Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia miasta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Z życia miasta. Pokaż wszystkie posty

9 lipca 2015

Wyniki

Uzupełnienie poprzedniego posta. W poszczególnych dzielnicach projekty rowerowe zajęły:

– Bemowo: 1. i 3. miejsce;
– Białołęka ogólnodzielnicowa: 3. miejsce, w obszarach przeszło pięć czy więcej projektów;
– Bielany, obszar pierwszy: 1., 4. i 5. miejsce;
– na Mokotowie miejsca nie są spektakularne, ale przeszły dobre projekty Rowerowa i piesza alternatywa dla Puławskiej oraz Pasy rowerowe na Idzikowskiego i remont chodnika też (co za tytuł!);
– Praga Południe, gdzie głosowałem: Uzupełnienie sieci rowerowej na Pradze Południe – 1. miejsce, najwięcej głosów w całej Warszawie, Przywrócenie ciągłości drogi rowerowej wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego pod Mostem Poniatowskiego – 2. miejsce, Bezpieczne stojaki dla rowerów – 3. miejsce;
– na Gocławiu przeszedł bardzo dobry projekt rowerowy dopełniający się z ogólnodzielnicowym – 4. miejsce;
– przeszło też kilka projektów rowerowych na Grochowie i Kamionku;
– na Saskiej Kępie na 3. miejscu przeszedł projekt dopuszczenia ruchu rowerów pod prąd w całej starej części dzielnicy, z nielicznymi wyjątkami mającej ulice jednokierunkowe. Ten projekt wydaje mi się zbędny w budżecie partycypacyjnym, bo sądzę, że ogólne otwarcie dla rowerów ulic jednokierunkowych jest sprawą niedalekiej przyszłości (skądinąd miałem w tym tygodniu przyjemność pojeździć trochę rowerem po m.st. Krakowie – w godzinę widziałem tam więcej tabliczek nie dotyczy rowerów pod zakazami wjazdu niż w całej Warszawie);
– Praga Północ: 1. miejsce;
– w Śródmieściu ogromny projekt rowerowy zajął 2. miejsce, kolejny duży – 4. miejsce, oba przeszły;
– na Targówku w poszczególnych obszarach dwa projekty na 2. i 3. miejscu;
– Ursus: 1. miejsce;
– na Ursynowie bardzo duży projekt ogólnodzielnicowy – 2. miejsce, w jednym z obszarów kolejny na 1. miejscu;
– Włochy: 2. miejsce;
– Wola ogólnodzielnicowa: 3. miejsce; Czyste, Mirów – 2. miejsce;
– Żoliborz ogólnodzielnicowy – 1. miejsce.

Jak to podsumować? Właściwie tego nie rozumiem, bo rowerzyści nie są zorganizowaną grupą – istnieją, owszem, stowarzyszenia rowerowe, jeździ Masa Krytyczna, ale istnieją też stowarzyszenia myśliwskie, wędkarskie, antyprzemocowe, kibicowskie itd., tymczasem nie ma zwycięskich projektów zarybiania Wisły ani doposażania kibiców w maczugi. Większość rowerzystów nigdzie nie przynależy i nie jeździ w masach. Być może to jakiś heglizm – może to sam rozum zwiewający przez dzieje toruje sobie tędy drogę ucieczki.

Póki co jednak nie zobaczyłem zrealizowanego ani metra pasów rowerowych, na które głosowałem i z których się cieszyłem w zeszłym roku. Realnej poprawy warunków ruchu rowerowego nie powoduje na razie budżet partycypacyjny, tylko działalność pełnomocnika Puchalskiego, który ma umocowanie w strukturach miejskich i potrafi coś przeforsować.

26 czerwca 2015

Budżet partycypacyjny – dzień ostatni

W przedostatnim dniu głosowania na budżet partycypacyjny taka mi przyszła do głowy refleksja: przyjdzie dzień, gdy rowerzyści będą mieli w alei Jana Pawła dziesięć pasów – a dla tych w samochodach* zrobimy obok ścieżkę**.

* Kontrowersje u opinii publicznej wzbudzi wypowiedź wiceprezydenta miasta:
Warszawa to nie wieś, żeby po niej samochodem jeździć.
 
** Nie będziemy mściwi. Ścieżka nie będzie z kostkibauma ani nie będzie dwa razy zmieniała strony ulicy, zmuszając zawsze do podwójnego czekania na światłach, jak dzisiejsza ścieżka rowerowa w JP2 na północ od alei Solidarności. Zresztą w ogóle świateł już nie będzie, wystarczą wyniesione przejścia i progi, a ostańcem kostkibauma będzie spacerniak na Rakowieckiej.

28 marca 2015

Tablica ze spalonego mostu

Włoska inwazja na blog jeszcze potrwa, choć główny szturm został już chyba odparty. Wolę od razu rzucić przeciw najeźdźcy wszystkie siły i w parę tygodni wdeptać gada w ziemię, niż potem latami zwalczać go metodą partyzancką, wychylając się znienacka i rzucając kiszonymi ogórkami w patrole pizzy. Nawet wycofany za linię demarkacyjną, przybłęda zatruwałby swym błękitem ojczystą krew. 

Tymczasem żeby wreszcie w  ojczyźnie zakotwiczyć – zdjęcie cyknięte parę lat temu podczas jednego z nielicznych spacerów po arcyniespacerowym moście, dziś spalonym. Ciekawe, czy tę tablicę zostawią? Niedawno w mediach mowa była, zdaje się, o innych tablicach, z nazwiskiem Berlinga. Ta wisiała na samym środku i powinna, sądzę, zostać jako dokument.

