10 lipca 2013

Róg Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej - dodatek o duchowym trwaniu trajektorii

Robiąc zdjęcia wykorzystane jako "dzisie" w zestawieniach z poprzedniego posta, o nieistniejącym już skrzyżowaniu Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej, odkryłem zjawisko, którego bym nie podejrzewał, gdybym nie zobaczył. Co do przechodzenia przez jezdnię, święty nie jestem. Przed laty, gdy regularnie korzystałem z autobusów, moim codziennym zwyczajem było np. przebieganie przy rondzie Waszyngtona przez dwie jezdnie, trzy tory i trzy barierki - alternatywą jest dłuższa droga i paskudne przejście podziemne. Poza pustymi godzinami brzasku nie przyszłoby mi jednak do głowy przechodzić na dziko przez Wał Miedzeszyński, należy on bowiem do ulic, czy raczej szos, na których kierowcy biją rekordy szybkości osiągalnej w granicach Warszawy. Tymczasem proszę popatrzeć - 2 lipca, 18:43:
5 lipca, 19:48:
Żeby zyskać podobny przykład, trzeba w odpowiedniej porze postać na moście z grubsza minutę.

Dzieje się to dokładnie na przedłużeniu Jakubowskiej, w miejscu zlikwidowanego skrzyżowania. Nie wiem, kiedy zamknięto wylot Jakubowskiej (chyba podczas poszerzania Wału związanego z budową Trasy Łazienkowskiej?). Wiem natomiast, że kilka lat temu, gdy w chaszcze nad Wisłą żaden poczciwy człowiek się nie zapuszczał, nie było też problemu widocznego na obrazkach. W ostatnich trzech-czterech latach nastąpił jednak boom plażowy. Złożyło się na to kilka przyczyn - m.in. budowa ścieżki biegowej nad Wisłą i w rezultacie odczarowanie tych chaszczy, urządzenie samej plaży, ogólne odczarowywanie Pragi, skorelowany boom na przeciwległym brzegu (w tym roku zahamowany przez wyjęcie Wisłostrady z tunelu i remont bulwarów). Na poczesnym miejscu wymieniłbym jednak co innego - moim zdaniem zasadnicza była budowa dwóch cywilizowanych przejść z sygnalizacją przez Wybrzeże Szczecińskie (czyli dalszy ciąg Wału Miedzeszyńskiego na północ od Poniatoszczaka) przy okazji budowy Stadionu Narodowego. Dzięki temu daje się po prostu dotrzeć nad Wisłę.

Najwygodniejszym pieszym szlakiem na plażę z okolic Ronda Waszyngtona, czyli z głównego w tym rejonie węzła komunikacyjnego, okazała się jednak ponownie - pisałem już o tym - zapomniana uliczka Jakubowska. Tymczasem żadne z wspomnianych dwóch przejść nie leży na jej osi, mimo że po drugiej stronie Wału jest - widoczny na zdjęciach - zjazd na plażę. Zjazd, a więc i zejście - w dodatku jako jedyne w okolicy kwalifikujące się dla niepełnosprawnych i wózków dziecięcych, bo przy wyremontowanym Wybrzeżu Szczecińskim są wyłącznie schody. Gwoli dokładności wyliczyć tu można jeszcze trzecie przejście dalej na południe, przy ślimaku, na wysokości ulicy Czeskiej, w miejscu szczególnie niewygodnym dla pieszych, bo pozbawionym zejścia z Wału, do którego prowadzą tylko dwie okoliczne ulice: Jakubowska i Walecznych. Rezultat jest taki, jak widać: plażowicze suną Jakubowską, po czym przechodzą przez Wał na dziko. Świadectwem skali tych praktyk jest zupełne zadeptanie w tym miejscu trawy:
Przy okazji powyższego zdjęcia sytuacja znów była tak miła, że sama wlazła mi w obiektyw:
Jest problem? Jest. Skoro jest problem, to powinno się go rozwiązać. Rozwiązania widzę cztery: 
1. Zrobić w tym miejscu przejście dla pieszych. 
2. Postawić w tym miejscu patrol z pałami i bloczkiem mandatów. 
3. Zagrodzić, zalać i zaminować plaże nad Wisłą, ogłosić, że ich reaktywacja należy do okresu błędów i wypaczeń. 
4. Podwyższyć słupki wzdłuż krawężników, rozpiąć na nich elektrycznego pastucha i drut kolczasty. 
Intuicję, które z tych rozwiązań najmilsze jest sercom inżynierów ruchu, zachowam dla siebie, żeby nie być nazwany hejterem. Jak będzie? Zapewne tak jak do tej pory. Ponieważ zaś sprawy asfaltu, nieobojętne mi jako środowisko życia, w gruncie rzeczy mniej mnie interesują niż głębsze sprawy, na koniec uwaga w tym kierunku: to przykład, jak na pozór martwe i zapomniane warstwy miasta wstają spod ziemi i kąsają nas niczym zombie, szerząc różne zarazy, choćby nieposzanowanie artykułów Kodeksu Drogowego.

