Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drogownictwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Drogownictwo. Pokaż wszystkie posty

9 lipca 2015

Wyniki

Uzupełnienie poprzedniego posta. W poszczególnych dzielnicach projekty rowerowe zajęły:

– Bemowo: 1. i 3. miejsce;
– Białołęka ogólnodzielnicowa: 3. miejsce, w obszarach przeszło pięć czy więcej projektów;
– Bielany, obszar pierwszy: 1., 4. i 5. miejsce;
– na Mokotowie miejsca nie są spektakularne, ale przeszły dobre projekty Rowerowa i piesza alternatywa dla Puławskiej oraz Pasy rowerowe na Idzikowskiego i remont chodnika też (co za tytuł!);
– Praga Południe, gdzie głosowałem: Uzupełnienie sieci rowerowej na Pradze Południe – 1. miejsce, najwięcej głosów w całej Warszawie, Przywrócenie ciągłości drogi rowerowej wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego pod Mostem Poniatowskiego – 2. miejsce, Bezpieczne stojaki dla rowerów – 3. miejsce;
– na Gocławiu przeszedł bardzo dobry projekt rowerowy dopełniający się z ogólnodzielnicowym – 4. miejsce;
– przeszło też kilka projektów rowerowych na Grochowie i Kamionku;
– na Saskiej Kępie na 3. miejscu przeszedł projekt dopuszczenia ruchu rowerów pod prąd w całej starej części dzielnicy, z nielicznymi wyjątkami mającej ulice jednokierunkowe. Ten projekt wydaje mi się zbędny w budżecie partycypacyjnym, bo sądzę, że ogólne otwarcie dla rowerów ulic jednokierunkowych jest sprawą niedalekiej przyszłości (skądinąd miałem w tym tygodniu przyjemność pojeździć trochę rowerem po m.st. Krakowie – w godzinę widziałem tam więcej tabliczek nie dotyczy rowerów pod zakazami wjazdu niż w całej Warszawie);
– Praga Północ: 1. miejsce;
– w Śródmieściu ogromny projekt rowerowy zajął 2. miejsce, kolejny duży – 4. miejsce, oba przeszły;
– na Targówku w poszczególnych obszarach dwa projekty na 2. i 3. miejscu;
– Ursus: 1. miejsce;
– na Ursynowie bardzo duży projekt ogólnodzielnicowy – 2. miejsce, w jednym z obszarów kolejny na 1. miejscu;
– Włochy: 2. miejsce;
– Wola ogólnodzielnicowa: 3. miejsce; Czyste, Mirów – 2. miejsce;
– Żoliborz ogólnodzielnicowy – 1. miejsce.

Jak to podsumować? Właściwie tego nie rozumiem, bo rowerzyści nie są zorganizowaną grupą – istnieją, owszem, stowarzyszenia rowerowe, jeździ Masa Krytyczna, ale istnieją też stowarzyszenia myśliwskie, wędkarskie, antyprzemocowe, kibicowskie itd., tymczasem nie ma zwycięskich projektów zarybiania Wisły ani doposażania kibiców w maczugi. Większość rowerzystów nigdzie nie przynależy i nie jeździ w masach. Być może to jakiś heglizm – może to sam rozum zwiewający przez dzieje toruje sobie tędy drogę ucieczki.

Póki co jednak nie zobaczyłem zrealizowanego ani metra pasów rowerowych, na które głosowałem i z których się cieszyłem w zeszłym roku. Realnej poprawy warunków ruchu rowerowego nie powoduje na razie budżet partycypacyjny, tylko działalność pełnomocnika Puchalskiego, który ma umocowanie w strukturach miejskich i potrafi coś przeforsować.

26 czerwca 2015

Budżet partycypacyjny – dzień ostatni

W przedostatnim dniu głosowania na budżet partycypacyjny taka mi przyszła do głowy refleksja: przyjdzie dzień, gdy rowerzyści będą mieli w alei Jana Pawła dziesięć pasów – a dla tych w samochodach* zrobimy obok ścieżkę**.

* Kontrowersje u opinii publicznej wzbudzi wypowiedź wiceprezydenta miasta:
Warszawa to nie wieś, żeby po niej samochodem jeździć.
 
** Nie będziemy mściwi. Ścieżka nie będzie z kostkibauma ani nie będzie dwa razy zmieniała strony ulicy, zmuszając zawsze do podwójnego czekania na światłach, jak dzisiejsza ścieżka rowerowa w JP2 na północ od alei Solidarności. Zresztą w ogóle świateł już nie będzie, wystarczą wyniesione przejścia i progi, a ostańcem kostkibauma będzie spacerniak na Rakowieckiej.

