Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wola. Pokaż wszystkie posty

14 września 2014

Wanda Lurie

W Muzeum Woli można obejrzeć wystawę, o której wspomniałem w poście z 5 sierpnia poświęconym rzezi Woli. Na wystawie tej zobaczyć można między innymi wydobytą z jakichś zapomnianych archiwów rejestrację rozmowy z Wandą Lurie. Polecam ten film osobom dobrze panującym nad swymi emocjami, albo też nie obawiającym się ich publicznie pokazywać.

5 sierpnia 2014

5 VIII ʼ44 (2)

Nie było na tym blogu posta poświęconego rocznicy wybuchu powstania, i raczej takiego nie będzie. Powodem nie jest to, że nie czuję 1 sierpnia nic szczególnego – wręcz przeciwnie, kiedy o piątej po południu widzę przystających ludzi i słyszę syreny (w tym roku również klaksony na skalę, jakiej z poprzednich lat nie pamiętam), przechodzi mnie bardzo silny dreszcz. Nie ma on związku ze stosunkiem do powstania – utożsamieniem, afirmacją, sprzeciwem itd. – chodzi raczej o zanurzenie w głębokiej wspólnocie, o przynależność, której nie sposób na własną rękę zmienić ani zaprogramować. Nie chcę jednak mnożyć tu treści, których w tym dniu pod dostatkiem.

Po raz drugi, a blog ma półtora roku, pojawia się tu natomiast inna rocznica. Wynika to z poczucia, że rocznica ta – to znaczy wydarzenia, których ona dotyczy – jest w świadomości warszawiaków, dla odmiany, zbyt mało obecna. Nie chcę tu teraz wchodzić w rozważanie przyczyn tej słabej obecności, choć to bardzo ciekawy temat.

Ściśle biorąc, sądzę, że jak na skalę tych wydarzeń, są one zdumiewająco mało znane – zostawmy to jednak na osobny post.

Przypomnijmy: Niemcy wkraczający do Warszawy po wybuchu powstania przyjęli początkowo taktykę polegającą na tym, by zabić wszystkich. Czy jej pierwotnym źródłem był rozkaz Himmlera, dyrektywa Hitlera, objawienie samego diabła – ostatecznie, jeden pies. Taktyka ta była realizowana tam, gdzie żołnierze niemieccy i ich sojusznicy (błędnie nazywani przez dziesięciolecia Ukraińcami, a w czasie samych wydarzeń Kałmukami, bo byli to głównie Rosjanie z RONA i mniej liczni Azerowie) dotarli w pierwszych dniach sierpnia, atakując miasto od zachodu – na dużą skalę na Ochocie oraz pograniczu Mokotowa i południowego Śródmieścia, ale na skalę największą na Woli, gdzie pacyfikacja rozpoczęła się 4 sierpnia, a w pełni rozwinęła nazajutrz. Dom po domu, kwartał po kwartale, ulica po ulicy były otaczane, wyprowadzane i rozstrzeliwane, rzadziej palone żywcem, a w przypadku piwnic (głównego miejsca pobytu ludności Warszawy w czasie powstania) – zabijane granatami. Kilkumiesięczne niemowlęta tak samo jak kilkuletnie dzieci, kilkuletnie dzieci tak samo jak pięćdziesięcioletnie kobiety, pięćdziesięcioletnie kobiety tak samo jak trzydziestoletni mężczyźni itd. Jedynym wyjątkiem były młode kobiety – te przed śmiercią bywały jeszcze gwałcone. Nie do końca wiadomo, dlaczego po kilku dniach ten rozkaz i sposób działania zostały zarzucone. Według większości relacji, w tym jego własnej, nakazał to przybyły do Warszawy 5 sierpnia wieczorem generał SS Erich von dem Bach. Niewykluczone, że obok przyczyn racjonalnych (zbyt mało amunicji, żeby wszystkich zabić, związanie egzekucjami rąk żołnierzy potrzebnych do walki, trwonienie rezerwuaru siły roboczej itd.) pewną rolę odegrało tu irracjonalne poczucie nudności.

