji, każdy dom to osobne, autorskie dzieło. Piszę to wszystko w trybie warunkowym, bo dla wiadomości o zamieszkaniu Skibniewskiej na Smulikowskiego nie znalazłem żadnego potwierdzenia, być może więc to plotka czy pomyłka. Znalazłem za to w necie jej adres korespondencyjny z lat 80., nie da się ukryć, równie efektownie nieblokowiskowy: Frascati. To mogło być mieszkanie służbowe, skoro była wicemarszałkiem Sejmu.

Tyle à propos księżyca. Zdjęcie jest równo sprzed roku – przeleżało się wraz z gotowym postem, bo miałem nadzieję, że się dowiem na pewno, gdzie mieszkała Skibniewska. Wrzucam je, zanim znów mi się zdesezonuje.

24 sierpnia 2013

Salon pocztówek odrzuconych

Oprócz pocztówek, którym uroczyście nadano numer i wysłano je do adresatów, są też pocztówki odrzucone, wzgardzone, nieponumerowane, niechciane. Pochlipują w ciemnym kątku, smutno im. Marzą, by ktoś je zaprosił do tańca jak ich piękniejsze siostry. Niby czemu piękniejsze? W czym jestem gorsza – pyta jedna pocztówka drugą, podpierając ścianę. Ale treser pocztówek nie wie, czy można je ludziom pokazać. Ściska w ręku biczyk, nieufnie je mierzy posępnym wzrokiem, wątpi, czy znajdą nabywców.
– Ja jestem z Kozielskiej – mówi jedna. To urocze miejsce, ciche i ustronne. Nie każdemu ukazuje swe piękno.
– Masz niesymetryczne budy – odpowiada jej siostra z okrutnym błyskiem w oku.
– Idź sobie lepiej papę napraw, ty zardzewiała kłódo. Takie jak ty można znaleźć w każdym siole – wtrąca się trzecia. – Ja to mam przynajmniej gołębie.
Masz bardak w obejściu, a gołąb to szczur latający – mówi czwarta. – I zarazki roznosi. Ja mam łosia.
– Na co komu łoś w Warszawie? – Pyta piąta, podnosząc znad kieliszka głowę. – Zresztą brak ci słońca. A skąd się tu wzięłaś?
– Z Elektoralnej.
– Acha. No to uważaj, bo my nie lubimy takich z centrum.
Już się miała zamachnąć, ale treser nie chce, by się pocztówki za kudły brały. Mówi do tej z Gocławskiej: ty jesteś z Pragi, córuś, zrób z nimi porządek.
Na jej widok reszta cichnie, pod nosami tłumią przykre treści. Co ja tu robię z tym paździerzem – myśli ta z Szarej. – Jestem przecież z cegły.
– Lepiej spójrz, jaką masz cerę. Do kosmetyczki byś poszła, tam takie jak ty na glanc wyburzają. Popatrz na mnie, jestem nowoczesna.
– Nowoczesna srowoczesna, a pod spodem też paździerz – mruczy treser. – A gdzie się podziała druga łachudra z Pragi? Tamta miała przynajmniej w oknie fikusa.
– To nie fikus, to zamiokulkas. Za co ja muszę z takim nieukiem przestawać? Może jestem z Pragi, ale mój patron był hetmanem, zakało – myśli pocztówka z Zamoyskiego. 
W najciemniejszym kącie ostatnia klepie różaniec za wszystkie siostry. A za tresera koronkę.

16 sierpnia 2013

Pocztówka nr 14 (sielska)

Dla uspokojenia atmosfery po wczorajszej, apokaliptycznej.
Sielskość napotkałem na Dynasach.

20 lipca 2013

Dynasy 8 – kilka detali

Wakacje to sezon nie tylko na pocztówki, ale też na remonty i porządki. Blog nie ma jeszcze czterech miesięcy, ale sporo już się zebrało tematów niedokończonych lub takich, o których warto napisać więcej. Modernistyczną kamienicę przy Dynasach 8 opisywałem od strony dokładnie przeciwnej niż dziś. Przy wejściu do tej kamienicy zachowało się kilka detali, na które także warto zwrócić uwagę. Wygląda to tak:
Po pierwsze, metalowo-szklane drzwi, a zwłaszcza ich potężny, mosiężny uchwyt, przez siedemdziesiąt kilka lat polerowany dłońmi. Łatwo tu stwierdzić, na jakiej wysokości taki uchwyt jest funkcjonalnie zasadny, a gdzie można zaoszczędzić metalu – tyle że funkcjonalność to nie wszystko:
Drzwi od wewnątrz:
Przy drzwiach stoi instrument tak już rzadki, że nie jestem pewien, czym ściśle jest. Z pewnością jest skrobaczką do butów, ale tę funkcję pełni w zasadzie tylko jedna metalowa listwa. Reszta jest balustradą, a może też stojakiem na parasole?
Jeśli ktoś nagrzeszył naprawdę dużo, może użyć skrobaczki jako klęcznika. Przy wejściu mamy też kolumnę, ciekawą do kontemplacji dla wielbicieli międzywojennej warszawskiej ceramiki.
Budynek jest w rejestrze zabytków, może więc kolumna odzyska kiedyś pierwotny sznyt – tylko skąd wziąć kafelki do uzupełnienia?
Wreszcie to, co się najbardziej rzuca w oczy: trawertyn, którego grube płyty pokrywają ścianę. Nie tworzą gładkiego lica – niektóre są wysunięte, dając nieregularny wzór. Tym samym trawertynem wyłożona jest klatka schodowa na parterze, co robi niezwykłe wrażenie, drugiej takiej nie widziałem. Według niesprawdzonej wiadomości kamień pochodził z własnego kamieniołomu jednego z właścicieli budynku.

