Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niepamięć. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Niepamięć. Pokaż wszystkie posty

26 stycznia 2015

Ulica Mickiewicza w Bielsku-Białej 2/4

Druga część spaceru po ulicy Mickiewicza będzie najkrótsza z czterech zaplanowanych, punktowa.

Jestem niezadowolony ze zdjęć, które w niej zamieszczam. Trudność fotografowania tej ulicy wynika z tego, co jest zarazem jej pięknem: ulica jest wąska, kanionowata, wszystko widzi się pod ostrym kątem.

Za modernistycznym domem z różowym przyziemiem, na którym (prawie) zakończyłem część pierwszą, po tej samej stronie ulicy stoją dwie dość zwyczajne kamienice. Kawałek pierwszej:
I cała druga:
Kamienice te tworzą w istocie zachodnią pierzeję niewielkiego placyku, na który ulica się otwiera. Po jego południowej stronie stoi lalkowy Teatr Banialuka. Widok zza skrzyżowania z ulicą Sienkiewicza:
Banialuka jest przy ulicy Mickiewicza jedynym obiektem, wypada powiedzieć, nie peerelowskim nawet, lecz trzecioerpowskim, bo obecny kształt nadał jej remont zakończony w 2007 roku – i jest też obiektem najbrzydszym, wręcz oburzającym nie tyle swą szpetotą, ile rozpaczliwie nieporadnymi próbami jej upiększenia. Oczywiście twardzi zwolennicy nowoczesności w rodzaju słynnego krytyka architektury, autora niedawnej maksymy: przedwojenna Warszawa była brzydka, ciasna, a na ulicach było mało drzew, mieliby tu inne zdanie: ich zdaniem brzydka musi być przede wszystkim cała ulica, ciasna, bez drzew i z kamienicami pełnymi zdobień godnych sklepu z suwenirami. Tę możliwą różnicę sądów przyjmuję na klatę. Czy z powyższej oceny wynika jednak z logiczną koniecznością, że Banialuka jest ładna? Tego nie wiem.
Proszę zwrócić uwagę na zawijas w lewym dolnym rogu bocznej elewacji – to jest próba upiększenia, polegająca na zawijasowatym zróżnicowaniu faktur tynku. Proszę też zwrócić uwagę na liternictwo wielkiego napisu na froncie – o ile można to nazwać liternictwem.

Teatr Banialuka jest w istocie dwukrotnie przebudowanym budynkiem z lat 30., powstałym (dokładnie w roku 1935) jako żydowski dom kultury, zbudowany zapewne przez gminę żydowską (zapewne – bo nie wiem, czy inwestorem była gmina, czy może jakieś towarzystwo kulturalne). Przysiągłem sobie, że nie wrzucę tu żadnego zdjęcia spoza ulicy Mickiewicza, a jedyne dwa przedwojenne zdjęcia tego budynku, jakie znalazłem, ukazują go od 3 Maja – więc ich nie wrzucam. Wydaje się, że był to ciekawy, trochę nieczysty modernizm – złamany nawiązaniami do lokalnego i zarazem etnicznego kontekstu, o którym za chwilę. Budynek ten w latach okupacji został przez Niemców spalony. Po wojnie przebudowano go na teatr – z pierwotnego kształtu, przynajmniej od ulicy 3 Maja, nic nie zostało, ale ten teatr też nie był brzydki. Sgrafitto zdobiące jego ślepą (po przebudowie) ścianę od 3 Maja stało się jednym z pocztówkowych bielskich widoków, a fasada z wąskimi oknami w dziwnych, kanciastych i masywnych obramieniach też miała jakiś charakter. Remont z lat dwutysięcznych zdołał go zatrzeć – po wymalowaniu w tzw. pastelowe barwy nietypowe obramienia wydają się po prostu grubaśną pastelową opaską. W zamian pojawiła się nowoczesność:
Stronę wschodnią placyku tworzy budynek Biura Wystaw Artystycznych. Jest to już obiekt czysto peerelowski, w dzisiejszym kształcie również rezultat przebudowy – najpierw w roku 1960 zbudowano parterowy pawilon od 3 Maja, następnie pod koniec lat 80. go nadbudowano, przy czym wskutek różnicy poziomów ta nadbudowa od strony placyku jest parterem. Do sfotografowania tego budynku zupełnie się nie przyłożyłem, niemniej dwa kolejne zdjęcia ukazują go od ulicy Mickiewicza w całości:
Budynek BWA stoi dokładnie w miejscu zburzonej bielskiej synagogi. Na niezliczonych pocztówkach krążących po internecie można ją sobie obejrzeć od 3 Maja, czyli od tyłu. Wklejam zdjęcie od frontu, czyli od naszego placyku przy Mickiewicza, mniej więcej pokrywające się z ujęciem powyżej, a zaczerpnięte ze strony internetowej BWA
Synagoga ta została zbudowana w roku 1881. W owym czasie Żydzi stanowili około 10% ludności Bielska (około 80% – Niemcy, jak kto woli – Austriacy; chodzi o Bielsko, w Białej wyglądało to inaczej). Byli to Żydzi zachodni, tzn. całkowicie zasymilowani kulturowo, niemieckojęzyczni, socjalnie należący na ogół do wyższych i najwyższych warstw mieszczaństwa. 13 września 1939 roku, dziesięć dni po zajęciu miasta przez Wehrmacht, Niemcy doszczętnie spalili synagogę. Warto podkreślić tę godną podziwu szybkość, sprawność i celowość niemieckiego działania (skoro dziś to II RP bywa niekiedy przedstawiana jako centrum światowego antysemityzmu). 

