Z okazji Dnia Dziecka przygotowałem dla Sz.P. Czytelników odcinek specjalny w tonie lekkim, będący też kolejnym etapem zagracania bloga i grzebania nadziei na jego tematyczną spójność. Dwa miesiące temu skończyła się w moim życiu pewna epoka, a zarazem zaczęła się inna, o niewiadomym jeszcze sensie – mianowicie przestałem być użytkownikiem komórki, stałem się – smartfona. Proszę mi wierzyć, że to nie z gadżeciarstwa – pokornie przyjmuję, co duch dziejów mi daje. Ostatniej
komórki, którą była Nokia E52, używałem trzy i pół roku;
mogę ten model szczerze i bezinteresownie pochwalić za
solidność. Rok przed końcem użytkowania mój syn odgryzł komórce
jeden klawisz, co w żaden sposób nie wpłynęło na jej
działanie (to, co pod spodem, daje się naciskać bez klawisza).
Niedługo potem syn, kontynuując swe badania świata, wrzucił komórkę do sedesu; wyłowiłem ją, rozłożyłem i wysuszyłem, po czym nadal
działała bez zarzutu, z tym że codziennie rozładowywała się bateria. To właśnie skłoniło mnie do potwornie nudnej operacji zawarcia z
operatorem nowej umowy i uzyskania nowego sprzętu – po czym starej komórce
dolegliwość przeszła, tak że właściwie mógłbym nadal jej
używać. Wyjmując z kieszeni nieco już ściachaną Nokię E52 z odgryzionym klawiszem, zauważałem jednak ostatnio,
jak zmienia się ton i spojrzenie rozmówców, odnoszących się teraz do mnie z lekkim pobłażaniem. Gdyby chodziło tylko o mnie, odwzajemniałbym się wyłącznie tym, na co takie spojrzenia zasługują, czyli bezbrzeżną pogardą – ale
zdarza mi się reprezentować jakieś ludzkie
grupy, którym nie chcę szkodzić. Koniec końców, mam
więc smartfona; przyznaję, jest to zupełnie inne narzędzie, między innymi posuwające naprzód dzieło dezalfabetyzacji człowieka, bo w toalecie, zamiast czytać gazetę, można teraz wygodnie surfować
po necie, oglądać filmy z youtuba itd.
Przy okazji jednak zamknięty został inny rozdział: Fotki z komórki. Pierwszą moją komórką z aparatem była Nokia 6020 z matrycą 0,3 Mpx; to było w latach 2006–08, gdy żyłem jeszcze w pomroce poglądu, że prawdziwa fotografia jest analogowa i czarno-biała. Komórką fotografowałem rzadko i głównie dla dowcipu, niezmiernie jednak polubiłem te zdjęcia ze względu na efekt, jaki dawała prymitywność narzędzia przechodząca w wartość dodaną – trochę jak, nie przymierzając, z camerą obscurą, po dziś dzień mającą entuzjastów. Wszystkie moje późniejsze komórki miały już aparat od tej pierwszej dużo „lepszy”, a zarazem od prawdziwego aparatu nieporównywalnie gorszy, czyli po prostu kiepski, i zdjęcia z nich były właśnie kiepskie, gdy zdjęcia z tej pierwszej bywały w swej prymitywności interesujące.
Na pożegnanie epoki zatem mała antologia zdjęć z komórki, na ogół przypadkowo zachowanych, bo jak zwykle dopiero z perspektywy czasu przyszło mi do głowy, że coś warto utrwalić. W dzisiejszym odcinku zdjęcia warszawskie, w kolejnym niewarszawskie. Wszystkie wrzucam bez najmniejszej obróbki, z wyjątkiem dodania podpisu.
Na początek wiadomo co – zdjęcie jest z 6 grudnia 2006 roku.Przy okazji jednak zamknięty został inny rozdział: Fotki z komórki. Pierwszą moją komórką z aparatem była Nokia 6020 z matrycą 0,3 Mpx; to było w latach 2006–08, gdy żyłem jeszcze w pomroce poglądu, że prawdziwa fotografia jest analogowa i czarno-biała. Komórką fotografowałem rzadko i głównie dla dowcipu, niezmiernie jednak polubiłem te zdjęcia ze względu na efekt, jaki dawała prymitywność narzędzia przechodząca w wartość dodaną – trochę jak, nie przymierzając, z camerą obscurą, po dziś dzień mającą entuzjastów. Wszystkie moje późniejsze komórki miały już aparat od tej pierwszej dużo „lepszy”, a zarazem od prawdziwego aparatu nieporównywalnie gorszy, czyli po prostu kiepski, i zdjęcia z nich były właśnie kiepskie, gdy zdjęcia z tej pierwszej bywały w swej prymitywności interesujące.