Ponieważ nikt nie wie, ilu ludzi zamieszkiwało wówczas, w piątym roku okupacji i związanego z nią zamieszania, rozstrzelane domy, kwartały i ulice, oraz ponieważ Niemcy z właściwą sobie sprawnością organizacyjną uporali się ze spaleniem prawie wszystkich zwłok, nie wiadomo też, ile dokładnie było ofiar; według szacunków to – w ciągu dwóch, trzech dni – od trzydziestu do sześćdziesięciu tysięcy ludzi na Woli i mniej więcej po dziesięć w południowym Śródmieściu i na Ochocie.  

W zeszłym roku wrzuciłem z okazji tej rocznicy post, którego zamiar polegał na przedstawieniu swoich myśli nie wprost, lecz za pomocą analizy pewnego wyimka rzeczywistości.

W tym roku sytuacja ogólnej niepamięci jest nieco inna. Dziś wieczór w Muzeum Woli otwarta została wystawa, której główny temat to losy Heinza Reinefartha, dowódcy pacyfikacji Warszawy przed przybyciem von dem Bacha, a po wojnie przez kilkanaście lat burmistrza zachodnioniemieckiego kurortu we Fryzji, nigdy nie osądzonego za dokonane pod jego dowództwem zbrodnie. Wystawy tej jeszcze nie widziałem, choć znam mniej więcej jej treść; jest to niewątpliwie ważne wydarzenie.

*

Siedzisz w mieszkaniu, wiesz, że coś wisi w powietrzu, ale nie masz czasu na reakcję. Jesteś u siebie w domu, nie znasz bezpieczniejszego miejsca – zawsze dotąd tu właśnie się przed niebezpieczeństwami chowałeś. Obok ciebie jest twoja żona, twoja stara matka, twoja czteroletnia córka. Mężczyźni mówiący w obcym języku każą ci wyjść z mieszkania. W grupie innych sąsiadów prowadzą cię sto kilkadziesiąt metrów dalej, na podwórze fabryki, którą przez lata codziennie mijałeś w drodze na przystanek. Tam stoisz pod murem i słyszysz dobiegające z podwórza salwy i krzyki. Nie całkiem do ciebie dociera, co się dzieje, wydaje się to zbyt absurdalne. Patrzysz po sobie z innymi mężczyznami. Jesteś mężczyzną w sile wieku, obok ciebie jest takich wielu, ale nie potrafisz się siłą przeciwstawić, skoro obcy żołnierze trzymają broń wycelowaną w twoją pierś. Ten, kto pierwszy rzuci się do walki wręcz, na pewno zginie. Kolejka przed wami się zmniejsza. Córeczka trzyma swoją lalkę. Wprowadzają cię wraz z żoną, dzieckiem, matką i kilkunastoma sąsiadami na podwórze, na którym stos trupów broczy krwią. Każą wam wejść na te trupy, trzymają przy tym wycelowaną broń. W stadnym odruchu wchodzisz, tak jak wchodzą wszyscy, nikt się nie wyłamuje. Chcesz w ostatniej chwili powiedzieć coś osobistego żonie, ale sytuacja jest na to zbyt nerwowa. Chcesz powiedzieć coś córce, ale nie wiesz, co, dydaktyczne frazesy wydają się nie na miejscu. Nazajutrz spalą twego trupa wraz z innymi, temu służy stos – sam się na nim składowałeś – ale tego już nie będziesz wiedział. Masz los jeden do tysiąca, że kula przejdzie bokiem, a potem unikniesz żywego ognia. 

To było siedemdziesiąt lat temu. Moi dziadkowie – ci, których bardzo dobrze znałem – mieli wówczas dwadzieścia dziewięć i trzydzieści jeden lat, a przebywali na Saskiej Kępie, w prostej linii cztery i pół kilometra od ulicy Okopowej. Drugi mój dziadek – ten, którego w ogóle nie znałem, bo zmarł, gdy ojciec miał siedem lat – miał lat pięćdziesiąt, a mieszkał na Górnośląskiej, od Woli jakieś trzy i pół kilometra – wiem jednak z jego własnej, spisanej relacji, że przebywał głównie w okolicy placu Napoleona – dwa kilometry od Okopowej. Babcię z małym dzieckiem zdążył przed powstaniem wywieźć do Zalesia. Babcia mojej żony, wciąż w dobrym zdrowiu, jako piętnastoletnia dziewczyna mieszkała wówczas na Chmielnej między Nowym Światem a Marszałkowską, od Okopowej w prostej linii też nieco ponad dwa kilometry. To właśnie jest dla mnie bardzo ważnym tematem. Gdyby wypadki potoczyły się nieco inaczej... Gdyby okupacyjna przeprowadzka wahnęła się o parę kilometrów na zachód... Gdyby Niemcy rozwinęli tę samą taktykę po prawej stronie Wisły... 