Mimo tego przeprowadzonego z niemiecką skutecznością pożaru bielską synagogę poniekąd nadal można sobie obejrzeć, bo jej projekt był powtarzalny – był to, tak jak w wypadku budowanych wówczas dworców kolejowych czy koszar, projekt typowy, w drobnym tylko stopniu modyfikowany przy poszczególnych realizacjach. Synagoga niemal identyczna jak bielska uchowała się po dziś dzień w węgierskim mieście Szombathely. (Swoją drogą, bardzo podobna stała też w Bytomiu, co już nie do końca rozumiem, bo to, w przeciwieństwie do Szombathely, było inne państwo).

(Na Fotopolsce w galerii zdjęć bielskiej synagogi jest zdjęcie synagogi łudząco podobnej, minimalnie różnej w szczegółach – nie wiem, czy to wynik przebudowy, czy jeszcze jedna realizacja tego samego projektu).

Placyk między Banialuką w dawnym żydowskim domu kultury a BWA w miejscu synagogi jest więc miejscem nieco melancholijnym, choć w gruncie rzeczy przyjemnym. Urządzone tam artystyczne ławki, a także schodki, murki i krzaczki całkiem się sprawdzają jako plac zabaw:
Została nam jeszcze północna strona placyku, po której, oddzielony od niego ulicą Sienkiewicza, stoi obiekt bez wątpienia najciekawszy:
Budynek mieści dziś sąd rejonowy, wcześniej w Peerelu była w nim szkoła. Zbudowany został w roku 1904 jako siedziba żydowskiej gminy wyznaniowej – czyli cały ten placyk stanowił żydowskie centrum religijno-kulturalne, analogiczne do tzw. Bielskiego Syjonu z ewangelickim kościołem, kilkoma szkołami, domem diakonis, pomnikiem Lutra itd.

Ten dom, również zapamiętany z czasów pierwszych, licealnych spacerów po Bielsku, sprawia mi, ilekroć go widzę, głęboką przyjemność. To jest po prostu ładne – tak jak ładne bywają twarze, na które nie sposób nie patrzeć z przyjemnością, albo jak miły bywa jakiś uchwycony w przelocie zapach. Ponownie krępuję się swymi niezadowalającymi zdjęciami; równie krępujące, choć w inny sposób, są dla mnie próby opisania, na czym polega uroda tej architektury. Zajrzałem do przywoływanej tu w komentarzach książki Ewy Chojeckiej Architektura i urbanistyka Bielska-Białej do 1939 roku. Miasto jako dzieło sztuki (oprócz posiadanego przez Szanownego Komentatora wydania z roku 1987 na papierze gazetowym czy też toaletowym, stanowiącego exemplum tzw. jaruzelskiej poligrafii, ukazało się poszerzone wydanie z roku 1994, które cytuję); w kilkuzdaniowym opisie tego budynku znalazłem m.in. romanizującą formę, czynnik mauretańskiej egzotyki, gotyckie schodkowate szczyty dominujące w sylwetce całości oraz biblijną symbolikę winnej latorośli w dekoracji rzeźbiarskiej (s. 53–54). Wszystko to oczywiście prawda, tyle że łącząc w myśli romanizującą formę, gotyk, Maurów i rzeźbiarski symbolizm, można się spodziewać jakiejś rozbuchanej hybrydy, spienionego pinakla z maczetą w zębach. Tymczasem proszę spojrzeć – wszystko zdyscyplinowane, wręcz proste. Cały efekt zawiera się w kontraście cegły, najprościej wymurowanej, i piaskowcowych obramień okien, rzeźbionych w roślinny ornament – oraz w łukach.
Zamiast rozpisywać się o budynku, napiszę o jego architektach, bo to też ciekawe. Nie powielam tu wiedzy powszechnie góglowalnej – informacje czerpię głównie ze strony Architekturzentrum Wien, internetowej, ale niemieckojęzycznej, co wymagało pewnego wysiłku, bo z kilku, jakie liznąłem, język ten nie jest moim ulubionym (drugim źródłem jest ta strona). Budynek zaprojektowali dwaj młodzi wówczas architekci, świeżo po trzydziestce: Ernst Lindner i Theodor Schreier. 