22 października 2014

Po sezonie wyburzeń (Port Praski)

Zdjęcia z 22 maja:
Przy ulicy Sierakowskiego burzona była kamienica bodaj z lat 30., w której jeszcze kilka miesięcy wcześniej ktoś mieszkał – rozmawiałem raz z lokatorami. Kamienica należała, jak widać, do Portu Praskiego – do dewelopera, nie do założenia portowego, rzecz jasna.

Bilans ostatnich kilku lat w tym latyfundium: fabryka na Krowiej spalona, zburzona i pseudozrekonstruowana. Dworzec Wodny spalony. Ceglane magazyny portowe zburzone. Betonowy szkielet pozostały po rzeźni zburzony. W tym roku ta kamienica, bez szczególnej wartości (innej niż samo trwanie od przed wojny), za to podobno w doskonałym stanie, zburzona. Zbudowany jeden apartamentowiec jako narośl nad pseudozrekonstruowaną fabryką.

A naprzeciw czeka na swój los kamienica Mintera...
Zalinkowałbym post o tym budynku z bloga Penetratorów, polecanego w okienku po prawej, ale się boję, że znów zrobią u siebie wielką czystkę, albo ktoś im ją zrobi, i link się zdezaktualizuje, więc tylko tekstowo polecam zajrzenie. Wiedzę o kamienicy łatwo zresztą zdobyć, wertując gógla. Po komentarzu – oto link.

15 października 2014

Z rzeczy dobrych: Puławska róg Olesińskiej

Blog bywa okazją do gderania; staram się to kontrolować, nie zawsze skutecznie. Dla równowagi przygotowałem kilka postów o pozytywnych spotkaniach z miejską rzeczywistością. Będę je zamieszczał systematycznie, choć nie jeden po drugim.

Zastrzegam, że akcja ta nie ma żadnego związku z kalendarzem wyborczym. Co do mego stosunku do obecnych władz Warszawy – wydaje mi się, że jeśli za kryterium podobieństwa przyjąć wizję miasta, to obecna pani prezydent jest istotą podobną do czegoś w rodzaju meduzy czy innej morskiej pulpy, poruszającej niekiedy czułkami zgodnie z ruchem fal. Oczywiście przez minionych osiem lat w Warszawie wydarzyła się niejedna dobra rzecz, myślę jednak, że wydarzyły się one mimo tej pani – nie we współczesnym, lecz w dawnym sensie mimo, tak jak u Reymonta: przechodząc mimo domu, zajrzał w otwarte okna. Ale zostawmy to.
  
Dzisiejszy pozytyw: przy rogu Puławskiej i Olesińskiej wyrósł nowy dom, nie całkiem jeszcze ukończony. O budynku tym nie mam prawie żadnych danych, w necie znalazłem mało co, żółtej tablicy informacyjnej nie przeczytałem. Architektura jak architektura, ale – byłoby fajnie, gdyby wszystko, co się w Warszawie buduje, równie dobrze wpisywało się w sąsiednią zabudowę!

Fotki lekko odbarwiłem, żeby wyglądały trochę na wizualizacje:
Z pomocą uzdolnionej rysunkowo Asystentki przygotowałem grafikę edukacyjną z czterech obrazków: pan sikający na ulicę, city shopping wystający zza Belwederu, pan celnie sikający do sedesu, Puławska róg Olesińskiej, dwa pierwsze obrazki z czerwonym krzyżykiem, dwa kolejne z zielonym ptaszkiem. Ale nie wrzucam, bo będzie, że znowu narzekam.

Swoją drogą – budynek mi się podoba, a zarazem trochę mnie zdumiewa, bo – jak mając pieniądze na kupno mieszkania w cenie wyższej od warszawskiej średniej (znalazłem parę ogłoszeń z tego budynku – między trzynastoma a czternastoma tysiącami za metr), kupować je bezpośrednio nad Puławską? Przecież musi tam być potężny hałas. Najwyraźniej jednak ludzie dzielą się na dwa podgatunki – jeden (mój), dla którego życie stale przy zamkniętym oknie byłoby torturą, i drugi, dla którego otwieranie okien nie jest żywotną potrzebą.

14 września 2014

Wanda Lurie

W Muzeum Woli można obejrzeć wystawę, o której wspomniałem w poście z 5 sierpnia poświęconym rzezi Woli. Na wystawie tej zobaczyć można między innymi wydobytą z jakichś zapomnianych archiwów rejestrację rozmowy z Wandą Lurie. Polecam ten film osobom dobrze panującym nad swymi emocjami, albo też nie obawiającym się ich publicznie pokazywać.

16 lipca 2014

Pocztówka nr 33 (rowerowo-partycypacyjna)

Pocztówka jest z jakiegoś lasu gdzieś między Jarosławiem a Roztoczem, ale wrzucam ją z okazji wyników głosowania w ramach warszawskiego budżetu partycypacyjnego. Smakuję krwistą słodycz zwycięstwa – smak bardzo dla mnie rzadki w demokratycznych wyborach, prawie go zapomniałem. Mieszkam na Saskiej Kępie, ale głosowałem w Śródmieściu ze względu na tamtejszy projekt kontrapasów rowerowych, z których zwłaszcza kontrapasy na Mokotowskiej od placu Trzech Krzyży do Pięknej, na Podwalu i na górnym odcinku Oboźnej byłyby dla mnie dużym udogodnieniem, umożliwiającym albo jazdę najwygodniejszą drogą w często obieranym kierunku (Mokotowska), albo jazdę zgodną z przepisami w miejscach, w których notorycznie je łamię (Podwale, Oboźna). Przy okazji poparłem też z radością przejście dla pieszych przez Andersa – to i podobne przejścia nie poprowadzą z jednej strony ulicy na drugą, tylko od drogowniczego totalitaryzmu do społeczeństwa obywatelskiego. Jednego z domowników skłoniłem natomiast, by – skoro na Kępie nic specjalnego do przegłosowania nie było – głosował na Pradze-Północ na kolejne dwa świetne projekty rowerowe, zwłaszcza ten dotyczący pasów rowerowych na Starej Pradze (Ząbkowska, Okrzei, Kłopotowskiego). Wszystkie te projekty przeszły! Zresztą – ale to już trochę dla zabawy, a trochę z powodu ustaleń z synem dwulatkiem – głosowałem też na domki dla małych, skrzydlatych, pasiastych przyjaciół, również, jak wiadomo, z powodzeniem.