6 czerwca 2013

Pasy rowerowe na połowie Tamki

Dwa miesiące temu pisałem, że dzięki wykładni dopuszczającej pasy rowerowe na drogach bez zakazu parkowania powinno takich pasów w Warszawie przybywać. No i są! Dwa! Jeden w górę, drugi w dół, a oba na Tamce, na połowie jej długości, tej pochyłej, od Kruczkowskiego do Kopernika. Ich pojawienie się nie ma wprawdzie związku z ową wykładnią, bo parkować tam od dawna nie wolno. To jednak wydarzenie: na połowie Tamki jest rowerowy pierwszy świat.

Trzy pierwsze zdjęcia robiłem w lekkim pośpiechu wczoraj około piątej po południu. Jechałem w górę, ale nie odmówiłem sobie przyjemności zawinięcia w dół, wzdłuż korka rozciągniętego na całej długości ulicy. Pierwsze zdjęcie tuż zza rogu Kopernika:
Drugie sprzed Pałacu Ostrogskich:
Na trzecim widać już skrzyżowanie z Kruczkowskiego:
Widać, mam nadzieję, jaka to frajda. Te kilkadziesiąt centymetrów asfaltu wystarczy, by śmignąć wzdłuż purkających nerwowo samochodów w miejscu, gdzie dotychczas nie było wiadomo, co robić - ćwiczyć hamulce między przechodniami na wąskim chodniku czy stać w korku, w którym zawsze ktoś nie zostawiał przy krawężniku dość miejsca, by go wyminąć.

Dwie godziny później wracałem - miałem już czas, by wejść na kładkę i z niej zrobić zdjęcia. Tak było w górę:
A tak w dół, gdzie trwał korek:
Swoją drogą, jak ten korek jest możliwy? Główna ulica dostarczająca samochody na Tamkę, czyli Świętokrzyska, w tej chwili nie istnieje. Krakowskie i Nowy Świat są zamknięte dla zwykłych samochodów. Wygląda więc na to, że wszyscy kierowcy z ulic Kopernika, Bartoszewicza i Sewerynów zmówili się, by mi pozować do zdjęć, i karnie czekali dwie godziny na mój powrót. A może wniosek jest inny? Świętokrzyska jest otwarta i ma trzy pasy w jedną stronę - na jej przedłużeniu są korki. Świętokrzyska nie istnieje - na jej przedłużeniu nadal są korki. Może więc żeby zaradzić korkom, nie trzeba się brać za ulice, tylko za drugi czynnik: samochody?

Pasy są naprawdę wspaniałe. Jeśli w ich wytyczeniu maczał palce pan pełnomocnik Puchalski - wyrazy uznania. Pytanie tylko, co dalej? Gdy już zjedziemy do Kruczkowskiego, ulica się poszerza, co znaczy, że znalezienie na niej miejsca dla rowerów staje się potwornie skomplikowane. Na krótkim odcinku od Kruczkowskiego do Solca sytuacja jest trudna do ogarnięcia, niby po dwa pasy w każdą stronę, ale naprzeciw siebie dwa przystanki, jeden pas zdąża pojawić się i zniknąć... 
Wytyczenie pasa rowerowego wzdłuż przystanku to na razie, domyślam się, coś jak całki na etapie przyswajania twierdzenia Pitagorasa. Ale między Solcem a Dobrą sytuacja się klaruje. Wyraźniejszy od zdjęć jest chyba schemacik:
W stronę Mostu Świętokrzyskiego trzy pasy, w tym jeden do skrętu w Dobrą, w drugą stronę jeden pas. Przystanków brak. Dalej, za Dobrą, Tamka staje się jednokierunkową miniautostradą: są tylko trzy pasy w stronę mostu. Jeden z nich pod koniec jest zarezerwowany dla skrętu w prawo:
Ten końcowy odcinek jest dla rowerów beznadziejny. Między Kruczkowskiego a Dobrą pedałuję ze spokojem: skomplikowany układ samochodowo-autobusowy powoduje, że wszyscy jadą powoli, więc idzie sobie poradzić. Za Dobrą nie wiem natomiast, co robić, gdy jadę na most, jak wszyscy rowerzyści w tym miejscu. Zgodnie z przepisami i kierunkiem jazdy powinienem jechać środkowym pasem. Ale trzy pasy w jedną stronę, zero w drugą i perspektywa mostu - to powoduje, że kierowcy natychmiast jadą dwa razy szybciej, niż im wolno, i środkowy pas wybieram tylko w wisielczym humorze. Poza tym szczerze nie wiem, jak bez łamania przepisów dostać się ze środkowego pasa na ścieżkę na moście, odgrodzoną od jezdni krawężnikiem i płotkiem (teraz jest inaczej z uwagi na budowę pompowanie metra). Jazda chodnikiem to pomysł równie kiepski, gdyż jest on w tym miejscu wąski i pełen pieszych (przystanek). Zwyczajowo jadę więc na przełaj: pasem do skrętu w prawo, następnie na skrzyżowaniu prosto i tak dojeżdżam do ścieżki na moście. 