Po kolei:

Ernst Lindner, 1870–1956 
urodzony w Skoczowie w rodzinie zamożnego przedsiębiorcy Hermanna Lindnera;
matka: Rosa z Silbersteinów;
wyznanie mojżeszowe;
za żonę wziął Irmę Deutsch, 1881–1954;
1891–94 studiował architekturę w Technische Hochschule Wien, czyli na wiedeńskiej politechnice;
1894–98 praktykant w pracowniach Carla Korna w Bielsku i Friedricha Schöna w Wiedniu;
1900–18 niezależny architekt w Wiedniu i Białej, 1900–06 wspólne biuro z Theodorem Schreierem.

Lista jego realizacji sprzed I wojny światowej obejmuje jedenaście budynków mieszkalnych: trzy w Wiedniu, sześć w Bielsku-Białej, po jednym w Skoczowie i w Langenzersdorf w Dolnej Austrii, oraz dziewięć budynków użyteczności publicznej, w tym trzy synagogi: w Skoczowie – zburzona, w Ustroniu – zburzona, w Nowym Jiczynie na Morawach – stoi, ponadto Grand Hotel w Brnie, komendę korpusu, a dziś – rektorat uniwersytetu w Sybinie (Sibiu) w Siedmiogrodzie, a w Bielsku oprócz opisywanego budynku również Szkołę Przemysłową, Gewerbeschule, totalnie imponujący gmach oddalony sto kilkadziesiąt metrów od ulicy Mickiewicza.

Po roku 1918 i podziale Śląska Cieszyńskiego między Polskę i Czechosłowację Lindner przeniósł się do Wiednia, gdzie objął stanowisko kierownika wydziału technicznego żydowskiej gminy wyznaniowej i piastował je do przejścia na emeryturę w roku 1934. Po Anschlussie w roku 1938 – jako niemal siedemdziesięciolatek – wyjechał do Londynu, namówiony do tego przez córkę, zamężną z socjaldemokratą aresztowanym od razu przez nazistów. W roku 1943 z bombardowanego Londynu przeprawił się do Ameryki na pokładzie greckiego frachtowca i osiadł w Nowym Jorku, gdzie zmarł. Jego sąsiadami byli tam inni niemiecko-żydowscy uciekinierzy: Kissingerowie, rodzice Henryʼego.

Theodor Schreier, 1873–1943
urodzony w Wiedniu;

ojciec: Moritz Schreier, kupiec;
matka: Regina Öhler;
żona: Anna Turnau, 1878–1942;

wyznanie mojżeszowe.

Na studiach w Technische Hochschule, które ukończył w roku 1898, poznał Lindnera. Po studiach dwa lata pracował czy też służył w wojskowym wydziale budowlanym w Krakowie, a następnie w Sarajewie. W latach 1900–06 prowadził w Wiedniu i Białej wspólną pracownię z Lindnerem. Od 1906 roku działał samodzielnie; jego głównym dziełem z tego okresu jest zachowana synagoga w St. Pölten, kilkadziesiąt kilometrów od Wiednia, poza tym na liście realizacji są trzy budynki mieszkalne w Wiedniu i szkoła talmudyczna tamże. Po I wojnie w latach kryzysu podobnie jak Lindner wziął etat, zostając kierownikiem biura technicznego olbrzymiego banku Österreischische Creditanstalt. Po Anschlussie, będąc już na emeryturze, nie wyjechał; zginął wraz z żoną w KZ Theresienstadt.

Dlaczego uważam, że te biogramy są ciekawe? Bo ciekawa jest historia naszego świata, odbijająca się w biogramach. A z turystycznego punktu widzenia – bo ciekawie jest zauważyć, że wewnątrz naszego świata są podświaty mające z nim część wspólną, ale inną, nieco ukrytą częścią połączone z innymi światami, obejmującymi między innymi Szombathely, Wiedeń, Sybin i Nowy Jork. Nieco podobną myśl próbowałem wyrazić w poście o Czechowicach-Dziedzicach Południowych.

14 września 2014

Wanda Lurie

W Muzeum Woli można obejrzeć wystawę, o której wspomniałem w poście z 5 sierpnia poświęconym rzezi Woli. Na wystawie tej zobaczyć można między innymi wydobytą z jakichś zapomnianych archiwów rejestrację rozmowy z Wandą Lurie. Polecam ten film osobom dobrze panującym nad swymi emocjami, albo też nie obawiającym się ich publicznie pokazywać.

5 sierpnia 2014

5 VIII ʼ44 (2)

Nie było na tym blogu posta poświęconego rocznicy wybuchu powstania, i raczej takiego nie będzie. Powodem nie jest to, że nie czuję 1 sierpnia nic szczególnego – wręcz przeciwnie, kiedy o piątej po południu widzę przystających ludzi i słyszę syreny (w tym roku również klaksony na skalę, jakiej z poprzednich lat nie pamiętam), przechodzi mnie bardzo silny dreszcz. Nie ma on związku ze stosunkiem do powstania – utożsamieniem, afirmacją, sprzeciwem itd. – chodzi raczej o zanurzenie w głębokiej wspólnocie, o przynależność, której nie sposób na własną rękę zmienić ani zaprogramować. Nie chcę jednak mnożyć tu treści, których w tym dniu pod dostatkiem.