Kiedy zakładałem ten blog – pewnie już o tym pisałem – wyobrażałem sobie, że będę go wypełniał w połowie materiałami varsavianistycznymi – reportażami z rozpadających się kamienic i zestawieniami wczoraj i dziś – a w połowie materiałami o Warszawie z punktu widzenia rowerzysty, czyli zasadniczo narzekaniem na kształt świata urządzonego przez drogowców. Potoczyło się to w inną stronę – reportaże z kamienic i wczorajidzisie są, ale przeplatane innymi tematami, natomiast o drogownictwie zwyczajnie nie chce mi się pisać, gdy siadam w domu przed komputerem – choć gdy jestem poza domem, uważam, że to temat podstawowej wagi. Panowie z wydziałów inżynierii ruchu są przecież kreatorami naszego środowiska życia; obojętnie dokąd i w jakim celu wychodzę z mieszkania, zawsze mam do czynienia z wykreowanym przez nich otoczeniem i narzuconymi przez nich warunkami. 

Są, owszem, miejsca, w których sytuacja w ostatnich latach znacznie się poprawiła. Gdy wrócić pamięcią do Krakowskiego Przedmieścia z czasów moich studiów i codziennej obecności na nim... Brudne, wiecznie zasyfione przejście podziemne między bramą uniwersytetu a wylotem Traugutta... Codzienne przebieganie w tym miejscu przez ulicę z poczuciem zagrożenia mandatem, o samochodach nie wspominając... Wzdłuż Pałacu Staszica chodnik szerokości chyba mniejszej niż metr... Plac Zamkowy między kościołem św. Anny a Podwalem zajęty przez parking, inny parking dookoła pomnika Kopernika... A teraz pomyślmy o tym, co nadal jest: niemożliwość przejścia przez ulicę z centralnej alei Ogrodu Saskiego na centralną aleję przez plac Żelaznej Bramy, na Osi Saskiej... Niemożliwość przejścia przez ulicę na osi Nowolipek i głównego wejścia do Ogrodu Krasińskich... Ten wielokrotnie już opisywany niewiarygodny stan w centrum miasta, gdzie osoba na wózku musi przebyć kilka kilometrów, by przejść na drugą stronę Alej Jerozolimskich... Konieczność przechodzenia przez trzy ulice i stania na trzech światłach, gdy się chce przejść na drugą stronę Francuskiej przy skrzyżowaniu ze Zwycięzców, bo pasy wytyczono na tej arterii tylko po jednej stronie skrzyżowania... To wszystko jest po prostu klęską rozumu i wspaniale, że tak nieoczekiwany środek jak budżet partycypacyjny może służyć poprawie tego stanu rzeczy. Inna rzecz, że nie wiadomo, co z tego wyniknie: czy przyspieszy to proces humanizacji przestrzeni miejskiej, czy odwrotnie, projekty rowerowe i piesze (oraz np. zakup książek dla bibliotek) będą teraz odsyłane do budżetu partycypacyjnego, zamiast być finansowane jako zwykłe miejskie inwestycje? A cały ten budżet z kilkuset zgłoszonymi projektami to z grubsza połowa kosztów poszerzenia Wołoskiej do pięciu pasów w jedną stronę.

18 kwietnia 2014

Miejskie aktualności: wybuch / Kobielska 91 wczoraj i dziś

Najwyższy czas wrócić na linię kolejową 139, i to wrócić na dłużej. Zamiar polegał przecież na dokumentacji wszystkich stacji tej linii, nie mówiąc o wypadach w ich okolice; w dotychczasowym tempie nigdy go nie zrealizuję. Żeby jednak nie wysiedlać zupełnie bloga poza Warszawę, posty o linii 139 przeplatał będę zwięzłymi raczej postami z zakresu warszawskich miejskich aktualności. Dziś pierwszy z nich.

Dwa tygodnie temu miał miejsce wybuch w budynku przy Kobielskiej 91; donosiły o tym owego wieczoru i nazajutrz wszystkie warszawskie media (według informacji, które się wówczas pojawiły, sprawcą był lokator czekający na eksmisję). Wiadomość ta wprawiła mnie w niepokój, gdyż wyobraziłem sobie, że z całego budynku wkrótce nic nie zostanie – że w rezultacie szkód zostanie wyłączony z użytkowania i wyburzony – a wielokrotnie myślałem, że jest on tematem do opisania. Tak źle nie jest; poważnego uszczerbku doznało tylko kilka mieszkań. Uznałem jednak, że lepiej dłużej nie czekać i co najmniej napocząć temat zestawieniem wczoraj i dziś

Na początek widok kilka dni po wybuchu:
I przedwczoraj:
Budynek ten był pierwotnie jednym z miejskich domów czynszowych dla bezdomnych, których cały kompleks powstał w latach dwudziestych przy Podskarbińskiej i Kobielskiej (nazywano je wówczas „domami-hotelami). Kwaterowane były tam rodziny eksmitowane z innych budynków; czynsz był niski (rzędu 20–40 złotych miesięcznie), nie były to jednak darmowe noclegownie. Najbardziej znaną częścią tego założenia są trzy wyższe, trzypiętrowe domy po wschodniej stronie Podskarbińskiej i północnej Kobielskiej, o adresach Podskarbińska 6 i 8 oraz Kobielska 88/92, w tym jeden z efektownym (jak na dzisiejsze standardy, a także jak na swoją funkcję) narożnikiem u zbiegu tych dwóch ulic. Dom przy Kobielskiej 91 jest od tamtej części założenia niższy, skromniejszy architektonicznie (co nie znaczy, że brzydszy) i odrobinę starszy; dziś wyróżnia się też tym, że jako jedyny nie został jeszcze ostyropianowany, i z tej zwłaszcza przyczyny budzi mą sympatię. Ten zakątek miasta z sąsiadującymi ze sobą dwoma przykładami budownictwa socjalnego II RP – drugim, obok osiedla dla bezdomnych, jest osiedle TOR po zachodniej stronie Podskarbińskiej – uważam za bardzo ciekawy.