16 stycznia 2015

Ulica Mickiewicza w Bielsku-Białej 1/4 (Linia kolejowa 139, odc. 25)

1. Ogólnie o Bielsku

W Bielsku-Białej znajduję to, czego w Warszawie mi brak. Pod tym względem na pewno nie jest to – potencjalnie – jedyne takie miasto w Polsce. Na przykład Kraków też by się nadał, ale Kraków jest, niestety, Krakowem.

Właściwie w Bielsku nic nie ma.

Nie ma rzymskich term. Nie ma romańskiej katedry. Starówka jest, ładna, ale relatywnie skromna. Gdy był renesans, spały tam niedźwiedzie; kiedy był barok, srali tam górale. Jeden kościół barokowy owszem jest, ale z końca XVIII wieku. Zresztą w podwójnym centrum miasta nie ma ani jednego ciekawego kościoła. Kilka takich by się znalazło, ale na obrzeżach, w miejscach, które do połowy XX wieku nie liczyły się ani do Bielska, ani do Białej.

Nie ma wieżowców.

Ale jest to, czego mi brak w moim zburzonym rodzinnym mieście: jest kawałek miasta późnodziewiętnastowiecznego, miasta z przełomu wieków, rozszerzonego aż po lata 20. Tego miasta, które skrzętnie pomijają wszystkie przewodniki turystyczne wydane w XX wieku – bo w nim przecież nie może być nic prawdziwie wartościowego.

Eklektyzm, historyzm, style neo, ptifurki, spadające tynki, secesja. Obraza dla mózgu, przeładowanie, bezguście, zaplute karły oparów cienia rozkwitających dziewcząt. Nieestetyczny sen pełnomocnika do spraw estetyki, kamienny sen konserwatora zabytków.

Mózg zdecydowanie buntuje się przeciw tej architekturze, w której suterenach namiętnie spożywany bywał móżdżek.

Zbrodniczy ornament. Brudne bramy. Spękane kafelki. Poczerniałe tynki. Cień, wilgoć i nie ma gdzie wyprowadzić psa. Zabudowa zwarta, nieblokowa. Na ogół poniemiecka, gdy nie, to pożydowska, bez wyjątku burżuazyjna, czyli drobno- i wielkomieszczańska.

No, trochę się zapędziłem – psa jest gdzie wyprowadzić, bo tego zwartego miasta nie ma w Bielsku aż tak wiele. W sam raz, żeby poznawczo ogarnąć.

W tle góry, ulice często ze spadkiem. Bielsko to jedyne w Polsce duże miasto położone u podnóża gór, w zasadzie w górach samych – Szyndzielnia, ponadtysięcznik, chyba już przed wojną była w granicach miasta. Jelenia Góra ma 80 tysięcy mieszkańców, czyli na rangę Großstadt się nie łapie. Wałbrzych niedługo się wyludni, a góry tam mniejsze.

2. O ulicy Mickiewicza

Zasadą tego cyklu jest opisywanie stacji linii kolejowej Katowice – Zwardoń i w tym samym stopniu penetrowanie ich okolic. Stacja Bielsko-Biała Główna daje okazję do spaceru ulicą Mickiewicza. Spacer ten będzie nieśpieszny, zajmie kilka postów.

Dlaczego ulica Mickiewicza? Bo to piękna ulica.

Są też dwa inne powody. Pierwszy pozytywny: ulica ta jest blisko dworca. Drugi negatywny: ulica ta nie jest ulicą 3 Maja.

Kiedy pod koniec lat 80. XIX wieku budowano nowy dworzec w Bielsku – zarys jego historii już przedstawiłem – zlokalizowano go na północ od pierwotnego centrum miasta, zogniskowanego wokół dzisiejszej starówki i zamku Sułkowskich. Od tych centralnych rejonów do dworca prowadziła ulica zwana pierwotnie Tunnelstrasse (bo biegła nad tunelem kolejowym), później Franz-Josef Strasse, która błyskawicznie stała się najbardziej reprezentacyjną ulicą miasta, zabudowaną najokazalszymi kamienicami i pełniącą funkcję promenady. We wspomnieniach przedwojennych bielszczan – jest to dziś gatunek dużo mniej liczny niż przedwojenni warszawiacy – ulica ta występuje po prostu pod nazwą deptaka. To był deptak, na którym wszyscy się spotykali. Ulicą jeździł też – i o tym już pisałem – jeden z pierwszych w dzisiejszej Polsce tramwajów elektrycznych.

W czasie II wojny ulica ta w zasadzie nie doznała szkód – gdy chodzi o zabudowę, bo co innego mieszkańcy – z wyjątkiem rany pozostałej po zburzonej synagodze, zresztą największej z wojennych strat Bielska. W średnim Peerelu, w pierwszej połowie lat 70. spadły jednak na nią, przemianowaną wówczas na ulicę Lenina, inne plagi: motoryzacja i drogownictwo. Tramwaj zlikwidowano, chodniki zwężono do granic absurdu, jezdnię poszerzono, wyburzono kilka budynków. Ulicą poprowadzono drogę wojewódzką planowaną jako trasa szybkiego ruchu. Deptak stał się potwornym samochodowym ściekiem.