To zajmujący przykład dla badaczy umysłowości warszawskich inżynierów ruchu: pasy rowerowe dało się wytyczyć tam, gdzie dla samochodów był w zasadzie jeden pas ruchu w każdą stronę, nie ma zaś na nie miejsca tam, gdzie w jedną stronę są trzy pasy. Gdyby jednak pas rowerowy pojawił się na całej długości Tamki - łącznie z Mostem Świętokrzyskim i Świętokrzyską po remoncie byłaby to pierwsza nieprzerwana droga rowerowa z Pragi do centrum miasta.

11 maja 2013

Nieoswojony modernizm (Dynasy 8)

Budynek przy Dynasach 8, którego dwa zdjęcia, zrobione od frontu, a właściwie z ujęcia na 3/4, wrzuciłem wczoraj, ma od tyłu cztery balkony (może to loggie, nie znam się). Najwyższy z nich tak jest zabudowany:
Jeszcze raz front tego budynku - ma on kształt dość prostokątny z wyjątkiem balustrady na dachu, ta jednak też jest ascetycznie geometryczna:
Niektórzy zapewne lepiej od tej fasady kojarzą ogólny widok trzech sąsiednich kamienic przy Dynasach 6, 8 i 10 - ta zaokrąglona to szóstka, po lewej widać boczne ściany ósemki i dziesiątki:
Dynasy 8 zostały zbudowane w roku 1938 według projektu Stanisława Ogórka i Bohdana Pniewskiego (dane z ewidencji zabytków). Powielam te informacje niechętnie, bo są łatwo dostępne, wystarczy wpisać adres w gógla, ale przydadzą się tu dla kompletności wywodu. Ciekawsze jest to, że kamienicę zbudowali sobie dwaj inżynierowie, Jerzy Nechay i Czesław Pukiński. A najciekawsze - że  każda z trzech sąsiadujących kamienic ma innego architekta; prócz wymienionych to Stefan Tworkowski (okrąglak) i Wacław Weker (dziesiątka, źródło danych - jak wyżej). Międzywojenny modernizm był wspólnym językiem, w którym architekci tworzyli dzieła osobne, a zarazem doskonale spójne z kontekstem, jeśli ów też był modernistyczny. Ten zespół trzech kamienic wspólnie tworzących schodkowatą pierzeję zawsze odbierałem jako całość. Dynasy 8, wpisane do rejestru zabytków (w odróżnieniu od szóstki i dziesiątki), to wzorcowy styl nowoczesny lat 30. w wydaniu eleganckim i stonowanym (nie tak jak ostentacyjny funkcjonalizm typu np. zburzonej willi Szyllerów). Z tyłu budynek wygląda tak - najbardziej rzucają się w oczy fantastyczne zewnętrzne schody na dach:
Oprócz tego są balkony/loggie, także piękne w swej ascetycznej prostocie. A na najwyższym z nich jest zabudowa:
Sprawa jest następująca: ta zabudowa sama w sobie, uważam, nie jest brzydka; przeciwnie, ma swój urok. Jest też przemyślana i wykonana starannie. Zarazem sama jej obecność to już gwałt na architekturze, a jej kształt to zerwanie ze stylem kamienicy i wręcz nawrót estetyki, w opozycji do której modernistyczni architekci tworzyli.
Jest to więc okazja do pytania: dlaczego estetyka, którą w latach dwudziestych i trzydziestych nazywano "nowoczesną", dominująca już od niemal stu lat, wciąż nie jest przyswojona przez ludzi "spoza branży"? Dlaczego mimo otoczenia przez nią i zamieszkania w niej, ludzie wciąż od niej uciekają, urządzając w niej swoje zakątki oswajane za pomocą poroży, łuków, boazerii i ozdób?

(Postawiłem sobie takie pytanie, wypatrzywszy ten balkon na Dynasach, czyli w miejscu - tak mi się wydaje - zdecydowanie inteligenckim. Ten rozjazd świadomości estetycznych nie dotyczy w tym wypadku praskich ludów półkoczowniczych, piwno-wódczanych, między które warszawiakowi strach wejść bez eskorty, tylko obywateli pijających zapewne czerwone winko z kieliszków - i dlatego zastanawia).