Chronologia osiedla jest następująca: w latach 1924–25 miasto zbudowało pierwszy dom drewniany (z murowanymi klatkami schodowymi), ustawiony wzdłuż Podskarbińskiej między Kobielską a Grochowską. W roku 1926 oddano drugi identyczny dom, ustawiony równolegle do pierwszego dalej od Podskarbińskiej; według dzisiejszych źródeł miał on adres Kobielska 93. W roku 1927 oddano trzeci dom, również identyczny kształtem, ale w całości murowany – to ten, który ma dziś adres Kobielska 91 (nie jestem pewien, czy tak było od początku) i w którym dwa tygodnie temu był wybuch. Te trzy domy miały od 73 do 76 mieszkań, w olbrzymiej większości jednoizbowych, z kuchnią węglową, ale bez sanitariatów – te były wspólne (większe były mieszkania dozorców oraz dwuizbowe mieszkania w narożnikach). Około roku 1928 ukończono po drugiej stronie Kobielskiej trzy dużo większe domy o wymienionych już adresach, mieszczące w sumie 493 izby. Cały kompleks jest widoczny na zdjęciu lotniczym z roku 1936 – cyfry odpowiadają powyższej chronologii:
Na zdjęciu z roku 1945 widać puste miejsce po dwóch pierwszych, drewnianych domach, które zapewne poszły z dymem:
We wczesnych latach pięćdziesiątych teren zwolniony przez te dwa domy zabudowano częściowo kinem 1 Maj (jednym z czterech kin wzniesionych wówczas według podobnych projektów, obok Stolicy, Ochoty i nieistniejącego już kina W-Z). Kino to zamknięto w latach 90.; dziś jest w nim Marc-Pol. Już w XXI wieku południową część terenu zajęło natomiast dzielnicowe Centrum Promocji Kultury. 

Zamieszczone niżej zdjęcia przedwojenne ściągnąłem z Warszawy 1939. Pierwsze i ostatnie z nich (te z IS PAN) datowane są na rok 1928 i podpisane nazwiskiem Jaworski, drugie nie ma żadnego podpisu, trzecie pochodzi z książeczki Budownictwo mieszkaniowe Magistratu m.st. Warszawy 1924–1928. Zdjęcia współczesne robiłem 16 kwietnia; pogoda była, jak widać, bez szału. 

Pierwsze zdjęcie historyczne przedstawia Kobielską 91 od wschodu; za nią po lewej widoczna ściana szczytowa drewnianej Kobielskiej 93, po prawej – budująca się Kobielska 88/92. Miejsce, z którego zrobiono zdjęcie, zajmuje dziś boisko przy Zespole Szkół im. Olimpijczyków Polskich (Siennicka 15).
Drugie zdjęcie pokazuje Kobielską 91 i 93 w przeciwną stronę; w głębi widoczny jest obelisk na cześć budowy szosy brzeskiej przy Grochowskiej. We współczesnym kadrze widać tył kina 1 Maj, z przyczyn mi nieznanych przemalowanego jako Marc-Pol w narodowe barwy Szwecji.
Trzecia para to widok Kobielskiej 91 od frontu. We współczesnym odpowiedniku stanąłem ostatecznie pod nieco większym kątem, gdyż inaczej w kadr wchodzi jakiś budynek techniczny związany z dawnym kinem.
Ostatnia para jest, jeśli chodzi o kadr dzisiejszy, nieco obsesyjna. Na starym zdjęciu widok na trzy budynki zespołu (oraz budującą się nowszą część w tle) od strony Grochowskiej, z miejsca, w którym jest dziś parking na zapleczu bloczku mieszczącego część biur urzędu dzielnicy Praga-Południe (Grochowska 262).
Wesołych Świąt!

27 marca 2014

Pożegnanie Finlandzkiej 4 – część 3, z wyjaśnieniem zagadki siedmiu kamer i relacją ze społecznej aktualności

Czytając ostatnią część historii budynku przy Finlandzkiej 4, warto mieć w pamięci kilka wiadomości podanych w poprzednich postach. Z części pierwszej warto zapamiętać siedem kamer monitorujących rozpad, z części drugiej – zwłaszcza wiadomość o dociepleniu budynku, wówczas komunalnego, które wykonano na koszt dzielnicy jeszcze w latach 90. (Swoją drogą – takimi dygresjami rozbijam dramaturgię, ale cóż poradzić – na zdjęciach w pierwszym poście widać, jak po około dwudziestu latach prezentuje się ta „termomodernizacja”: łuszcząca się farba, spękania wzdłuż krawędzi styropianowych płyt).

Poprzednią część skończyłem na tym, że w 2008 roku budynek został „odzyskany” przez firmę Portoallegre Sp. z o.o., która odkupiła roszczenia. Według informacji z jednego z linkowanych niżej artykułów droga prawna była inna: budynek najpierw odzyskały rzeczywiste spadkobierczynie, potem sprzedały go Portoallegre. Albo ja dostałem nieścisłą informację, albo autor artykułu; mniejsza. To, co dalej piszę, opieram na trzech źródłach: rozmowach z okolicznymi mieszkańcami, naocznej obserwacji oraz nielicznych artykułach prasowych, które linkuję.

