Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cmentarze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cmentarze. Pokaż wszystkie posty

26 listopada 2014

Jeszcze na listopad

Listopad – miesiąc cmentarny. W zeszłym roku był z tej okazji wpis nieco pięknoduchowski. W tym roku duch mój jest brzydszy, taki więc i wpis – co jednak spełnia zasadę kontrastu, podstawę wszelkiej kompozycji.
Cmentarz w Tychach.

14 listopada 2013

Nagrobek Konstantego i Leona Wojciechowskich

Listopad – pora cmentarna. W związku z tym post okolicznościowy – co prawda cmentarny jest zwłaszcza początek listopada, ale potraktujmy to nierestrykcyjnie.

Powązki lubię bardzo. Od dziecka odwiedzam je co najmniej raz na rok, ale poza odwiedzinami rytualnymi już jako uczeń liceum wyprawiałem się tam – nie sam: w towarzystwie kolegi o podobnych skłonnościach – również w celu spacerowo-poznawczym, czyli dla rozrywki. Haratamy w gałę, chłopaki? – Nie, my dziś na spacer na Powązki. Albo taka próba zagajenia z koleżanką: Poszłabyś ze mną na Powązki? Raz spędzałem też wagary na sąsiednim Cmentarzu Żydowskim – pamiętam, gdyż było to zimą, nie miałem rękawiczek i skóra na dłoniach popękała mi do krwi. Ale najintensywniejszy związek z Powązkami przeżyłem jedenaście lat temu, gdy pochowana tam została bardzo mi bliska osoba. Jak wielu ludzi w takiej sytuacji, przez kilka miesięcy często odwiedzałem grób, co siłą rzeczy łączyło się ze spacerem po cmentarzu. Z czasem te spacery stały się atrakcją samą w sobie, chodziłem na nie dla samych Powązek. W dodatku zbiegło się to w moim życiu z odpałem ornitologicznym – przy okazji odkryłem, że Powązki  – liściasty starodrzew w środku miasta – są doskonałym miejscem na podpatrywanie ptaków. Pod koniec tego kilkumiesięcznego okresu chodziłem więc po Powązkach z lornetką, równie często patrząc w górę, w korony drzew, co w dół, na nagrobki.

Szczególność Powązek polega na tym, że to jedyne miejsce w starej lewobrzeżnej Warszawie – w tej z granicach sprzed 1916 roku – gdzie można mieć złudzenie, że nie było całej katastrofy miasta, zagłady domów, ulic, mieszkań, sklepów, bibliotek, zagłady mieszkańców, wymiany ludności, peerelu. To jedyne miejsce, gdzie zachowana jest ciągłość, a także jedyne miejsce, gdzie w kształcie nagrobków trwa dziewiętnastowieczne miasto ze swym genialnym nagromadzeniem stylów, eklektyzmem, ornamentyką, różnorodnością, przenikaniem się literatury z architekturą (czy w tym wypadku – tylko z rzeźbą); miasto bez architektonicznej typizacji. Co więcej, można tu mieć złudzenie, że nie było przepuszczenia narodu przez maszynkę do mięsa, z której wyłoniła się względnie jednolita masa. Na Powązkach trwają dawne stany i godności. Idąc, kłaniamy się na lewo i prawo, jak na balu. Gdzie nie spojrzeć, same rangi. Po lewej pan hrabia, po prawej pan ordynat. Po lewej tajny radca, po prawej emeryt. Tu szewc Hiszpański, tam asesor Wścieklica.

Z takiego cmentarza dziś jeden nagrobek, zapamiętany z dawnych spacerów.
Inskrypcje również na żywo nie są najłatwiejsze do odczytania: Leon Wojciechowski | 11/IV 1843 – 15/IV 1900; Konstanty Wojciechowski | architekt | 8/10 1841   29/XII 1910.

Nie chcę powielać słowami tego, co widać na zdjęciach; spiętrzenie kamiennych brył i grę ich fakturą uważam za wspaniałe. Autorem nagrobka jest Zygmunt Otto. Sam architekt Konstanty Wojciechowski był projektantem licznych kościołów; Wikipedia wymienia dziesięć jego własnych projektów (nie licząc przebudów) i cała ta dziesiątka to piękne neogotyki. W Warszawie stoi jeden, mianowicie kościół parafialny w Zerzniu – dzielnicy Warszawy, o której, przypuszczam, 90% warszawiaków nigdy nie słyszało. Wojciechowski był też działaczem zasłużonego Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości (jego syn Jarosław, też architekt, kierował restauracją kamienicy Baryczków, siedziby Towarzystwa, i stał w nim na czele Pracowni Inwentaryzacji). Kim był Leon Wojciechowski – z dat życia wnioskuję, że brat Konstantego – nie mam zielonego pojęcia.

Jaki światopogląd, jakie wybory myślowe wyraża ten nagrobek? Co oznacza wieńcząca go swastyka, do czego nawiązuje urna? Czy z faktu, że Wojciechowski zaprojektował tuzin czy więcej kościołów i drugie tyle przebudował, wynika, że był prawowiernym katolikiem, a swastyka to stylizowany krzyż? A może z chrześcijaństwem łączył jakieś kulty starożytne czy wschodnie? Może wierzył w nieokreślone siły (duchowe, materialne czy materialistyczno-dialektyczne), których przychylność miała zjednywać swastyka? Może był ateistą-sceptykiem, a symboli używał, by się zabawić formą? W niebywałym melanżu światopoglądów z lat 1848–1914 możliwe jest właściwie wszystko. Dzisiejsze podziały ideowe są mniej skomplikowane (przygotowałem szczegółową rozpiskę, ale asystentka doradza mi, bym się wstrzymał, bo jeszcze kogoś urażę). I rzadko produkujemy równie ciekawe nagrobki.