Po raz drugi, a blog ma półtora roku, pojawia się tu natomiast inna rocznica. Wynika to z poczucia, że rocznica ta – to znaczy wydarzenia, których ona dotyczy – jest w świadomości warszawiaków, dla odmiany, zbyt mało obecna. Nie chcę tu teraz wchodzić w rozważanie przyczyn tej słabej obecności, choć to bardzo ciekawy temat.

Ściśle biorąc, sądzę, że jak na skalę tych wydarzeń, są one zdumiewająco mało znane – zostawmy to jednak na osobny post.

Przypomnijmy: Niemcy wkraczający do Warszawy po wybuchu powstania przyjęli początkowo taktykę polegającą na tym, by zabić wszystkich. Czy jej pierwotnym źródłem był rozkaz Himmlera, dyrektywa Hitlera, objawienie samego diabła – ostatecznie, jeden pies. Taktyka ta była realizowana tam, gdzie żołnierze niemieccy i ich sojusznicy (błędnie nazywani przez dziesięciolecia Ukraińcami, a w czasie samych wydarzeń Kałmukami, bo byli to głównie Rosjanie z RONA i mniej liczni Azerowie) dotarli w pierwszych dniach sierpnia, atakując miasto od zachodu – na dużą skalę na Ochocie oraz pograniczu Mokotowa i południowego Śródmieścia, ale na skalę największą na Woli, gdzie pacyfikacja rozpoczęła się 4 sierpnia, a w pełni rozwinęła nazajutrz. Dom po domu, kwartał po kwartale, ulica po ulicy były otaczane, wyprowadzane i rozstrzeliwane, rzadziej palone żywcem, a w przypadku piwnic (głównego miejsca pobytu ludności Warszawy w czasie powstania) – zabijane granatami. Kilkumiesięczne niemowlęta tak samo jak kilkuletnie dzieci, kilkuletnie dzieci tak samo jak pięćdziesięcioletnie kobiety, pięćdziesięcioletnie kobiety tak samo jak trzydziestoletni mężczyźni itd. Jedynym wyjątkiem były młode kobiety – te przed śmiercią bywały jeszcze gwałcone. Nie do końca wiadomo, dlaczego po kilku dniach ten rozkaz i sposób działania zostały zarzucone. Według większości relacji, w tym jego własnej, nakazał to przybyły do Warszawy 5 sierpnia wieczorem generał SS Erich von dem Bach. Niewykluczone, że obok przyczyn racjonalnych (zbyt mało amunicji, żeby wszystkich zabić, związanie egzekucjami rąk żołnierzy potrzebnych do walki, trwonienie rezerwuaru siły roboczej itd.) pewną rolę odegrało tu irracjonalne poczucie nudności.

Ponieważ nikt nie wie, ilu ludzi zamieszkiwało wówczas, w piątym roku okupacji i związanego z nią zamieszania, rozstrzelane domy, kwartały i ulice, oraz ponieważ Niemcy z właściwą sobie sprawnością organizacyjną uporali się ze spaleniem prawie wszystkich zwłok, nie wiadomo też, ile dokładnie było ofiar; według szacunków to – w ciągu dwóch, trzech dni – od trzydziestu do sześćdziesięciu tysięcy ludzi na Woli i mniej więcej po dziesięć w południowym Śródmieściu i na Ochocie.  

W zeszłym roku wrzuciłem z okazji tej rocznicy post, którego zamiar polegał na przedstawieniu swoich myśli nie wprost, lecz za pomocą analizy pewnego wyimka rzeczywistości.

W tym roku sytuacja ogólnej niepamięci jest nieco inna. Dziś wieczór w Muzeum Woli otwarta została wystawa, której główny temat to losy Heinza Reinefartha, dowódcy pacyfikacji Warszawy przed przybyciem von dem Bacha, a po wojnie przez kilkanaście lat burmistrza zachodnioniemieckiego kurortu we Fryzji, nigdy nie osądzonego za dokonane pod jego dowództwem zbrodnie. Wystawy tej jeszcze nie widziałem, choć znam mniej więcej jej treść; jest to niewątpliwie ważne wydarzenie.