W III RP ulicy przywrócono nadaną w dwudziestoleciu nazwę 3 Maja, ale ściek pozostał.

Kiedy jako licealista bywałem w Bielsku – wspominałem już o ówczesnych wycieczkach – dobrze pamiętam, że zmierzając z dworca do handlowo-gastronomicznego centrum miasta, kilkakrotnie wybieraliśmy nie ulicę 3 Maja, czyli nie ten ściek – zapewne po to właśnie, by nim nie chodzić – tylko pierwszą równoległą do niej. Nie przyjrzałem się wówczas tej ulicy, ale zapamiętałem ją jako robiącą wrażenie swą odmiennością od kształtów ulic, do których byłem przyzwyczajony jako warszawiak ze Służewa, Saskiej Kępy i odbudowanej Starówki. To była właśnie ulica Mickiewicza. Przyjrzałem się jej, kiedy kilka lat temu – a sporo lat po liceum – zacząłem bywać w Bielsku regularnie – i jak powiedział pewien poeta po wycieczce do Rzymu, w którym sobie obejrzał Caravaggia: doznałem zachwytu.

Miejski kanion, wąski, wysoki, ale punktowo rozszerzający się o tarasy z willami-pałacami.

Lekki spadek, dodający ulicy malowniczości.

Piękne narożniki z pięknymi ulicznymi perspektywami.

Nagromadzenie stylów z lat 1890–1939: historyzm, secesja, wczesny modernizm, modernizm. W miarę ciekawe są nawet peerelowskie plomby. 

A przy tym względna ustronność i zwyczajność, bo to właściwie ulica jedna z wielu. Przewodniki po Bielsku rzadko ją wymieniają. 

Koniec wstępu. W dalszej części spaceru tekstu już mało, prawie same zdjęcia. Ponieważ spacer ma być nieśpieszny, musiałem go podzielić. Zakładam, że będą cztery części, ale jeśli któraś mi się roztyje, mogę je jeszcze rozmnożyć. Poza tym blog dociera na ulicę Mickiewicza równo z początkiem ferii szkolnych, a że nie chcę takiej okazji przegapić, etapy spaceru będę przeplatał pocztówkami. Tyle planów na najbliższe tygodnie.

Ruszamy. Zgodnie z wrodzonym poprzeczniactwem nie startujemy jednak z dworca, tylko z przeciwnego końca ulicy, którym jest plac Chrobrego. 

Dla porządku plac ten sfotografowałem, ale żeby z porządkiem nie przesadzić, wrzucam tylko trzy z czterech jego stron. Po stronie południowej stoi zamek Sułkowskich:
Widok ten jest skutkiem kilku wyburzeń, dokonywanych sukcesywnie zarówno przed wojną, jak i po wojnie, w związku ze wspomnianą przebudową ulicy Lenina / 3 Maja. Wchodząc w szczegóły, pogrążałbym się jednak w nieszczęsnych dygresjach.

Po stronie wschodniej stoją świetne kamienice, formalnie stojące przy ścieku 3 Maja (ale na zdjęciu perspektywa ulicy Wzgórze):
Po stronie północnej też kamienice, w tym jedna modernistyczna, z lat 30., głupio dziś pomalowana, a między nimi zaczyna się ulica Mickiewicza:
Swoją drogą – nie potrafię bez dygresji – plac Chrobrego to klasyczna nazwa z Ziem Odzyskanych, do których Bielsko w zasadzie nie należy. W pewnym sensie Bielsko jest jednak ziemią odzyskaną – tak właśnie mogło być postrzegane w dwudziestoleciu, skoro odpadło od Polski za jakiegoś Piasta, a po I wojnie wróciło. A nazwa plac Chrobrego nadana została w roku 1925; wcześniej był to po polsku plac Garncarski, w języku w latach 20. wciąż w mieście dominującym – Töpferplatz. Czyli powojenny piastowsko-grunwaldzki program nazewniczy miał przedwojenne korzonki i zresztą był poniekąd naturalny – skoro potrzebny był jakiś program, trudno było o inny (pomijając oczywiście nazwy komunistyczne). Zresztą podczas wojny był to Adolf-Hitler-Platz. Tymczasem wejdźmy.
Zaraz za rogiem stoi strzelista secesyjna kamienica (nr 3).
Nie chodzi mi w tym spacerze o pisanie encyklopedii ulicy, tylko o wrażenie, jakie wywiera ten rodzaj miasta w ogóle. Nie będę więc raczej wymieniał encyklopedycznych danych o mijanych obiektach, chyba że uznam je za ciekawe. Co do tego budynku, zbudowanego w pierwszych latach XX wieku, źródła podają jako jego projektanta bialskiego (tzn. z Białej, nie z Bielska) przedsiębiorcę budowlanego Andrzeja (lub Andreasa) Walczoka; nie jestem pewien, czy chodzi tu rzeczywiście o projekt, czy tylko o wykonanie. Mam wrażenie, że ówczesne miejscowe firmy budowlane, na czele z firmą Karola Korna, która wzniosła m.in. bielski dworzec, oraz z przedsiębiorstwem wspomnianych już w poście o Komorowicach Emanuelów Rostów, działały zwykle na zasadzie projektuj i buduj, a jeśli klient wolał – tylko buduj; całość przedsięwzięcia firmował swym nazwiskiem Korn, Rost czy Walczok, co nie oznacza, że to on, a nie jakiś... podwykonawca był autorem projektu. Tak czy siak to, co w tym wypadku ciekawe, to że chodzi tu – tak jak z mniej więcej całą dalszą zabudową ulicy – o firmę lokalną. Dwumiasto było wówczas pod względem architektoniczno-budowlanym w pełni samodzielnym ośrodkiem.