Moi dziadkowie – ten dziadek, który uczył mnie czytać, ta babcia, która przynosiła mi do łóżka poranną herbatę – ta babcia mojej żony, z którą tydzień temu rozmawiałem przez chwilę o okupacji – to nie są jacyś inni ludzie, inny gatunek, odległe czasy. To jest dokładnie ten sam świat, w którym piszę ten post. Istnieją oczywiście ludzie, którzy sądzą, że świat i ludzkość radykalnie zmienili się na lepsze, bo mamy dziś laptopy, komórki, tabletki antykoncepcyjne itd...

Wszystkie zdjęcia są z dzisiejszego popołudnia. To było tu:
Tu:
Tu:
Tu:
Tu:
Tu:
Tu:
Tu:
Tu:
I w wielu innych miejscach.

4 kwietnia 2014

Mała antologia warszawskiej trylinki (1)

Poprzedni post był dość ciężki, dlatego dziś czysta estetyka. Mało słów, dużo zdjęć. Nic o policji, polityce, wenerologii, psychiatrii itd.

Co to jest trylinka – nie wszyscy znają nazwę, ale większość mieszkańców kraju od Odry po Bug zna sam ten element rzeczywistości. A nawet, jak można wnioskować z posta na skolegowanym blogu, po Dźwinę i Zbrucz – mimo że w tamtych rejonach na kładzenie trylinki były wszystkiego cztery lata, bo patent jest z roku 1935. Ponieważ Wikipedia jest powszechnie dostępna, o historii trylinki nic więcej. 

W Warszawie, tak jak gdzie indziej w Polsce, trylinkowa nawierzchnia jest zwyczajna na wszelkiego rodzaju zapleczach, podwórzach, drogach wewnętrznych, zjazdach do garaży itd.; na starszych osiedlach, np. osiedlu WSM na Kole, jest między blokami wręcz standardem. Są też jednak pokryte trylinką pełnoprawne ulice z nazwą, prowadzące skądś dokądś, nie tylko do garażu, czasem ślepe, ale zwykle obustronnie skomunikowane z całym miejskim krwiobiegiem; wyłącznie nimi będę się tu zajmował, pomijając wszystkie zaplecza.

Te dzisiejsze trylinkowe ulice-ostańce są – przypuszczam – niedobitkami z czasów, gdy trylinka była dużo bardziej powszechna niż dziś; myślę, że jej złoty wiek to mniej więcej lata 50.?

