Trzy lutowe tygodnie we Włoszech to rzecz bardzo przyjemna, a wspomnienia z nich, których cyfrowa obróbka pozwala zbliżyć się w duchu do minionej przyjemności, będą się tu często pojawiać – być może na pewien czas zdominują blog, powiększając jego niespójność i zaśmiecenie. Ale trzeba też wrócić do zwykłych zatrudnień warszawsko-śląskich, kontynuując rozpoczęte cykle i tematy.
Zresztą w porównaniu ze zmurszałymi miastami Włoch Warszawa jest przecież nieokiełznanym żywiołem. Wystarczy na trzy tygodnie wyjechać, by sytuacja uległa radykalnej zmianie – na przykład poranne wyjścia na zupełnie zakorkowane ulice Francuską i Saską (przedszkole mojego syna położone jest między nimi) każą teraz nieco się zamyślić. Przez ostatnich kilkanaście lat na budowę dróg samochodowych w Warszawie wydano pewnie kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt miliardów, po czym wystarczy podpalić parę desek, żeby ten system drogowy rozłożyć na łopatki – niezły bilans. Co do mnie, im dłużej żyję i im więcej miast widziałem, tym bardziej się radykalizuję w poglądach: moim zdaniem indywidualny transport samochodowy powinno się z miast wyrzucić całkowicie i bezwzględnie, na rogatkach powinny stać szlabany, za które wjazd miałyby tylko karetki pogotowia, wozy strażackie, śmieciarki (elektryczne, żeby nie hałasowały) i ewentualnie dostawczaki w określonych godzinach i dniach tygodnia, np. w poniedziałki, środy i piątki między 7 a 10 rano. Poza tym żadnych wyjątków. Obojętnie, mieszkaniec, prezydent, policja, taksówka – niech się wozi rikszą, tramwajem, lektyką, segwayem, taczką. Zresztą założę się, że dożyję czasów, gdy w niektórych miastach tak to będzie zorganizowane. Lecz nie w Warszawie – w niej tak ogromny był ubytek miasta w mieście, zastąpionego pustawą przestrzenią pociętą szosami, że odsamochodowienie jest tu nie do wyobrażenia. Przejdźmy jednak do meritum posta.
Jednym z moich stałych tematów są gorseciki, które zupełnym przypadkiem napotkałem też w Neapolu. Zgadza się to z informacjami ze wstępu do Warszawskich gorsecików zanikających – mojej ulubionej książki varsavianistycznej, kilka razy już tu polecanej – według których kafelki wytwarzane przez firmę Dziewulski i Lange były odmianą wzoru obecnego wówczas – tzn. w latach nastych, dwudziestych, trzydziestych XX wieku – w całej Europie. Autorka, Hanna Faryna-Paszkiewicz, twierdzi – co prawda nie podając źródła tej wiedzy – że gorseciki wymyślono w Holandii, skąd się rozpowszechniły na inne kraje, a przykłady ich zastosowania wskazuje, poza Holandią, z Belgii, Francji, Austrii i Niemiec. Miło mi dodać kolejny punkt do tej listy.
Gorseciki neapolitańskie, a właściwie cremońskie, są wielkością z grubsza identyczne jak warszawskie, lecz mają nieco inny kształt, z większym wcięciem. Kolory też są te same, acz bladawy błękit o lekkim odcieniu gołębim w Warszawie jest rzadki. Zwróćmy też uwagę, że gorsecikom towarzyszą fioletowe, białe i niebieskie iryski, czyli kafelki w kształcie małych kwadracików – także produkowane u nas przez firmę Dziewulski i Lange i także powszechne w warszawskiej architekturze lat trzydziestych, na równi z gorsecikami, choć chyba sporadycznie wspólnie z nimi – w Warszawie zwykle albo gorseciki, albo iryski.
Na gorseciki trafiłem w Neapolu w westybulu pałacu Zevallos Stigliano, położonego przy via Toledo, głównej ulicy miasta. Wystawny ten pałac, pierwotnie należący do kilku rodzin kupiecko-arystokratycznych, od końca XIX wieku do 1920 roku był stopniowo przejmowany przez jakiś wielki bank, i zapewne ze zbliżonego okresu – może z czasów niedługo po roku 1920 – pochodzi gorsecikowy westybul na parterze, przez który klienci wchodzili do głównej sali. Dziś pałac wciąż należy do banku – banki pożerają się nawzajem jak ryby, obecnym właścicielem jest największy włoski bank Intesa Sanpaolo, który jednak nie prowadzi w pałacu interesów, lecz urządził tam prywatną galerię sztuki ze stałą ekspozycją, jedną z trzech takich – tzn. urządzonych przez ten konkretnie bank – we Włoszech. Zbiór wystawiony w galerii jest co najmniej niezły, a cymesem jest w nim Męczeństwo św. Urszuli Caravaggia, ostatni jego obraz – i to przyczyna, dla której wszedłem do tego pałacu.
Gorseciki neapolitańskie, a właściwie cremońskie, są wielkością z grubsza identyczne jak warszawskie, lecz mają nieco inny kształt, z większym wcięciem. Kolory też są te same, acz bladawy błękit o lekkim odcieniu gołębim w Warszawie jest rzadki. Zwróćmy też uwagę, że gorsecikom towarzyszą fioletowe, białe i niebieskie iryski, czyli kafelki w kształcie małych kwadracików – także produkowane u nas przez firmę Dziewulski i Lange i także powszechne w warszawskiej architekturze lat trzydziestych, na równi z gorsecikami, choć chyba sporadycznie wspólnie z nimi – w Warszawie zwykle albo gorseciki, albo iryski.
Na gorseciki trafiłem w Neapolu w westybulu pałacu Zevallos Stigliano, położonego przy via Toledo, głównej ulicy miasta. Wystawny ten pałac, pierwotnie należący do kilku rodzin kupiecko-arystokratycznych, od końca XIX wieku do 1920 roku był stopniowo przejmowany przez jakiś wielki bank, i zapewne ze zbliżonego okresu – może z czasów niedługo po roku 1920 – pochodzi gorsecikowy westybul na parterze, przez który klienci wchodzili do głównej sali. Dziś pałac wciąż należy do banku – banki pożerają się nawzajem jak ryby, obecnym właścicielem jest największy włoski bank Intesa Sanpaolo, który jednak nie prowadzi w pałacu interesów, lecz urządził tam prywatną galerię sztuki ze stałą ekspozycją, jedną z trzech takich – tzn. urządzonych przez ten konkretnie bank – we Włoszech. Zbiór wystawiony w galerii jest co najmniej niezły, a cymesem jest w nim Męczeństwo św. Urszuli Caravaggia, ostatni jego obraz – i to przyczyna, dla której wszedłem do tego pałacu.
Swoją drogą – we Włoszech jest, powiedzmy oględnie, dość dużo zabytków i niezłych muzeów, a jeszcze banki urządzają tam własne galerie z Caravaggiami i biletami o połowę tańszymi niż w muzeach państwowych. W Polsce zabytków i niezłych muzeów jest ciut mniej, a nasze banki urządzają nam głównie kredyty we frankach – o podobnych galeriach dotąd nie słyszałem. Nieco frustrujące – być może jedną z przyczyn jest to, że „nasze” banki nie są w istocie nasze – na przykład mój jest hiszpański.






