Nowy właściciel zapewne od początku planował budynek zburzyć; trudno się temu dziwić. Punkt dobry, dzielnica wzięta, a dom mały i pozbawiony wartości architektonicznej – ale zamieszkany. Pierwszym krokiem właściciela było podniesienie czynszów do nonsensownej wysokości – jedna z lokatorek za dwupokojowe mieszkanie bez toalety płacić miała trzy i pół tysiąca złotych. Mieszkańcy wygrali w pierwszej i drugiej instancji sprawy o wysokość czynszów. 

Kolejny etap to stopniowe niszczenie budynku i szykanowanie lokatorów. Właściciel odciął gaz, którym budynek był ogrzewany; od tamtej pory lokatorzy ogrzewali mieszkania elektrycznością. Powodowało to przeciążenie instalacji; skrzynka elektryczna na klatce schodowej została zamknięta za pomocą olbrzymiej kłódy, żeby uniemożliwić dostęp w przypadku wysadzenia korka. Tajemniczy sprawcy podziurawili dach i wybili okna w piwnicach; lokatorzy ogacili je dyktą, szmatami itp. Gdy w roku 2012 w środku ostrej zimy właściciel (oczywiście nie osobiście) pootwierał okna w niedostępnych dla lokatorów pomieszczeniach, czego skutkiem oprócz zimna mogło być np. pękanie rur, jedyny raz podjęła temat Stołeczna w artykule zatytułowanym Kamienicznik wykurza ludzi mrozem.

Właśnie po tym artykule pojawiły się kamery, dzięki którym zainteresowałem się budynkiem (artykułu zresztą nie znałem, gdy się ukazał, byłem poza Warszawą). Widok był oniryczny: rzucające się w oczy zaniedbanie, z miesiąca na miesiąc większe, i kamery świecące czerwonymi diodami, w pancernych obudowach, wycelowane we wszystkie okna. Idę zresztą o zakład, że w rzeczywistości to nie czynne kamery, lecz atrapy. Chodziło po prostu o zastraszenie lokatorów, uprzykrzenie im życia, zasugerowanie ich odpowiedzialności za szkody. Właściciel oskarżał ich o niszczenie budynku, o łamanie wymyślonego przez siebie regulaminu, sformułowanego na zasadzie paragrafu 22 – na przykład równoczesny zakaz wstępu do ogródka i obowiązek utrzymania czystości na posesji. Częścią tych szykan były też wizyty ochroniarzy, nachodzących lokatorów w celu sprawdzenia, czy aby o szóstej rano w pogodny wiosenny dzień nie oddają się rozkoszom dewastacji.

W chwili przejęcia budynku przez Portoallegre zamieszkane były cztery mieszkania. (Na tym oparłem swoją informację, że mieszkań było cztery; wg linkowanego artykułu w Stołecznej w przeszłości było ich nawet osiem; być może, ale w takim razie „mieszkaniami” nazywane musiały być jednoizbowe klitki wykrojone z przedwojennych metraży). Jeden z lokatorów dostał inne mieszkanie od dzielnicy; inną rodzinę eksmitowano za długi. W przypadku dwóch rodzin, które regularnie płaciły czynsz po stawkach określonych przez sąd, sytuacja była patowa. Dzielnica odmawiała przydzielenia im innych mieszkań. Właściciel odmawiał im czegokolwiek i założył sprawę sądową o eksmisję, wynajdując do niej liczne preteksty. Oni sami kurczowo trzymali się mieszkań, słusznie widząc w tym jedyną szansę na jakieś pozytywne dla siebie rozwiązanie: ugodę na cywilizowanych warunkach bądź uzyskanie innego mieszkania komunalnego. Sprawy sądowe mają w Polsce to do siebie, że się toczą latami.

Od kwietnia roku 2013 te dwie rodziny żyły bez wody, gazu i elektryczności. Odcięcie gazu jest najprostsze – wystarczy rozwiązać umowę z PGNiG. W marcu 2013 właściciel uzyskał z PINB (Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego) decyzję stwierdzającą, że budynek nie nadaje się do zamieszkania, i nakazującą jego opróżnienie; na tej podstawie odciął wodę i elektryczność. W tym miejscu istotna jest podkreślana przeze mnie termomodernizacja – badziewna bo badziewna, ale wykonana kilkanaście lat wcześniej w komunalnym wówczas budynku. Skoro na taki remont zdecydowała się dzielnica, instancja nie szastająca pieniędzmi na remonty kamienic – najwidoczniej zupełnie niedawno nie była to jeszcze ruina zagrażająca zdrowiu i życiu tych, którzy śmią wstąpić w jej czeluść.

Budynek był przez kilka lat niszczony, ale od razu napiszę, co o tym papierze z PINB myślę: byłby śmieszny, gdyby nie był przerażający. Równie zasadnie można od zaraz wyłączyć z użytkowania i wysiedlić pół Warszawy, a po kilku latach starań – całą.

Pat trwał jeszcze bez mała rok. Sprawy sądowe toczyły się z rozprawy na rozprawę, kolejne posiedzenia z przesłuchaniem kolejnych świadków (czyjegoś faktycznego zamieszkania, czyjegoś wandalizmu itd.) i rozpatrzeniem kolejnych dokumentów odbywały się w zwykłych dwu-, trzymiesięcznych interwałach. Burmistrz podtrzymywał swój brak zainteresowania sytuacją, mieszkańcy trwali w uporze, pogoda, jak to w Polsce, zmieniała się nieprzewidywalnie, ale tegoroczna zima na ogół sprzyjała lokatorom. 