*

Siedzisz w mieszkaniu, wiesz, że coś wisi w powietrzu, ale nie masz czasu na reakcję. Jesteś u siebie w domu, nie znasz bezpieczniejszego miejsca – zawsze dotąd tu właśnie się przed niebezpieczeństwami chowałeś. Obok ciebie jest twoja żona, twoja stara matka, twoja czteroletnia córka. Mężczyźni mówiący w obcym języku każą ci wyjść z mieszkania. W grupie innych sąsiadów prowadzą cię sto kilkadziesiąt metrów dalej, na podwórze fabryki, którą przez lata codziennie mijałeś w drodze na przystanek. Tam stoisz pod murem i słyszysz dobiegające z podwórza salwy i krzyki. Nie całkiem do ciebie dociera, co się dzieje, wydaje się to zbyt absurdalne. Patrzysz po sobie z innymi mężczyznami. Jesteś mężczyzną w sile wieku, obok ciebie jest takich wielu, ale nie potrafisz się siłą przeciwstawić, skoro obcy żołnierze trzymają broń wycelowaną w twoją pierś. Ten, kto pierwszy rzuci się do walki wręcz, na pewno zginie. Kolejka przed wami się zmniejsza. Córeczka trzyma swoją lalkę. Wprowadzają cię wraz z żoną, dzieckiem, matką i kilkunastoma sąsiadami na podwórze, na którym stos trupów broczy krwią. Każą wam wejść na te trupy, trzymają przy tym wycelowaną broń. W stadnym odruchu wchodzisz, tak jak wchodzą wszyscy, nikt się nie wyłamuje. Chcesz w ostatniej chwili powiedzieć coś osobistego żonie, ale sytuacja jest na to zbyt nerwowa. Chcesz powiedzieć coś córce, ale nie wiesz, co, dydaktyczne frazesy wydają się nie na miejscu. Nazajutrz spalą twego trupa wraz z innymi, temu służy stos – sam się na nim składowałeś – ale tego już nie będziesz wiedział. Masz los jeden do tysiąca, że kula przejdzie bokiem, a potem unikniesz żywego ognia. 

To było siedemdziesiąt lat temu. Moi dziadkowie – ci, których bardzo dobrze znałem – mieli wówczas dwadzieścia dziewięć i trzydzieści jeden lat, a przebywali na Saskiej Kępie, w prostej linii cztery i pół kilometra od ulicy Okopowej. Drugi mój dziadek – ten, którego w ogóle nie znałem, bo zmarł, gdy ojciec miał siedem lat – miał lat pięćdziesiąt, a mieszkał na Górnośląskiej, od Woli jakieś trzy i pół kilometra – wiem jednak z jego własnej, spisanej relacji, że przebywał głównie w okolicy placu Napoleona – dwa kilometry od Okopowej. Babcię z małym dzieckiem zdążył przed powstaniem wywieźć do Zalesia. Babcia mojej żony, wciąż w dobrym zdrowiu, jako piętnastoletnia dziewczyna mieszkała wówczas na Chmielnej między Nowym Światem a Marszałkowską, od Okopowej w prostej linii też nieco ponad dwa kilometry. To właśnie jest dla mnie bardzo ważnym tematem. Gdyby wypadki potoczyły się nieco inaczej... Gdyby okupacyjna przeprowadzka wahnęła się o parę kilometrów na zachód... Gdyby Niemcy rozwinęli tę samą taktykę po prawej stronie Wisły... 

Moi dziadkowie – ten dziadek, który uczył mnie czytać, ta babcia, która przynosiła mi do łóżka poranną herbatę – ta babcia mojej żony, z którą tydzień temu rozmawiałem przez chwilę o okupacji – to nie są jacyś inni ludzie, inny gatunek, odległe czasy. To jest dokładnie ten sam świat, w którym piszę ten post. Istnieją oczywiście ludzie, którzy sądzą, że świat i ludzkość radykalnie zmienili się na lepsze, bo mamy dziś laptopy, komórki, tabletki antykoncepcyjne itd...

Wszystkie zdjęcia są z dzisiejszego popołudnia. To było tu:
Tu:
Tu:
Tu:
Tu:
Tu:
Tu:
Tu:
Tu:
I w wielu innych miejscach.

14 listopada 2013

Nagrobek Konstantego i Leona Wojciechowskich

Listopad – pora cmentarna. W związku z tym post okolicznościowy – co prawda cmentarny jest zwłaszcza początek listopada, ale potraktujmy to nierestrykcyjnie.

Powązki lubię bardzo. Od dziecka odwiedzam je co najmniej raz na rok, ale poza odwiedzinami rytualnymi już jako uczeń liceum wyprawiałem się tam – nie sam: w towarzystwie kolegi o podobnych skłonnościach – również w celu spacerowo-poznawczym, czyli dla rozrywki. Haratamy w gałę, chłopaki? – Nie, my dziś na spacer na Powązki. Albo taka próba zagajenia z koleżanką: Poszłabyś ze mną na Powązki? Raz spędzałem też wagary na sąsiednim Cmentarzu Żydowskim – pamiętam, gdyż było to zimą, nie miałem rękawiczek i skóra na dłoniach popękała mi do krwi. Ale najintensywniejszy związek z Powązkami przeżyłem jedenaście lat temu, gdy pochowana tam została bardzo mi bliska osoba. Jak wielu ludzi w takiej sytuacji, przez kilka miesięcy często odwiedzałem grób, co siłą rzeczy łączyło się ze spacerem po cmentarzu. Z czasem te spacery stały się atrakcją samą w sobie, chodziłem na nie dla samych Powązek. W dodatku zbiegło się to w moim życiu z odpałem ornitologicznym – przy okazji odkryłem, że Powązki  – liściasty starodrzew w środku miasta – są doskonałym miejscem na podpatrywanie ptaków. Pod koniec tego kilkumiesięcznego okresu chodziłem więc po Powązkach z lornetką, równie często patrząc w górę, w korony drzew, co w dół, na nagrobki.

