Dawno nie było, więc jest.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fotografia jako główna treść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fotografia jako główna treść. Pokaż wszystkie posty
30 sierpnia 2015
30 marca 2015
Orvieto. Próby sfotografowania katedry
Do Orvieto pojechałem dzięki Zbigniewowi Herbertowi. Staram się tu unikać wątków przesadnie pięknoduchowskich, nie pisać o Giottach ani della Francescach, nie stąpać śladami Rilkego, Miłosza ani Agnieszki Osieckiej, ale raz na parędziesiąt postów mogę oddać sprawiedliwość pisarzowi, dzięki któremu czegoś się dowiedziałem. Barbarzyńcę w ogrodzie czytałem w liceum, czyli bardzo dawno, książka ta napisana jest jednak na tyle sugestywnie, że między innymi rozdział o Orvieto kołatał mi się jeszcze w pamięci. Chcąc więc na koniec pobytu we Włoszech spędzić kilka dni gdzieś poza częścią tego kraju zwaną Mezzogiorno – dla niektórych będącą w istocie krajem osobnym – a zarazem w miejscu nieodległym od Rzymu, żeby łatwo było dotrzeć na powrotny samolot – pomyślałem o Orvieto.
Przeczytany po latach i po powrocie rozdział z Barbarzyńcy w ogrodzie podobnego wrażenia już na mnie nie zrobił, a nawet, prawdę mówiąc, trochę mnie rozczarował – może dlatego, że sugestywność opisu uznałem tym razem za przesadną. Ale skoro tam pojechałem i zobaczyłem, co jest do zobaczenia, książka w moim przypadku spełniła swoje zadanie. Zresztą w literaturze polskiej oraz dostępnej po polsku jest więcej Orvieto; niedaleko szukając, bo tylko na własnych półkach, znalazłem po powrocie jeszcze trzy inne teksty. O dwóch nie mam nic do powiedzenia, jeden natomiast – Drugie przyjście Herlinga-Grudzińskiego – mocno mnie zdenerwował mieszaniną banału, kłamstwa i egzaltacji – chętnie bym o nim coś napisał, ale nie chcę powracać do chybionego pomysłu bloga z wrażeniami z lektur. Czy ktoś ciekaw? Ale mam jeszcze kilka zdjęć z Orvieto, więc może to pewnego dnia połączę: tamtejsze pocztówki i czytelniczy jad.
Wesołych Świąt! W najbliższym tygodniu za wiele się dzieje, by jeszcze zawracać Państwu głowę kolejnymi postami.
Przeczytany po latach i po powrocie rozdział z Barbarzyńcy w ogrodzie podobnego wrażenia już na mnie nie zrobił, a nawet, prawdę mówiąc, trochę mnie rozczarował – może dlatego, że sugestywność opisu uznałem tym razem za przesadną. Ale skoro tam pojechałem i zobaczyłem, co jest do zobaczenia, książka w moim przypadku spełniła swoje zadanie. Zresztą w literaturze polskiej oraz dostępnej po polsku jest więcej Orvieto; niedaleko szukając, bo tylko na własnych półkach, znalazłem po powrocie jeszcze trzy inne teksty. O dwóch nie mam nic do powiedzenia, jeden natomiast – Drugie przyjście Herlinga-Grudzińskiego – mocno mnie zdenerwował mieszaniną banału, kłamstwa i egzaltacji – chętnie bym o nim coś napisał, ale nie chcę powracać do chybionego pomysłu bloga z wrażeniami z lektur. Czy ktoś ciekaw? Ale mam jeszcze kilka zdjęć z Orvieto, więc może to pewnego dnia połączę: tamtejsze pocztówki i czytelniczy jad.
Wesołych Świąt! W najbliższym tygodniu za wiele się dzieje, by jeszcze zawracać Państwu głowę kolejnymi postami.
Etykiety:
Fotografia jako główna treść,
Nie-Warszawa,
Orvieto,
Pejzaż,
Z innej beczki
12 stycznia 2015
Głucha
W bliskiej przyszłości planuję systematycznie przesuwać się po linii kolejowej 139, penetrując też jej okolice – dawno jednak nie wrzucałem nic z Warszawy. Żeby bloga zupełnie z niej nie wyprowadzać, dziś trochę zdjęć z ulicy Głuchej, najulubieńszej mojej ulicy na Kamionku.
Gdy raz tamtędy przechodziłem, z okna narożnej kamienicy przy Mińskiej odezwał się nade mną zachrypnięty głos:
– Te... jaki dziś jest dzień tygodnia?
– Czwartek – odpowiedziałem zgodnie z prawdą i poszedłem dalej.
Idąc znów tamtędy kilka miesięcy później, z daleka zobaczyłem na rogu dwóch policjantów i stertę rupieci. Okna, z którego ktoś zadał mi tamto pytanie, już nie było, ziała tam czarna, osmalona dziura. Przypomniałem sobie, że rano tego dnia mignął mi nagłówek o pożarze przy Mińskiej, w którym zginęły dwie osoby.