Na pożegnanie epoki zatem mała antologia zdjęć z komórki, na ogół przypadkowo zachowanych, bo jak zwykle dopiero z perspektywy czasu przyszło mi do głowy, że coś warto utrwalić. W dzisiejszym odcinku zdjęcia warszawskie, w kolejnym niewarszawskie. Wszystkie wrzucam bez najmniejszej obróbki, z wyjątkiem dodania podpisu.
Zapewne tu już mniej jasne, co to – jest to mianowicie główne wejście na dworzec PKP Warszawa Stadion przed jego czyszczeniem ogniem i wiejadłem. Niezmiernie żałuję, że mało wówczas dokumentowałem fotograficznie tę okolicę; wydawało mi się, że wszystko jest tam tysiąc razy obcykane, bo przecież po stadionie łaziły już w tych latach zagraniczne wycieczki.
Nie pamiętam, skąd jest kolejne zdjęcie – być może nie z Warszawy, umieszczam je jednak w tym miejscu ze względu na tematykę dworcową. W każdym razie nic nie zostało tu fotograficznie przeinaczone ani odwrócone – taki był widok:
Jeszcze dwa zdjęcia z okolicy dworca Stadion, ale już z Nokii E52. Kwiecień 2011 i ostatnie chwile wietnamskiego świata w Porcie Praskim:
Nie pamiętam, skąd jest kolejne zdjęcie – być może nie z Warszawy, umieszczam je jednak w tym miejscu ze względu na tematykę dworcową. W każdym razie nic nie zostało tu fotograficznie przeinaczone ani odwrócone – taki był widok:
Jeszcze dwa zdjęcia z okolicy dworca Stadion, ale już z Nokii E52. Kwiecień 2011 i ostatnie chwile wietnamskiego świata w Porcie Praskim:
Zmieniamy temat:
Z dużym zdziwieniem znalezione wspomnienie z Banku Landaua przy Senatorskiej, gdzie kiedyś mieścił się Instytut Francuski. Przez lata miałem z tym budynkiem niemal codzienny kontakt, lecz nie przyszło mi w porę do głowy robić zdjęcia. Podczas kursów francuskiego rysowałem nawet tamtejsze cudowne drzwi i framugi, ale rysownik ze mnie marny. Teraz zaś jeden z niewielu w Warszawie zabytków z autentycznym secesyjnym detalem we wnętrzach stoi pusty i zamknięty...
16 czerwca 2009.
Powyższe dwa zdjęcia powstały podczas zimowej wycieczki – roku nie pamiętam – do wylotu kolektora bielańskiego w celu obejrzenia zimujących tam ptaków, w tym zwłaszcza mitycznego orła bielika. Orła nie widzieliśmy, natomiast ku radości mej towarzyszki wypatrzony został tracz bielaczek, też rzadki zwierzaczek.
A tu już bardzo śnieżna zima roku 2010. Zdjęcie przedstawia ładny dom na rogu ulic Angorskiej i Saskiej, którego elewacja została zresztą w międzyczasie kulturalnie wyremontowana (bez styro i na śnieżną biel). Na kolejnym zdjęciu widok w inną stronę z tego samego miejsca, na jeszcze kolejnym – ta sama zima, a ulicy chyba podpisywać nie trzeba.
Zmiana stanu skupienia:
Zdjęcie zrobione z Poniatoszczaka podczas wysokiej wody na początku września 2010; był to sam początek boomu plażowego, ale już wówczas nie brakowało wytrwałych zawodniczek.
Na kolejnych dwóch obrazkach znów obiekt już nieistniejący – szkielet praskiej rzeźni, rozebrany bodaj dwa lata temu:
To było miejsce magiczne – cała ta pustać w środku miasta. Pusto zresztą nadal tam jest, ale gdy stanął płot dewelopera, znikła magia... Z innej beczki:
Sfotografowałem to jako komiczną żenadę, ale jest to zarazem dokument ze świata katalogów kartkowych, który także odszedł już w przeszłość... Zdjęcie z Biblioteki Narodowej. Napis z kolejnego obrazka, wiszący kiedyś na drzwiach sklepu spożywczego przy Belwederskiej (między Grottgera a Spacerową), zdobył dużą popularność – co najmniej dwukrotnie widziałem w necie jego zdjęcia, ale mam też własne:
Z beczki jeszcze innej – piec w mieszkaniu przy Targowej 32, zamieszkiwanym kiedyś przez znajomych... Ech, też nie pofotografowałem.
Inny dokument czasu – instalacja pt. Prezydent i premier wykonana przez mą przyjaciółkę w roku 2007. Nie jestem pewien, czy dziś ten dowcip wciąż śmieszy...
Teraz troszkę przyrody. To pole rzepaku leżało albo w Warszawie, albo tuż pod nią – zdjęcie z majowej wycieczki rowerowej do Konstancina w roku 2008:
A to – zupełnie nie wiem, kiedy i gdzie:
Wreszcie trzy zdjęcia domowe, czyli także warszawskie. Autoportret:
To przedświąteczne zdjęcie zawsze bardzo lubiłem:





