Szczególność Powązek polega na tym, że to jedyne miejsce w starej lewobrzeżnej Warszawie – w tej z granicach sprzed 1916 roku – gdzie można mieć złudzenie, że nie było całej katastrofy miasta, zagłady domów, ulic, mieszkań, sklepów, bibliotek, zagłady mieszkańców, wymiany ludności, peerelu. To jedyne miejsce, gdzie zachowana jest ciągłość, a także jedyne miejsce, gdzie w kształcie nagrobków trwa dziewiętnastowieczne miasto ze swym genialnym nagromadzeniem stylów, eklektyzmem, ornamentyką, różnorodnością, przenikaniem się literatury z architekturą (czy w tym wypadku – tylko z rzeźbą); miasto bez architektonicznej typizacji. Co więcej, można tu mieć złudzenie, że nie było przepuszczenia narodu przez maszynkę do mięsa, z której wyłoniła się względnie jednolita masa. Na Powązkach trwają dawne stany i godności. Idąc, kłaniamy się na lewo i prawo, jak na balu. Gdzie nie spojrzeć, same rangi. Po lewej pan hrabia, po prawej pan ordynat. Po lewej tajny radca, po prawej emeryt. Tu szewc Hiszpański, tam asesor Wścieklica.

Z takiego cmentarza dziś jeden nagrobek, zapamiętany z dawnych spacerów.
Inskrypcje również na żywo nie są najłatwiejsze do odczytania: Leon Wojciechowski | 11/IV 1843 – 15/IV 1900; Konstanty Wojciechowski | architekt | 8/10 1841   29/XII 1910.

Nie chcę powielać słowami tego, co widać na zdjęciach; spiętrzenie kamiennych brył i grę ich fakturą uważam za wspaniałe. Autorem nagrobka jest Zygmunt Otto. Sam architekt Konstanty Wojciechowski był projektantem licznych kościołów; Wikipedia wymienia dziesięć jego własnych projektów (nie licząc przebudów) i cała ta dziesiątka to piękne neogotyki. W Warszawie stoi jeden, mianowicie kościół parafialny w Zerzniu – dzielnicy Warszawy, o której, przypuszczam, 90% warszawiaków nigdy nie słyszało. Wojciechowski był też działaczem zasłużonego Towarzystwa Opieki nad Zabytkami Przeszłości (jego syn Jarosław, też architekt, kierował restauracją kamienicy Baryczków, siedziby Towarzystwa, i stał w nim na czele Pracowni Inwentaryzacji). Kim był Leon Wojciechowski – z dat życia wnioskuję, że brat Konstantego – nie mam zielonego pojęcia.

Jaki światopogląd, jakie wybory myślowe wyraża ten nagrobek? Co oznacza wieńcząca go swastyka, do czego nawiązuje urna? Czy z faktu, że Wojciechowski zaprojektował tuzin czy więcej kościołów i drugie tyle przebudował, wynika, że był prawowiernym katolikiem, a swastyka to stylizowany krzyż? A może z chrześcijaństwem łączył jakieś kulty starożytne czy wschodnie? Może wierzył w nieokreślone siły (duchowe, materialne czy materialistyczno-dialektyczne), których przychylność miała zjednywać swastyka? Może był ateistą-sceptykiem, a symboli używał, by się zabawić formą? W niebywałym melanżu światopoglądów z lat 1848–1914 możliwe jest właściwie wszystko. Dzisiejsze podziały ideowe są mniej skomplikowane (przygotowałem szczegółową rozpiskę, ale asystentka doradza mi, bym się wstrzymał, bo jeszcze kogoś urażę). I rzadko produkujemy równie ciekawe nagrobki.