Rzut oka wstecz:
Po parzystej stronie vis-à-vis kamieniczka dużo skromniejsza, lecz pełna uroku:
Kawałek dalej ulica przechodzi w niewielki placyk, noszący przyjemną nazwę Kącik i zajęty dziś przez parking. Pierwsze z kolejnych zdjęć zrobione jest wskroś Kącika z następnej równoległej do Mickiewicza ulicy (zgadłeś, Watsonie?) Krasińskiego – kamienice w głębi stoją przy Mickiewicza:
Niegdyś Mickiewicza nazywała się Elisabethstrasse, zapewne na cześć jakiejś cesarzowej czy księżniczki, Krasińskiego – Giselastrasse, nie wiem, na czyją cześć. Tuż za Kącikiem po nieparzystej stronie stoi (nr 9) kamienica, od której zaczynają się moje trudności terminologiczne, chodzi tu bowiem o rodzaj stonowanego, wczesnego modernizmu, który w Warszawie jest niemal nieobecny. Bardzo ładny to styl – a dom trudno sfotografować, bo ulica wąska.
Architektura, w której głównym środkiem wyrazu jest stolarka okienna – marny jej los.

Dokładnie naprzeciw wzrok zagłębia się w dziedziniec, jak się wydaje, kamienicy trzyskrzydłowej, pięknej, zgoła pałacu:
W istocie jest to tył okazałej kamienicy przy 3 Maja nr 7, od tamtej strony o fasadzie zupełnie sczerniałej od spalin. Ulice 3 Maja i Mickiewicza biegną nie całkiem równolegle do siebie; gdy w tym miejscu duża kamienica zajmuje całą przestrzeń między nimi, dalej jest pośrodku dość miejsca na obszerne podwórka.
 
Ulica robi się tu w stosunku do skali zabudowy wąska i głęboka – kanion okolony skałami domów. Rzut oka w przód:
Rzut oka wstecz:
Naprzeciwko dużej kamienicy z ostatniego zdjęcia stoi kamienica widoczna na zdjęciu przedostatnim – Mickiewicza 11 – z której zamiast widoku ogólnego zachowałem kilka detali.
Rzecz, której nie mogę potwierdzić zdjęciem, bo wyszły mi kiepskie, ale można to obejrzeć na mapie Gógla: ta kamienica, tak jak wszystkie inne przy Mickiewicza, nie ma oficyn i wewnętrznego podwórka, ma tylko główny budynek na planie prostokąta. Na tyłach jest mnóstwo zieleni; okna, które nie są od ulicy, są od zieleni. Kamienice z zamkniętymi podwórkami są w Bielsku nieliczne, dominują kamienice bez oficyn. Być może – nie wiem – wynika to z mniejszego rozmiaru miasta, w którym działki nie były tak cenne jak w centrach Warszawy czy Łodzi, więc nie trzeba było ich tak intensywnie zabudowywać.

Następna kamienica po tej samej stronie to przedwojenny modernizm o kształcie typowym dla Bielska:
Kolor przyziemia nie jest może optymalny, ale wypada się cieszyć brakiem styropianu. Naprzeciw tego budynku otwiera się podwórko z kolejnym widokiem na tył kamienicy przy 3 Maja, tym razem jednak nie o charakterze pałacowym, lecz praskim czy palermitańskim:
Trzydzieści jeden zdjęć – myślę, że to wystarczy w pierwszej części spaceru.