7 lipca 2013

Ulica Jakubowska wczoraj i dziś, część 6 / Ulica Miedzeszyńska wczoraj i dziś, część 1

Nie jest to ostatnia część cyklu o Jakubowskiej; na koniec (przynajmniej tymczasowy) zostawiłem jeszcze jedną, najciekawszą. Otwieram już jednak inny temat, a kolejność taka dlatego, że w poprzedniej części oglądaliśmy widoki z niemal tego samego miejsca co dziś. Dzisiejsze zdjęcia pokazują nieistniejące już skrzyżowanie Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej, czyli obecnego Wału Miedzeszyńskiego. Zrobione zostały albo ze schodów wieżyczki (strażnicy) Mostu Poniatowskiego, tej samej, z której we wrześniu '39 sytuację dokumentował Julien Bryan, albo z mostu tuż za nią. Ścisłe powtórzenie ujęć bywa trudne za sprawą drzew, zasłaniających wszystko lub przynajmniej główne punkty orientacyjne ze starych zdjęć. Zestawienie tych sześciu zdjęć i ich współczesnych odpowiedników nie jest jednak dokumentacją porostu zieleni, tylko czegoś zupełnie innego w charakterze, mianowicie dewastacji przestrzeni miejskiej przez samochód i podporządkowaną mu urbanistykę.

Wszystkie zdjęcia historyczne oprócz jednego z NAC biorę z Pragi Południe XX Wieku. Pierwsze datowane jest tam na rok 1938. Przedstawia perspektywę ulicy Miedzeszyńskiej w kierunku południowym, od rogu Jakubowskiej. Po prawej stronie widoczne są zapewne tyły jakichś drewnianych budynków plażowych - w tym miejscu była plaża Poniatówka, nie potrafię jednak rozpoznać tu jej zabudowań znanych mi ze zdjęć od frontu, czyli od strony Wisły:
Dziś w takim samym kadrze widać tyle:
W tym samym miejscu z dokładnością kroku w przód czy w bok stał autor kolejnego zdjęcia, a właściwie stopklatki, nie wiem, skąd zaczerpniętej, pokazującej też fragment samej wieżyczki. Na Pradze Południe XX Wieku zdjęcie datowane jest ze znakiem zapytania na rok '39. Różnice między nim a poprzednim są jednak duże: widać nowe latarnie, posadzone drzewka i bardziej zadbany wał, a zarazem uderza brak owych zabudowań plażowych, z wyjątkiem kiosku czy budki na drugim planie. Na podstawie tych zmian z pewnością można się dogrzebać dokładnej daty powstania, ale nie byłem tak wnikliwy; przyjmuję, że zdjęcie pochodzi z lat '38-'44.
Pierwszą wersję tego "dzisia" zrobiłem jeszcze w porze bezlistnej:
Nie całkiem mi wyszło, bo stanąłem sobie i cyknąłem, tymczasem autor historycznego zdjęcia czy też filmu używał statywu; chcąc uzyskać tę samą perspektywę co on, trzeba przykucnąć albo trzymać aparat na wysokości biodra. Żeby było widać coś poza klonem jesionolistnym samosieją, zszedłem niżej:
Wczoraj wyhaczyłem jeszcze jedno zdjęcie z tego samego miejsca, datowane tym razem na rok 1947:
Latarniom trochę się, jak widać, dostało, a kiosk czy może budka z piwem (?) to już zupełnie inna budka. Kolejne zdjęcie jest z roku 1957, a jego odpowiednik - z czerwca 2013. W latach wczesnopowojennych róg Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej przebudowano, przerabiając zakręt na łagodniejszy:
Archaicznego zamiatacza ulic zastąpiły nowocześniejsze modele, tylko po co ich tyle? Prawie ten sam widok przedstawia zdjęcie datowane w NAC na lata '57-'65, a dokumentujące jakiś wyścig kolarski, zapewne Wyścig Pokoju (więc znów można by ustalić datę co do dnia). Na odpowiedniku z 17 kwietnia 2013 perspektywa jest celowo nieco szersza:
Z ortofotomap wynika, że ulica Miedzeszyńska biegła w miejscu dzisiejszego chodnika i pasa zieleni między chodnikiem a wschodnią jezdnią Wału, zatem podczas jego przebudów i poszerzeń, których było wiele - ich dokładnego kalendarium nie ma sensu odtwarzać - poszerzono go głównie na zachód, w kierunku Wisły.
 