Nie chcę już epatować czytelników nieco melodramatycznymi informacjami o tym, że w każdej z dwóch rodzin, które mieszkały przez rok bez wody, elektryczności i ogrzewania – trzysta metrów od Stadionu Narodowego za dwa miliardy – były małe dzieci – ale takie właśnie są fakty

Ostatnia jak dotąd rozprawa w procesie o eksmisję odbyła się 25 lutego 2014. Rozstrzygnięcie nie zapadło – sąd wyznaczył dwa kolejne terminy rozpraw, pierwszy kwietniowy, drugi czerwcowy. Jakież było zdziwienie lokatorki wracającej z sądu – pozwólmy tu sobie na nieco wyświechtany powieściowy styl – gdy zajechawszy na miejsce, zastała wejście do budynku zabite deskami, a swój dobytek spakowany do ciężarówki i wywożony do magazynu, skąd będzie go mogła odebrać, gdy uzbiera na taksówkę bagażową i znajdzie lepsze miejsce na skład. Co do godziny w czasie nierozstrzygniętej rozprawy firma ochroniarska Ekotrade na zlecenie właściciela budynku opróżniła go, otwierając mieszkania i usuwając z nich mienie lokatorów, na mocy postanowienia PINB o wyłączeniu budynku z użytkowania, datowanego na 21 marca 2013 roku, czyli ponad jedenaście miesięcy wcześniej. Na mocy tego dokumentu należało: całkowicie opróżnić budynek; wydzielić strefę zagrożenia; umieścić w widocznym miejscu zawiadomienia o zagrożeniu bezpieczeństwa ludzi i mienia oraz zakazie wstępu; wykonać doraźne zabezpieczenia uniemożliwiające dostęp osób trzecich; odłączyć media. To wszystko udało się wykonać po jedenastu miesiącach i czterech dniach, dokładnie w czasie, gdy lokatorzy i właściciel siedzieli na sali rozpraw. W ten, przyznajmy, malowniczy, wręcz po sienkiewiczowsku zawadiacki sposób firma Portoallegre pokazała wszystkim obserwatorom – wśród nich i Tobie, czytelniku – gdzie ma polskie sądy i co one jej mogą. (Co one mogą – precyzyjnie formułuje to Wiesław Gołas w 3'18'' tego skeczu).

Nawiasem mówiąc – gdyby to była sądowa eksmisja, a nie działanie na mocy papieru z PINB, to nie mogłaby się odbyć 25 lutego, od listopada do marca obowiązuje bowiem zimowy okres ochronny. 

Akcję z 25 lutego opisał Super Express. Na miejsce przybył wezwany przez dziennikarkę tego pisma wiceburmistrz Pragi-Południe Robert Kempa. Używając kilku męskich słów, skonstatował, że jest już „pozamiatane”, jego zdaniem z pogwałceniem prawa, i umówił na kolejny dzień lokatorów w ośrodku pomocy społecznej. Jak dowiadujemy się z kolejnego artykułu, burmistrz złożył też skargę na działanie, a ściśle – na bezczynność policji, gdyż całemu zajściu w zupełnym bezruchu przypatrywało się kilkoro policjantów (pięcioro czy sześcioro). Co do mnie, nie mam pojęcia, czy ta quasi-eksmisja była w pełni zgodna z prawem, wiem natomiast z cytowanego źródła, że szef realizującej ją firmy ochroniarskiej to były rzecznik prasowy Komendy Stołecznej Policji. Podczas opróżniania budynku był obecny na miejscu; bardzo bym się zdziwił, gdyby policjanci okazali się dla niego niemili.

Od 25 lutego posesja – wcześniej przez kilka lat otwarta dla każdego – jest zamknięta: furtka wstawiona, na bramie kłódka, wejście zabite deskami, we wszystkich oknach paździerz. W kontenerze-stróżówce cały czas siedzi ochroniarz z Ekotrade. Kamery czy też atrapy nadal świecą czerwonymi diodami, monitorując zmienną, marcową, polską pogodę. 

Z reporterskiego punktu widzenia ciekawym aspektem jest to, że akcja rozgrywa się na starej Saskiej Kępie, nie zaś na Brzeskiej czy Stalowej. Samemu mieszkając w okolicy, znam z grubsza jej charakter socjalny. Finlandzką 4 na pewno widzi ze swych okien kilku prawników, kilka osób związanych zawodowo z mediami, przypuszczalnie też kilku wykładowców akademickich, lekarzy czy innych przedstawicieli tzw. elit. Niecałe sto metrów dalej jest kawiarnia popularna wśród ludzi z NGO-sów, w której odbywają się np. imprezy poświęcone fair trade czy zbiórki pieniędzy na schroniska dla zwierząt (piszę to z lekkim przekąsem, ale to miejsce bardzo lubię, cenię i z serca życzę mu pomyślności). Pod nosem tych elit i przy ich niemal zupełnej obojętności bardzo prości, być może niekiedy ledwo piśmienni, ale Bogu ducha winni ludzie byli przez lata transformowani w systemowo wykluczonych, o ile nie w bezdomnych.

Oczywiście zdaję sobie sprawę z licznych uwarunkowań – na przykład z tego, że w Polsce był komunizm, w Warszawie – dekret Bieruta; z tego, że po dwudziestu pięciu latach od końca komunizmu wciąż nie ma w Polsce ustawy reprywatyzacyjnej; także z tego, że każdy, kto (słusznie czy niesłusznie) odzyskuje nieruchomość, staje przed problemem jej ekonomicznego zbilansowania, co w przypadku kamienic z lokatorami komunalnymi oznacza: pozbycia się ich; z tego, że metody takiego „czyszczenia” wahają się od cywilizowanych ugód do czystego bandytyzmu, którego możliwości na Finlandzkiej 4 nie zostały jeszcze w pełni rozwinięte. Całą sytuacją zainteresowałem się początkowo wyłącznie z powodu kamer. Nowością było w niej dla mnie odkrycie ponurej roli PINB – to mi naprawdę dało do myślenia o systemie, którego, chcę czy nie chcę, jestem częścią.