22 listopada 2014

Mniej nienawiści w życiu publicznym

Skrzyżowanie Targowa – Ząbkowska – Okrzei z ohydnymi przejściami podziemnymi dla pieszych, bez ani jednych pasów, bez alternatywy dla schodów, było w ostatnich latach najbardziej przeze mnie znienawidzonym miejscem w Warszawie. Oczywiście ta nienawiść nie dotyczyła samego miejsca, tylko sposobu, w jaki zostało urządzone przez władze miasta i drogowców. Już to kilkakrotnie opisywałem w różnych komentarzach: idąc tamtędy na piechotę, wobec niemożności pójścia prosto, normalnie, wzdłuż ulicy, czułem znużenie i irytację. Kiedy natomiast szedłem, prowadząc dziecięcy wózek – czułem się w tym miejscu dokładnie tak, jak gdyby ktoś napluł mi w twarz.

Jest to też miejsce, dzięki któremu jedyny raz jak dotąd zaangażowałem się samorządowo i udałem na posiedzenie rady dzielnicy poświęcone m.in. przywróceniu tam pasów. Miałem w rezultacie okazję przyjrzeć się grupce miejskich aktywistów, zwłaszcza ze stowarzyszenia PSM Michałów, którego znakomitą działalność gorąco popieram – a także dzielnicowym radnym. Dało mi to do myślenia... Grupa radnych nie była jednorodna ani pod względem politycznym, ani pod względem pojemności czaszki. W zderzeniu z miejskimi aktywistami część radnych robiła jednak wrażenie – nie tylko swymi wypowiedziami, bo nie wszyscy zabierali głos – także elementami takimi jak wyraz twarzy, spojrzenie, tipsy, fryz, kiecka, kapota – przynależności do nieco innego gatunku, podpadającego pod podejrzenie o bliższe pokrewieństwo z człekokształtnymi przodkami. To mi, owszem, dało do myślenia o naszej demokracji – widok tych partyjnych działaczy dziesiątego sortu pieprzących bez najmniejszego sensu, że przywrócone pasy byłyby dla pieszych bardzo niebezpieczne, a zakłócenie świętego prawa do parkowania i zmniejszenie przepustowości ulicy będzie fatalne dla sklepów, które stracą klientów. Zapewne większość tych radnych wybraliśmy właśnie na kolejną kadencję; niestety nie mogę tego sprawdzić w żaden sposób dostępny dla przeciętnego nieanalfabety, bo sześć dni po wyborach na stronach PKW ani Urzędu Miasta wyników wciąż nie podano.

Tymczasem zlikwidowane w 1973 roku pasy wróciły. Co prawda wózka już nie używamy, ale głęboko się cieszę!! Przybyło wolności.

Zdjęcia z wczoraj. Podfiltrowałem je na cześć owych – 1973 rok – czasów światłego postępu.

16 lipca 2014

Pocztówka nr 33 (rowerowo-partycypacyjna)

Pocztówka jest z jakiegoś lasu gdzieś między Jarosławiem a Roztoczem, ale wrzucam ją z okazji wyników głosowania w ramach warszawskiego budżetu partycypacyjnego. Smakuję krwistą słodycz zwycięstwa – smak bardzo dla mnie rzadki w demokratycznych wyborach, prawie go zapomniałem. Mieszkam na Saskiej Kępie, ale głosowałem w Śródmieściu ze względu na tamtejszy projekt kontrapasów rowerowych, z których zwłaszcza kontrapasy na Mokotowskiej od placu Trzech Krzyży do Pięknej, na Podwalu i na górnym odcinku Oboźnej byłyby dla mnie dużym udogodnieniem, umożliwiającym albo jazdę najwygodniejszą drogą w często obieranym kierunku (Mokotowska), albo jazdę zgodną z przepisami w miejscach, w których notorycznie je łamię (Podwale, Oboźna). Przy okazji poparłem też z radością przejście dla pieszych przez Andersa – to i podobne przejścia nie poprowadzą z jednej strony ulicy na drugą, tylko od drogowniczego totalitaryzmu do społeczeństwa obywatelskiego. Jednego z domowników skłoniłem natomiast, by – skoro na Kępie nic specjalnego do przegłosowania nie było – głosował na Pradze-Północ na kolejne dwa świetne projekty rowerowe, zwłaszcza ten dotyczący pasów rowerowych na Starej Pradze (Ząbkowska, Okrzei, Kłopotowskiego). Wszystkie te projekty przeszły! Zresztą – ale to już trochę dla zabawy, a trochę z powodu ustaleń z synem dwulatkiem – głosowałem też na domki dla małych, skrzydlatych, pasiastych przyjaciół, również, jak wiadomo, z powodzeniem.