5 sierpnia 2013

5 VIII '44

Przy kościele św. Klemensa na Karolkowej wiszą kamienne tablice poświęcone rzezi Woli, jedna z nich tak wygląda:
Wytykanie błędów czy niedoskonałości w tekstach o celu zupełnie nieliterackim to próżność. W tym wypadku zwróćmy jednak uwagę na językowe warianty, nie po to, aby coś komuś wytykać, lecz by dostrzec w nich symptom ogólniejszego problemu z podjęciem tematu, a w ich analizie znaleźć sposób na zbliżenie się do niego. Męczennicy Warszawskiej Woli - to nie nazwa własna, wielka litera ma więc charakter czysto emocjonalny - w porządku. "Naziści niemieccy" - czy mamy pewność, że wszyscy zatrudnieni tam żołnierze byli nazistami? Czy do niemieckich nazistów zalicza się RONA i dwa bataliony azerskie? Rozumiem jednak, w czym kłopot: napisać tylko "Niemcy" nie byłoby ani ściślej, ani polityczniej, a napisać tylko "naziści" byłoby już zupełnie bez sensu, bo czy kat ma poglądy? Końcowe zdanie o "braku sumienia" wydaje się, jak na kościelny dziedziniec, teologicznym nadużyciem, bo według nauki katolickiej sumienie ma każdy - choć może je zagłuszyć, nie być mu posłuszny, można mu źle je uformować. Dostrzeżmy więc w tych wątpliwych miejscach przejaw trudności, jakie temat sprawia, a zarazem potrzeby racjonalizacji i obiektywizacji, wyrażonej w ostatnim zdaniu.

Przyjrzyjmy się jeszcze wariantom interpunkcyjno-typograficznym. Na kamiennej tablicy interpunkcję można całkowicie pominąć, forma ma być antyczna, monumentalna. Niestety znajdujemy jednak trzy przecinki postawione w sposób fatalny, po spacjach, przez co wyglądają raczej na białe ślimaki. Znajdujemy też okropny dywiz w miejscu, gdzie powinna być pauza - oczywiście to dlatego, że cały napis wraz z tandetnym liternictwem wykonany jest za pomocą jakiejś techniki przenoszenia na kamień tekstu z komputera. Skądinąd na blogu też mam dywizy zamiast półpauz, bo brak ich w blogerowym edytorze tekstu. Wracając do tablicy - na samym dole po równoważniku zdania pojawia się wielokropek; w takim razie przydałaby się też kropka po pełnym zdaniu powyżej. Brzydkie wcięcie ostatniego zdania (gdy wyżej tekst jest wyśrodkowany) to znów skutek nadużycia klawisza Tab, a nie przemyślany projekt.

Powtarzam: nie chodzi o to, by coś krytykować czy się mądrzyć, lecz by się czegoś dowiedzieć. Co nam mówią te niedoskonałości? Wydaje się, że powieszenie tych tablic było działaniem do pewnego stopnia partyzanckim, półoficjalnym, półpokątnym. I to właśnie jest interesujący symptom - dlaczego najtragiczniejsza data w dwudziestowiecznej historii Warszawy nie jest powszechnie znana, dlaczego półpokątność pamięci o niej?

18 czerwca 2013

Ulica Jakubowska wczoraj i dziś, część 5 (widoki z Mostu i Alei Poniatowskiego)

Wracamy na nadwiślański kraniec Jakubowskiej, opisywany już w 2 i 3 części cyklu poświęconego tej uliczce.
Pierwsze zdjęcie jest z roku 1934, pochodzi z NAC (z archiwum IKC, jak zwykle), a przedstawia widok z Mostu Poniatowskiego. Gawiedź przygląda się Wiśle, której stan jest wysoki - chyba podobny jak podczas ostatniej wysokiej wody w roku 2010. Poza rzeką i ludźmi widzimy od lewej: pierwszy filar mostu, przyczółek praski ze schodami i wieżyczką, skrzyżowanie Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej oraz kilka domów. Na zdjęciu z końca maja 2013 widać niewiele, dodaję więc widok z obiektywu skierowanego bardziej w dół:
Wody mniej niż w '34 nie tylko przez brak fali powodziowej, ale też przez zwężenie koryta Wisły za sprawą budowy ostróg w latach 60. czy nawet 70.

Wśród budynków na pierwszym zdjęciu są opisywane już przeze mnie kamienice przy Jakubowskiej 4 (nr 1) i Łotewskiej 11 (2). Cyfrą 3 oznaczyłem dom przy Jakubowskiej 14, projektu Czesława Przybylskiego. Zdjęcie ukazuje jego boczną, zachodnią ścianę, stojącą do dziś w niezmienionym kształcie, trudną jednak do sfotografowania, bo tuż obok stoi inny, powojenny budynek. Numer 4 natomiast to dach tajemniczej, nieistniejącej kamienicy przy Estońskiej - dzisiejszy adres: Estońska 5A - o której była mowa w części 3.