16 marca 2014

Pożegnanie Finlandzkiej 4, część 1

Na rogu Finlandzkiej i Lipskiej na Saskiej Kępie, sto pięćdziesiąt metrów od Francuskiej, pięćset od Wisły, trzysta od Stadionu Narodowego, sto sobie taki ot, dom. Niczym się nie wyróżnia poza tym, że jest mniejszy i niższy niż reszta w okolicy, zabudowanej w większości dwupiętrowymi budynkami mieszkalnymi z drugiej połowy lat trzydziestych i takimi samymi z okresu tuż po wojnie. Dom ten od lat popadał w coraz większe zaniedbanie: wyrwana furtka, otwarte na oścież drzwi bez domofonu, stale otwarta brama wjazdowa na posesję porośniętą chwastami, tu i ówdzie jakiś śmieć; okna stopniowo zarastał paździerz.

Spacerowicz uważnie lustrujący okolicę wzrokiem, albo przeciwnie – starannie wyzuty z takich stanów jak skupiona uwaga i pilna myśl, a przez to błądzący swobodnym spojrzeniem po mijanym świecie, mógł jednak, przyglądając się temu domowi, doznać pewnego zdziwienia, a nawet zaniepokojenia. Byłoby to zaniepokojenie tego samego gatunku, choć mniej intensywne, co to, którego na początku znanej powieści doświadczył Józef K. albo którego doświadcza spokojny bloger, jak owieczka łagodny, pozbawiony wszelkich kontaktów z terrorystami i wywrotowcami, skrzętnie unikający deklaracji politycznych, religijnych, ekologicznych i seksualnych, wyrazów niechęci do cyklistów czy wegetarian, którym z radością nieba by przychylił, łańcuszek nasmarował, nakroił szyneczki – gdy widzi w swym komputerze biały ekran informujący o zablokowaniu przez firmę G. wszystkich kont wskutek wykrycia niebezpiecznych treści. Powodem tego niepokoju są święcące czerwonymi diodami kamery w obudowach z grubej blachy i prętów, wycelowane we wszystkie okna wpół opuszczonego domu.
W siedmiu kamerach monitorujących wyrwaną furtkę, rozwaloną bramę i paździerz w oknach musi tkwić jakaś zagadka. Jaka? O tym w kolejnych postach.

11 grudnia 2013

Mokotowska 40 wczoraj i dziś (z rzutem oka w Piękną 16A)

Gdy szedłem Mokotowską, wydało mi się, że coś jest inaczej niż było, w sposób jednak przyjemny, porządkujący spojrzenie. Wcześniejszy widok odnalazłem w Street View. Kamienica przy Mokotowskiej 40 – ostatnia po wschodniej stronie przed skrzyżowaniem z Piękną – do niedawna wyglądała tak:
W ostatnią niedzielę zaś tak:
Kamienicy przywrócony został eklektyczny wystrój, skuty po roku 1945 (nie wiem, kiedy dokładnie, może znacznie później). W atlasie Jarosława Zielińskiego (Atlas dawnej architektury ulic i placów Warszawy, t. 11, s. 384–86) dom ten figuruje jako zbudowana w latach 1895–96 kamienica Abrama Truskiera, choć ów był jej właścicielem tylko przez rok (nazwiska późniejszych sprzed '45: Aleksander Puzyna, Ryszard Zych, Jan Czarniecki). Dekorację fasady, obecnie przywróconą, a w chwili redagowania tej części Atlasu nieistniejącą, autor opisuje jako "dość przeciętny w wyrazie wystrój sztukatorski"; szczególnie mało uznania ma dla dwóch jońskich pilastrów "niezbyt sensownie ustawionych przy krawędziach elewacji". 

Ach, jak miło mi Cię powitać, przeciętny wyrazie! Jakże mnie cieszycie, o bezsensowne pilastry! Witajcie, gzymsy, opaski, imposty, girlandy, obeliski, konsole, balustrady, naczółki trójkątne, łukowe i gzymsowe! Jak cudnie zabłysnąć mogą na waszym niefinezyjnym tle sąsiednie skarby architektury nowoczesnej!
Jak to się stało, że do ponadstuletniej rudery przylepiono na powrót pełne bezguścia sztukaterie? (W dodatku nie na styropian – nie ma go, pukałem?) Jak się dowiedziałem z rozmów z zagadniętymi mieszkańcami, kamienica w dalszym ciągu jest w części komunalna; część mieszkań należy do miasta, inne są własnościowe. W ramach remontu, którego zakres był dużo szerszy niż tylko odtworzenie elewacji, firma Ipeco nadbudowała dwie kondygnacje; wnioskuję, że w zamian wyłożyła środki na cały remont. Dzięki cofnięciu od ulicy nadbudowane kondygnacje są z niej niemal niewidoczne. Nieco gorzej jest właściwie z jednego miejsca, mianowicie z przejścia między dawnym Metalexportem a nowym biurowcem w narożniku Pięknej, Mokotowskiej i Kruczej:
W porównaniu z dziesiątkami innych nadbudów ta wydaje mi się nieszkodliwa, a zważywszy na jej skutki uboczne – zdecydowanie korzystna. Na nadbudowanych piętrach mieszczą się duże, luksusowe mieszkania, zwane teraz po polsku "penthausami". Można je znaleźć w zestawieniach najdroższych mieszkań na rynku pierwotnym w Warszawie; jedno z nich, wielkości 332 metrów, z tarasem, położone na najwyższej kondygnacji, ma w ogłoszeniu z sierpnia 2013 cenę 7 milionów 306 tysięcy PLN, co daje 22 tysiące za metr. Zajrzyjmy teraz tam, gdzie nam się uda zajrzeć.
Wystrój bramy z gipsowymi tondami był zachowany, został tylko uzupełniony i odświeżony; odtworzono czy też stworzono na motywach historycznych drzwi, które niebawem, po zakończeniu remontu, zostaną zapewne trwale zamknięte przed spacerowiczami.
W podwórku, w którym dobudowane kondygnacje są naprawdę ładnie spojone z resztą, postawiono całkowicie przeszklony szyb windy, ponadto odtworzono balustrady balkonów, położono kostkę, tynk itd.
W głównej klatce schodowej licznie zachowane są piękne drzwi:
(Żabia perspektywa to skutek poszukiwań czegoś, z czego dało się zrobić nieporuszone zdjęcie). Jest też kuta balustrada schodów; te są z piaskowca, a na piętrach i półpiętrach leżą kafelki w kolorach piaskowcowym i bladoniebieskim:
Ostatnie zdjęcie przedstawia taką samą balustradę dorobioną na najwyższej kondygnacji, czyli jednej z dobudowanych – tej, gdzie mieszkanie kosztuje siedem baniek. Posadzka jest tam z piaskowca, nie ma kafelków. Tak się przedstawia widok przez szyb windowy stamtąd:
Widać podwórko, a w dalszej perspektywie m.in. pałacyk przy Al. Ujazdowskich 6a, pylony Mostu Siekierkowskiego i bloki Gocławia (przypominam: zdjęcie powiększa się po kliknięciu).