Kiedy zakładałem ten blog – pewnie już o tym pisałem – wyobrażałem sobie, że będę go wypełniał w połowie materiałami varsavianistycznymi – reportażami z rozpadających się kamienic i zestawieniami wczoraj i dziś – a w połowie materiałami o Warszawie z punktu widzenia rowerzysty, czyli zasadniczo narzekaniem na kształt świata urządzonego przez drogowców. Potoczyło się to w inną stronę – reportaże z kamienic i wczorajidzisie są, ale przeplatane innymi tematami, natomiast o drogownictwie zwyczajnie nie chce mi się pisać, gdy siadam w domu przed komputerem – choć gdy jestem poza domem, uważam, że to temat podstawowej wagi. Panowie z wydziałów inżynierii ruchu są przecież kreatorami naszego środowiska życia; obojętnie dokąd i w jakim celu wychodzę z mieszkania, zawsze mam do czynienia z wykreowanym przez nich otoczeniem i narzuconymi przez nich warunkami. 

Są, owszem, miejsca, w których sytuacja w ostatnich latach znacznie się poprawiła. Gdy wrócić pamięcią do Krakowskiego Przedmieścia z czasów moich studiów i codziennej obecności na nim... Brudne, wiecznie zasyfione przejście podziemne między bramą uniwersytetu a wylotem Traugutta... Codzienne przebieganie w tym miejscu przez ulicę z poczuciem zagrożenia mandatem, o samochodach nie wspominając... Wzdłuż Pałacu Staszica chodnik szerokości chyba mniejszej niż metr... Plac Zamkowy między kościołem św. Anny a Podwalem zajęty przez parking, inny parking dookoła pomnika Kopernika... A teraz pomyślmy o tym, co nadal jest: niemożliwość przejścia przez ulicę z centralnej alei Ogrodu Saskiego na centralną aleję przez plac Żelaznej Bramy, na Osi Saskiej... Niemożliwość przejścia przez ulicę na osi Nowolipek i głównego wejścia do Ogrodu Krasińskich... Ten wielokrotnie już opisywany niewiarygodny stan w centrum miasta, gdzie osoba na wózku musi przebyć kilka kilometrów, by przejść na drugą stronę Alej Jerozolimskich... Konieczność przechodzenia przez trzy ulice i stania na trzech światłach, gdy się chce przejść na drugą stronę Francuskiej przy skrzyżowaniu ze Zwycięzców, bo pasy wytyczono na tej arterii tylko po jednej stronie skrzyżowania... To wszystko jest po prostu klęską rozumu i wspaniale, że tak nieoczekiwany środek jak budżet partycypacyjny może służyć poprawie tego stanu rzeczy. Inna rzecz, że nie wiadomo, co z tego wyniknie: czy przyspieszy to proces humanizacji przestrzeni miejskiej, czy odwrotnie, projekty rowerowe i piesze (oraz np. zakup książek dla bibliotek) będą teraz odsyłane do budżetu partycypacyjnego, zamiast być finansowane jako zwykłe miejskie inwestycje? A cały ten budżet z kilkuset zgłoszonymi projektami to z grubsza połowa kosztów poszerzenia Wołoskiej do pięciu pasów w jedną stronę.

10 lipca 2013

Róg Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej - dodatek o duchowym trwaniu trajektorii

Robiąc zdjęcia wykorzystane jako "dzisie" w zestawieniach z poprzedniego posta, o nieistniejącym już skrzyżowaniu Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej, odkryłem zjawisko, którego bym nie podejrzewał, gdybym nie zobaczył. Co do przechodzenia przez jezdnię, święty nie jestem. Przed laty, gdy regularnie korzystałem z autobusów, moim codziennym zwyczajem było np. przebieganie przy rondzie Waszyngtona przez dwie jezdnie, trzy tory i trzy barierki - alternatywą jest dłuższa droga i paskudne przejście podziemne. Poza pustymi godzinami brzasku nie przyszłoby mi jednak do głowy przechodzić na dziko przez Wał Miedzeszyński, należy on bowiem do ulic, czy raczej szos, na których kierowcy biją rekordy szybkości osiągalnej w granicach Warszawy. Tymczasem proszę popatrzeć - 2 lipca, 18:43:
5 lipca, 19:48:
Żeby zyskać podobny przykład, trzeba w odpowiedniej porze postać na moście z grubsza minutę.