Na pomysł tego posta wpadłem, gdy kilka zdjęć trylinkowych wklęsłości i spiętrzeń przywiozłem z ulicy Antoniewskiej, od niej zatem zaczynam.
Wewnątrzmiejskie enklawy dzikości, jak Siekierki czy Odolany, szczególnie sprzyjają trylince, ale pojedyncze jej przykłady znaleźć można w każdej dzielnicy. Na kolejnych zdjęciach kaleki, jakby po amputacji kawałek Karolkowej, odcięty od jej dalszego biegu:
Z Saskiej Kępy do antologii zbieram końcowy (lub raczej początkowy), ślepy odcinek Obrońców:
Na zdjęciu dom Łepkowskich z około 1930 roku – przykład saskokępskiej architektury nieawangardowej. Warto się przyjrzeć leżącej tu trylince z dość dużych kamieni, czasem niewiele mniejszych niż kocie łby. To chyba jeszcze wersja przedwojenna – wydaje mi się, że im trylinka młodsza, tym drobniejsze zastosowane w niej kruszywo, aż po najnowsze płyty z zupełnie gładkiego betonu.
Prawie w całości wyłożona trylinką jest też na Saskiej Kępie uliczka Peszteńska. Dom z kolejnego zdjęcia opisywałem już w innej porze roku:
Niedaleko, choć już na Kamionku, jest ulica Stanisława Augusta, też z trylinką na końcowym odcinku:
Prawdziwym trylinkowym zagłębiem, i to o dziwo nie wśród wewnętrznych dzikich pól, tylko w dzielnicy miejskiej, gęsto zabudowanej i licznie zamieszkanej, jest część Grochowa ograniczona Siennicką, Grochowską, Wiatraczną i torami kolejowymi. To ulica Kobielska:
Kickiego:
Mycielskiego:
Paca:
Też Paca, od innej strony:
Siennicka:
Jeszcze raz Kobielska, widziana z Mycielskiego:
W tym grochowskim prostokącie można podziwiać leżące obok siebie rozmaite trylinkowe frakcje, wersje gładkie i chropawe, stare i młode. Róg Kobielskiej i Kickiego:
Uliczka Przeworska:
Na kolejnym zdjęciu z Mycielskiego widać naraz cztery nawierzchnie: trylinkę, kocie łby, prostokątne betonowe płyty i dość drobną kostkę granitową:
Nie wiem, z czego wynika obfitość trylinki w tym rejonie. Nie wiem też, czy w komórkach ratusza odpowiedzialnych za nawierzchnię ulic jest zwyczaj traktowania tego, co dotrwało do dziś niewyasfaltowane, jako zabytku – na pewno tak jest gdzieniegdzie z kostką kamienną, ale trylinka i kocie łby...? Zresztą dopiero co znikła największa połać grochowskiej trylinki – ulica Chrzanowskiego, w zeszłym roku wyasfaltowana; trylinkę można wciąż oglądać w Street View.

Na tym antologia się nie kończy. W następnym jej odcinku planuję trylinki odolańskie i co najmniej jedną ochocką (o samym inżynierze Trylińskim też kiedyś będzie). Gdyby ktoś miał jakieś ciekawe propozycje – proszę zgłaszać.

24 sierpnia 2013

Salon pocztówek odrzuconych

Oprócz pocztówek, którym uroczyście nadano numer i wysłano je do adresatów, są też pocztówki odrzucone, wzgardzone, nieponumerowane, niechciane. Pochlipują w ciemnym kątku, smutno im. Marzą, by ktoś je zaprosił do tańca jak ich piękniejsze siostry. Niby czemu piękniejsze? W czym jestem gorsza – pyta jedna pocztówka drugą, podpierając ścianę. Ale treser pocztówek nie wie, czy można je ludziom pokazać. Ściska w ręku biczyk, nieufnie je mierzy posępnym wzrokiem, wątpi, czy znajdą nabywców.
– Ja jestem z Kozielskiej – mówi jedna. To urocze miejsce, ciche i ustronne. Nie każdemu ukazuje swe piękno.
– Masz niesymetryczne budy – odpowiada jej siostra z okrutnym błyskiem w oku.
– Idź sobie lepiej papę napraw, ty zardzewiała kłódo. Takie jak ty można znaleźć w każdym siole – wtrąca się trzecia. – Ja to mam przynajmniej gołębie.
Masz bardak w obejściu, a gołąb to szczur latający – mówi czwarta. – I zarazki roznosi. Ja mam łosia.
– Na co komu łoś w Warszawie? – Pyta piąta, podnosząc znad kieliszka głowę. – Zresztą brak ci słońca. A skąd się tu wzięłaś?
– Z Elektoralnej.
– Acha. No to uważaj, bo my nie lubimy takich z centrum.
Już się miała zamachnąć, ale treser nie chce, by się pocztówki za kudły brały. Mówi do tej z Gocławskiej: ty jesteś z Pragi, córuś, zrób z nimi porządek.
Na jej widok reszta cichnie, pod nosami tłumią przykre treści. Co ja tu robię z tym paździerzem – myśli ta z Szarej. – Jestem przecież z cegły.
– Lepiej spójrz, jaką masz cerę. Do kosmetyczki byś poszła, tam takie jak ty na glanc wyburzają. Popatrz na mnie, jestem nowoczesna.
– Nowoczesna srowoczesna, a pod spodem też paździerz – mruczy treser. – A gdzie się podziała druga łachudra z Pragi? Tamta miała przynajmniej w oknie fikusa.
– To nie fikus, to zamiokulkas. Za co ja muszę z takim nieukiem przestawać? Może jestem z Pragi, ale mój patron był hetmanem, zakało – myśli pocztówka z Zamoyskiego. 
W najciemniejszym kącie ostatnia klepie różaniec za wszystkie siostry. A za tresera koronkę.