Kolejne obrazki to stopklatki z filmu Juliena Bryana, słynnego amerykańskiego filmowca, który dokumentował Warszawę w roku '39 i '46. Jego nagranie wplecione jest w film Korespondent Bryan - z niego wziąłem trzy zrzuty przedstawiające widok z Alei Poniatowskiego, czyli ze zjazdu z mostu po praskiej stronie, w drugiej połowie września 1939 roku, jeszcze przed kapitulacją Warszawy.
Operator stał w oknie wieżyczki Poniatoszczaka - tej, którą widać na pierwszym zdjęciu w poście. W drugim i trzecim kadrze na pierwszym planie widać sterczącą ku górze - bo wyrwaną z ziemi przez bombę - poręcz schodów prowadzących z nasypu na Jakubowską. Schody są w tym samym miejscu do dziś i nawet poręcz wygląda na tę samą. Czwarte zdjęcie, które wziąłem z cytowanej już kilkakrotnie Pragi Południe XX Wieku, to niewątpliwie dalszy ciąg tej samej sceny. Na drugiej stopklatce dwie kobiety odrywają się od strumienia pieszych, idących w kierunku ronda Waszyngtona, i zaczynają schodzić z nasypu, szukając drogi przez rumowisko w miejscu rozwalonych schodów. Jedną z nich widać również na trzecim i czwartym obrazku. W Korespondencie Bryanie tego momentu już jednak nie ma; zapewne użyto tam tylko fragmentu nagrania. Zdjęcie współczesne z ostatniej niedzieli; od firmowej panoramy Olympusa wolę własnoręczną sklejkę z dwóch zdjęć, a na klatkę schodową wieżyczki się nie wbiłem wskutek nieszczęsnej dysfunkcji we władaniu wytrychem. 

Kadry z września '39, gdy im się przyjrzałem, zweryfikowały to, co pisałem w poprzednich częściach. Znów zatem kilka szczegółów. Na prawo od bocznej ściany Jakubowskiej 14 - numeru 3 na zdjęciu z roku 1934 - widzimy dom przy Estońskiej 8, zbudowany w roku 1936 według projektu Heleny i Szymona Syrkusów, charakterystyczny dzięki dwóm rzędom okien przecinającym całą fasadę. Dom z bliska wygląda dziś tak - niezbyt świeżo, ale stoi:
Dalej na prawo widać kamienice przy Łotewskiej 12 i 14, opisane już i obfotografowane w 1 części cyklu, oraz tył budowanego domu przy Łotewskiej 15; te trzy także stoją do dziś. Dla porządku tylna ściana Łotewskiej 15 w obecnym stanie:
Najbliżej ulicy widzimy zaś ścianę szczytową i jednospadowy dach kamieniczki z rogu Jakubowskiej i Łotewskiej, bez wątpienia tej samej, której skraj widać na trzech historycznych zdjęciach z 1 części. 

Kolejne dane wymagają więcej uwagi. Przypomnę zdjęcie, któremu poświęciłem już dwa posty:
Po budynku przy Jakubowskiej 4, opisywanym w 2 części, pozostał we wrześniu '39 zwał gruzów i kawałek bocznej ściany:
Budynek nie był więc, jak sądziłem, częściowo zniszczony; był całkowicie zburzony, a dziwny kształt jego następcy wynika zapewne z recyklingu fundamentów. Dzisiejszy dom przy Jakubowskiej 4 jest niewątpliwie przykładem budownictwa z lat okupacji. Balustrada na jego klatce schodowej, której dwa zdjęcia już zamieszczałem, mogła po prostu zostać ściągnięta z innej wrześniowej ruiny.

Kadry z filmu Bryana weryfikują także moje domysły na temat tajemniczej kamienicy w miejscu dzisiejszej Estońskiej 5A:
Proszę się przyjrzeć uważnie: ze zburzonego budynku widzimy mniej więcej połowę środkowego ryzalitu, którego szczyt już się zawalił., oraz część dachu z kominem. Co zostało z południowej (dla nas prawej) połowy domu, trudno orzec, połowa północna natomiast już nie istnieje.

Ostatnia historyczna fotografia, znowu z NAC, jest z roku 1962. Przedstawia ten sam widok co ta z roku 1934, tyle że fotograf stał kilkadziesiąt metrów dalej od brzegu, tuż za trzecim filarem mostu. Widać na niej pierwszy i drugi filar oraz fragmencik trzeciego na dolnej krawędzi kadru. Widać także nieistniejący dziś róg Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej, którą jedzie autobus:
Śmieszne Wańki Wstańki z tych mostowych wieżyczek: wojnę przetrwały, ale w latach 50. je rozebrano, po czym w latach 80. zbudowano od nowa. Teraz to samo spotyka jeden z pawilonów po warszawskiej stronie. 

Ze zrobieniem współczesnego odpowiednika szło mi jak po grudzie. Wracałem kilka razy w to samo miejsce; albo perspektywa się nie zgadzała, albo w kadrze brakowało filarów mostu. Wreszcie skojarzyłem, że podczas remontu na przełomie lat 80. i 90 most poszerzono. Aby ująć filary, musiałem więc się wychylić bardziej niż fotograf z lat 60. - przez co przestał być widoczny cień balustrady:
Widać też inne przykre zmiany, z których główną jest pomniejszenie przestrzeni życiowej pieszych na rzecz umilenia życia samochodom. A na róg Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej niebawem powrócimy.