Dzieje się to dokładnie na przedłużeniu Jakubowskiej, w miejscu zlikwidowanego skrzyżowania. Nie wiem, kiedy zamknięto wylot Jakubowskiej (chyba podczas poszerzania Wału związanego z budową Trasy Łazienkowskiej?). Wiem natomiast, że kilka lat temu, gdy w chaszcze nad Wisłą żaden poczciwy człowiek się nie zapuszczał, nie było też problemu widocznego na obrazkach. W ostatnich trzech-czterech latach nastąpił jednak boom plażowy. Złożyło się na to kilka przyczyn - m.in. budowa ścieżki biegowej nad Wisłą i w rezultacie odczarowanie tych chaszczy, urządzenie samej plaży, ogólne odczarowywanie Pragi, skorelowany boom na przeciwległym brzegu (w tym roku zahamowany przez wyjęcie Wisłostrady z tunelu i remont bulwarów). Na poczesnym miejscu wymieniłbym jednak co innego - moim zdaniem zasadnicza była budowa dwóch cywilizowanych przejść z sygnalizacją przez Wybrzeże Szczecińskie (czyli dalszy ciąg Wału Miedzeszyńskiego na północ od Poniatoszczaka) przy okazji budowy Stadionu Narodowego. Dzięki temu daje się po prostu dotrzeć nad Wisłę.

Najwygodniejszym pieszym szlakiem na plażę z okolic Ronda Waszyngtona, czyli z głównego w tym rejonie węzła komunikacyjnego, okazała się jednak ponownie - pisałem już o tym - zapomniana uliczka Jakubowska. Tymczasem żadne z wspomnianych dwóch przejść nie leży na jej osi, mimo że po drugiej stronie Wału jest - widoczny na zdjęciach - zjazd na plażę. Zjazd, a więc i zejście - w dodatku jako jedyne w okolicy kwalifikujące się dla niepełnosprawnych i wózków dziecięcych, bo przy wyremontowanym Wybrzeżu Szczecińskim są wyłącznie schody. Gwoli dokładności wyliczyć tu można jeszcze trzecie przejście dalej na południe, przy ślimaku, na wysokości ulicy Czeskiej, w miejscu szczególnie niewygodnym dla pieszych, bo pozbawionym zejścia z Wału, do którego prowadzą tylko dwie okoliczne ulice: Jakubowska i Walecznych. Rezultat jest taki, jak widać: plażowicze suną Jakubowską, po czym przechodzą przez Wał na dziko. Świadectwem skali tych praktyk jest zupełne zadeptanie w tym miejscu trawy:
Przy okazji powyższego zdjęcia sytuacja znów była tak miła, że sama wlazła mi w obiektyw:
Jest problem? Jest. Skoro jest problem, to powinno się go rozwiązać. Rozwiązania widzę cztery: 
1. Zrobić w tym miejscu przejście dla pieszych. 
2. Postawić w tym miejscu patrol z pałami i bloczkiem mandatów. 
3. Zagrodzić, zalać i zaminować plaże nad Wisłą, ogłosić, że ich reaktywacja należy do okresu błędów i wypaczeń. 
4. Podwyższyć słupki wzdłuż krawężników, rozpiąć na nich elektrycznego pastucha i drut kolczasty. 
Intuicję, które z tych rozwiązań najmilsze jest sercom inżynierów ruchu, zachowam dla siebie, żeby nie być nazwany hejterem. Jak będzie? Zapewne tak jak do tej pory. Ponieważ zaś sprawy asfaltu, nieobojętne mi jako środowisko życia, w gruncie rzeczy mniej mnie interesują niż głębsze sprawy, na koniec uwaga w tym kierunku: to przykład, jak na pozór martwe i zapomniane warstwy miasta wstają spod ziemi i kąsają nas niczym zombie, szerząc różne zarazy, choćby nieposzanowanie artykułów Kodeksu Drogowego.

7 lipca 2013

Ulica Jakubowska wczoraj i dziś, część 6 / Ulica Miedzeszyńska wczoraj i dziś, część 1

Nie jest to ostatnia część cyklu o Jakubowskiej; na koniec (przynajmniej tymczasowy) zostawiłem jeszcze jedną, najciekawszą. Otwieram już jednak inny temat, a kolejność taka dlatego, że w poprzedniej części oglądaliśmy widoki z niemal tego samego miejsca co dziś. Dzisiejsze zdjęcia pokazują nieistniejące już skrzyżowanie Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej, czyli obecnego Wału Miedzeszyńskiego. Zrobione zostały albo ze schodów wieżyczki (strażnicy) Mostu Poniatowskiego, tej samej, z której we wrześniu '39 sytuację dokumentował Julien Bryan, albo z mostu tuż za nią. Ścisłe powtórzenie ujęć bywa trudne za sprawą drzew, zasłaniających wszystko lub przynajmniej główne punkty orientacyjne ze starych zdjęć. Zestawienie tych sześciu zdjęć i ich współczesnych odpowiedników nie jest jednak dokumentacją porostu zieleni, tylko czegoś zupełnie innego w charakterze, mianowicie dewastacji przestrzeni miejskiej przez samochód i podporządkowaną mu urbanistykę.