15 sierpnia 2013

Pocztówka nr 13 (z Matką Boską)

Dziś pocztówka okolicznościowa. Matka Boska z Wolskiej 67, z kamienicy, o której na swym blogu wielokrotnie pisał Astrowiktor.

5 sierpnia 2013

5 VIII '44

Przy kościele św. Klemensa na Karolkowej wiszą kamienne tablice poświęcone rzezi Woli, jedna z nich tak wygląda:
Wytykanie błędów czy niedoskonałości w tekstach o celu zupełnie nieliterackim to próżność. W tym wypadku zwróćmy jednak uwagę na językowe warianty, nie po to, aby coś komuś wytykać, lecz by dostrzec w nich symptom ogólniejszego problemu z podjęciem tematu, a w ich analizie znaleźć sposób na zbliżenie się do niego. Męczennicy Warszawskiej Woli - to nie nazwa własna, wielka litera ma więc charakter czysto emocjonalny - w porządku. "Naziści niemieccy" - czy mamy pewność, że wszyscy zatrudnieni tam żołnierze byli nazistami? Czy do niemieckich nazistów zalicza się RONA i dwa bataliony azerskie? Rozumiem jednak, w czym kłopot: napisać tylko "Niemcy" nie byłoby ani ściślej, ani polityczniej, a napisać tylko "naziści" byłoby już zupełnie bez sensu, bo czy kat ma poglądy? Końcowe zdanie o "braku sumienia" wydaje się, jak na kościelny dziedziniec, teologicznym nadużyciem, bo według nauki katolickiej sumienie ma każdy - choć może je zagłuszyć, nie być mu posłuszny, można mu źle je uformować. Dostrzeżmy więc w tych wątpliwych miejscach przejaw trudności, jakie temat sprawia, a zarazem potrzeby racjonalizacji i obiektywizacji, wyrażonej w ostatnim zdaniu.

Przyjrzyjmy się jeszcze wariantom interpunkcyjno-typograficznym. Na kamiennej tablicy interpunkcję można całkowicie pominąć, forma ma być antyczna, monumentalna. Niestety znajdujemy jednak trzy przecinki postawione w sposób fatalny, po spacjach, przez co wyglądają raczej na białe ślimaki. Znajdujemy też okropny dywiz w miejscu, gdzie powinna być pauza - oczywiście to dlatego, że cały napis wraz z tandetnym liternictwem wykonany jest za pomocą jakiejś techniki przenoszenia na kamień tekstu z komputera. Skądinąd na blogu też mam dywizy zamiast półpauz, bo brak ich w blogerowym edytorze tekstu. Wracając do tablicy - na samym dole po równoważniku zdania pojawia się wielokropek; w takim razie przydałaby się też kropka po pełnym zdaniu powyżej. Brzydkie wcięcie ostatniego zdania (gdy wyżej tekst jest wyśrodkowany) to znów skutek nadużycia klawisza Tab, a nie przemyślany projekt.

Powtarzam: nie chodzi o to, by coś krytykować czy się mądrzyć, lecz by się czegoś dowiedzieć. Co nam mówią te niedoskonałości? Wydaje się, że powieszenie tych tablic było działaniem do pewnego stopnia partyzanckim, półoficjalnym, półpokątnym. I to właśnie jest interesujący symptom - dlaczego najtragiczniejsza data w dwudziestowiecznej historii Warszawy nie jest powszechnie znana, dlaczego półpokątność pamięci o niej?