Ta ulica jest też miejscem – jednym z miejsc – w których przekonałem się niezbicie, że oprócz świata materialnego istnieje świat duchowy, ale to zbyt skomplikowana opowieść.
Jedenaście zdjęć z lat 2012–2013. Jedenaście oczywiście dlatego, że dziewiątka jest już zarezerwowana dla Francuskiej, odległej od Głuchej w prostej linii o tysiąc trzysta metrów.
Gdy raz tamtędy przechodziłem, z okna narożnej kamienicy przy Mińskiej odezwał się nade mną zachrypnięty głos:
– Te... jaki dziś jest dzień tygodnia?
– Czwartek – odpowiedziałem zgodnie z prawdą i poszedłem dalej.
Idąc znów tamtędy kilka miesięcy później, z daleka zobaczyłem na rogu dwóch policjantów i stertę rupieci. Okna, z którego ktoś zadał mi tamto pytanie, już nie było, ziała tam czarna, osmalona dziura. Przypomniałem sobie, że rano tego dnia mignął mi nagłówek o pożarze przy Mińskiej, w którym zginęły dwie osoby.
Ta ulica jest też miejscem – jednym z miejsc – w których przekonałem się niezbicie, że oprócz świata materialnego istnieje świat duchowy, ale to zbyt skomplikowana opowieść.
Jedenaście zdjęć z lat 2012–2013. Jedenaście oczywiście dlatego, że dziewiątka jest już zarezerwowana dla Francuskiej, odległej od Głuchej w prostej linii o tysiąc trzysta metrów.
8 stycznia 2015
Jukace 2015
O Jukacach było dziesięć miesięcy temu, dzisiejsza harmonijka pocztówkowa jest tylko przypomnieniem tamtego posta. (Swoją drogą – nic mnie w blogu nie rozczarowuje bardziej niż błyskawiczne obumieranie postów). Kolejny raz dotarłem na Jukace, choć nie miałem tego w planach – chcieliśmy zrobić w Nowy Rok wycieczkę górską, ale pogoda – śnieżek przechodzący w mżawkę, zachmurzenie zupełne – była tak zniechęcająca, że zamiast w górach wylądowaliśmy w Żywcu. Harmonijka:
1 stycznia 2015
Pocztówka nr 43 (z okna pociągu)
Pisałem już, że robienie zdjęć z okna pociągu należy do moich ulubionych zajęć. Tu świeże zbiory, wprawdzie z zeszłego roku, za to z tego tygodnia. Wytrwale pozdrawiam!
28 listopada 2014
16 listopada 2014
Salizada Seriman / Calle Volti
Kilka lat temu w listopadzie byłem w Wenecji. Ponieważ w mojej metrykalnie jeszcze niestarej, ale najwyraźniej przepełnionej już nad miarę głowie wszystko się miesza, nie pamiętam, ile lat temu to było, który akurat król, prezydent i premier panował (papieżem był Benedykt XVI), pamiętam natomiast, że to było w listopadzie. Powód tej pamięci: to był bardzo dobry pomysł – jechać do Wenecji (i Rawenny) w listopadzie. Wenecja była prawie pusta, Rawenna pusta zupełnie. W Wenecji lało prawie bez przerwy – ale Wenecję to i w deszczu można zwiedzać. W Rawennie niebo było czyste jak spojrzenie niemowlęcia.
Oczywiście miałem ze sobą aparat – analogowy, z filmem czarno-białym, bo to była w moim życiu jeszcze ta niedorozwinięta epoka – ale w ogóle go nie używałem, bo jak? Pomijając deszcz, fotograficzną potencję odebrała mi okoliczność bycia w Wenecji. Po co fotografować coś, co było już milion razy fotografowane, a nawet jest od kilkuset lat zupełnie nieźle namalowane, w tej wersji dziś łatwo dostępne w reprodukcjach? Co ja niby mam fotografować? Stanę sobie z aparatem i sfotografuję Pałac Dożów?... Gondolę, mostek, dom nad kanałem?...
Jeden jedyny raz wyjąłem jednak aparat. Lekko znużony deszczem, stanąłem pod jakimś gzymsem czy balkonem, żeby chwilę przeczekać. Z tego stania i przeczekiwania sięgnąłem po aparat i wypstrykałem całą kliszę – nowiutką, nietkniętą, naciągniętą, od Okęcia drżącą na myśl o włoskich naświetleniach. Pstrykałem na wprost, czasem trochę wyżej, czasem robiłem kilka kroków w lewo i zaglądałem w odchodzącą tam uliczkę. Komplet trzydziestu sześciu klatek poniżej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































