Wszystkie zdjęcia historyczne oprócz jednego z NAC biorę z Pragi Południe XX Wieku. Pierwsze datowane jest tam na rok 1938. Przedstawia perspektywę ulicy Miedzeszyńskiej w kierunku południowym, od rogu Jakubowskiej. Po prawej stronie widoczne są zapewne tyły jakichś drewnianych budynków plażowych - w tym miejscu była plaża Poniatówka, nie potrafię jednak rozpoznać tu jej zabudowań znanych mi ze zdjęć od frontu, czyli od strony Wisły:
Dziś w takim samym kadrze widać tyle:
W tym samym miejscu z dokładnością kroku w przód czy w bok stał autor kolejnego zdjęcia, a właściwie stopklatki, nie wiem, skąd zaczerpniętej, pokazującej też fragment samej wieżyczki. Na Pradze Południe XX Wieku zdjęcie datowane jest ze znakiem zapytania na rok '39. Różnice między nim a poprzednim są jednak duże: widać nowe latarnie, posadzone drzewka i bardziej zadbany wał, a zarazem uderza brak owych zabudowań plażowych, z wyjątkiem kiosku czy budki na drugim planie. Na podstawie tych zmian z pewnością można się dogrzebać dokładnej daty powstania, ale nie byłem tak wnikliwy; przyjmuję, że zdjęcie pochodzi z lat '38-'44.
Pierwszą wersję tego "dzisia" zrobiłem jeszcze w porze bezlistnej:
Nie całkiem mi wyszło, bo stanąłem sobie i cyknąłem, tymczasem autor historycznego zdjęcia czy też filmu używał statywu; chcąc uzyskać tę samą perspektywę co on, trzeba przykucnąć albo trzymać aparat na wysokości biodra. Żeby było widać coś poza klonem jesionolistnym samosieją, zszedłem niżej:
Wczoraj wyhaczyłem jeszcze jedno zdjęcie z tego samego miejsca, datowane tym razem na rok 1947:
Latarniom trochę się, jak widać, dostało, a kiosk czy może budka z piwem (?) to już zupełnie inna budka. Kolejne zdjęcie jest z roku 1957, a jego odpowiednik - z czerwca 2013. W latach wczesnopowojennych róg Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej przebudowano, przerabiając zakręt na łagodniejszy:
Archaicznego zamiatacza ulic zastąpiły nowocześniejsze modele, tylko po co ich tyle? Prawie ten sam widok przedstawia zdjęcie datowane w NAC na lata '57-'65, a dokumentujące jakiś wyścig kolarski, zapewne Wyścig Pokoju (więc znów można by ustalić datę co do dnia). Na odpowiedniku z 17 kwietnia 2013 perspektywa jest celowo nieco szersza:
Z ortofotomap wynika, że ulica Miedzeszyńska biegła w miejscu dzisiejszego chodnika i pasa zieleni między chodnikiem a wschodnią jezdnią Wału, zatem podczas jego przebudów i poszerzeń, których było wiele - ich dokładnego kalendarium nie ma sensu odtwarzać - poszerzono go głównie na zachód, w kierunku Wisły.
 
Na ostatnim zdjęciu historycznym nie widać już Jakubowskiej, chyba że drogę z wału nad Wisłę (albo w Wisłę) uznać za jej przedłużenie. Miejsce jest jednak to samo co na poprzednich zdjęciach - fotograf stał kilkanaście metrów dalej w stronę rzeki. Zdjęcie pokazuje falę powodziową w 1960 roku (w poprzedniej części oglądaliśmy, przypomnę, podobną falę z roku '34):
Zastanówmy się na koniec, co powyższe zdjęcia mówią nam o życiu na Saskiej Kępie w latach 30. XX wieku. Spróbujmy sobie wyobrazić, że jesteśmy wówczas, o tej porze roku co dziś, mieszkańcami jakiejś willi albo kamieniczki przy Walecznych, Berezyńskiej czy Dąbrowieckiej. Wychodzimy z domu (w szlafroku?), przechodzimy sto czy dwieście metrów, przekraczamy wąską i spokojną ulicę Miedzeszyńską i schodzimy na plażę, gdzie za sympatycznymi, drewnianymi budynkami plażowymi z przebieralniami, kawiarnią itd. trafiamy w zwykły plażowy tłum, obok innych igraszek cieszący się zwłaszcza kąpielą w Wiśle. Można poczuć trochę słodyczy życia, prawda? Co więcej, zamieszkiwanie w pobliżu plaży nie oznaczało wówczas sąsiedztwa nocnej dyskoteki nagłośnionej tak, by rytm niósł się do Zakroczymia i cała okoliczna wieś słyszała, że Warszawa - tu się nie śpi. Do tańca przygrywały głównie harmonie... Oczywiście wiem doskonale, że w obecnym systemie warszawskiego życia poszerzony Wał Miedzeszyński jest komunikacyjnie niezbędny, z perspektywy słodyczy jednak - taki hipotetyczny spacer zamieniliśmy na gumę do żucia za kierownicą.