Na zakończenie pierwszej części spaceru zanotujmy ten fakt: jedne z najdroższych, a więc najbardziej pożądanych mieszkań w Warszawie są w kamienicy z podwórkiem zamkniętym oficynami, przy ciemnej, wąskiej ulicy, zabudowanej głównie niedoburzonymi kamienicami, której powojennym urbanistom nie udało się doświetlić, poszerzyć, przewietrzyć. A teraz pójdźmy dalej, gdyż widok sprzed słomianki siedmiu baniek ukazuje nam w dole inną budowlę: oficynę o adresie Piękna 16A, stojącą po drugiej stronie podwórka.
Gwoli dokładności widok dalej na prawo, na tyły bloku przy Pięknej:
Blok z galeriami to Piękna 16. Po lewej i prawej widoczne są boczne oficyny Pięknej 16A, której główny budynek nie istnieje; jego miejsce zajął ten blok. Na ortofoto i planach wygląda to tak:
Większa oficyna wschodnia (zachodniej, niższej, dokładnie się nie przyjrzałem) jest całkowicie wykwaterowana i – znowu według informacji od mieszkańców – przeznaczona do wyburzenia, którego jednak miastu nie udaje się przeprowadzić, rzekomo z uwagi na sprzeciw ambasady USA; jej teren (parking) rozpoczyna się zaraz po drugiej stronie oficyny. Zajrzyjmy do wnętrza tego bezpośredniego sąsiada ambasady Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.
Widać windę z naprzeciw, którą będą jeździli właściciele mieszkania za siedem baniek. Miło na nich z góry popatrzeć, spożywając pół litra przy parapecie. 
Napis na zaplombowanych drzwiach: "Ponowna próba bezprawnego wejścia do lokalu będzie skutkowała wezwaniem policji".
Im wyżej, tym bardziej widoki przypominają obrazy miejsc porzuconych w popłochu, znane czytelnikom wybitnego bloga, do którego link można znaleźć po prawej stronie ekranu.
Raz jeszcze: to nie Praga, gdzie lekki bałagan elegancki warszawiak tłumaczy sobie charakterem półkoczowników zaludniających tę azjatycką, zakordonową przestrzeń. To budynek bezpośrednio sąsiadujący z ambasadą USA, położony w okolicy spływającej śmietanką warszawskiej mody, pośrodku między knajpą Najsztuba, butikiem Zienia i Słodkim Słonym Magdy Gessler.

Podsumujmy teraz dwie części spaceru. Godny uwagi jest fakt, że mieszkania z czołówki najdroższych w Warszawie znajdują się w dziewiętnastowiecznej kamienicy czynszowej z podwórkiem zamkniętym oficynami, przy jednej z niewielu ulic, którym charakter i skalę takie kamienice wciąż nadają. Polecam to zwłaszcza uwadze wszystkich, którzy wciąż powtarzają – kilka dziesięcioleci temu był to, zdaje się, dogmat – że takie kamienice to fatalne miejsca do życia – że nie ma co się dziwić ich powojennemu wyburzaniu ani żałować burzonych obecnie oficyn, a nawet frontowych "ruder". (Podobnie atrakcyjne mieszkania można by oczywiście urządzić na górnych kondygnacjach wykwaterowanej oficyny, a na kawalerkę na parterze też mało który student by się obraził). Wszystkim natomiast, którzy wzruszają ramionami na stan kamienic przy Brzeskiej czy Stalowej, wskazując na charakter społeczny tych okolic – proponuję się zastanowić nad powyższymi obrazkami z centrum warszawskiego hajlajfu. 

Rzecz jasna sam myślę inaczej. Stare kamienice w gęsto zabudowanych dzielnicach, wyjąwszy drobną ich część z naprawdę głębokimi, wąskimi i ciemnymi podwórzami, mogą być świetnym miejscem do życia, pod warunkiem że nie są totalnie zapuszczone i zdegradowane technicznie po kilkudziesięciu latach państwowej administracji – co nie jest ich cechą wrodzoną, tylko spadkiem po socjalizmie realnym, z którym III RP, ogólnie biorąc, niezbyt dobrze sobie radzi. Temat szeroki, więc na pewno będzie kontynuowany.