Na ostatnim zdjęciu historycznym nie widać już Jakubowskiej, chyba że drogę z wału nad Wisłę (albo w Wisłę) uznać za jej przedłużenie. Miejsce jest jednak to samo co na poprzednich zdjęciach - fotograf stał kilkanaście metrów dalej w stronę rzeki. Zdjęcie pokazuje falę powodziową w 1960 roku (w poprzedniej części oglądaliśmy, przypomnę, podobną falę z roku '34):
Zastanówmy się na koniec, co powyższe zdjęcia mówią nam o życiu na Saskiej Kępie w latach 30. XX wieku. Spróbujmy sobie wyobrazić, że jesteśmy wówczas, o tej porze roku co dziś, mieszkańcami jakiejś willi albo kamieniczki przy Walecznych, Berezyńskiej czy Dąbrowieckiej. Wychodzimy z domu (w szlafroku?), przechodzimy sto czy dwieście metrów, przekraczamy wąską i spokojną ulicę Miedzeszyńską i schodzimy na plażę, gdzie za sympatycznymi, drewnianymi budynkami plażowymi z przebieralniami, kawiarnią itd. trafiamy w zwykły plażowy tłum, obok innych igraszek cieszący się zwłaszcza kąpielą w Wiśle. Można poczuć trochę słodyczy życia, prawda? Co więcej, zamieszkiwanie w pobliżu plaży nie oznaczało wówczas sąsiedztwa nocnej dyskoteki nagłośnionej tak, by rytm niósł się do Zakroczymia i cała okoliczna wieś słyszała, że Warszawa - tu się nie śpi. Do tańca przygrywały głównie harmonie... Oczywiście wiem doskonale, że w obecnym systemie warszawskiego życia poszerzony Wał Miedzeszyński jest komunikacyjnie niezbędny, z perspektywy słodyczy jednak - taki hipotetyczny spacer zamieniliśmy na gumę do żucia za kierownicą.

3 lipca 2013

Boniowanie w styropianie

Spacery po Kamionku dają wgląd w proces swatania tradycji z nowoczesnością. Kamienica na rogu pięknych ulic Rybnej i Kałuszyńskiej przechodzi właśnie gruntowny remont:
Remont niewątpliwie jest w jakimś związku z pojawieniem się w sąsiedztwie nowego budynku, którego ściany, pomidorowej barwy, widać na zdjęciu. W ramach remontu kamienica jest, rzecz jasna, ocieplana za pomocą - rzecz jeszcze jaśniejsza, tak że zdjęcia prześwietla - styropianu. W styropianie tym rzeźbione jest boniowanie. Nie jestem z branży (choć dzięki koligacjom nie jestem też całkiem spoza branży), wydaje mi się jednak, że historia tego elementu zdobniczego jest prosta: pierwotnie chodziło o to, by ładnie ociosać kanty kamiennych bloków. Potem element się wyabstrahował i zaczął być żłobiony w tynku, stając się ozdobą niezmiernie popularną - prawie każda dziewiętnastowieczna kamienica wielkomiejska ma jakieś boniowanie, o ile nie ma elewacji ceramicznej. 

Od lat z górą dwudziestu żyjemy jednak w świecie przekonanym, że dawni ludzie w ogóle nie umieli należycie budować domów lub może mieli niższą temperaturę ciała, więc im było ciepło w chłodzie. To zresztą logiczne: jesteśmy nowocześniejsi, więc bardziej grzejemy. Można to nawet ująć w postaci klasycznego sylogizmu. Przesłanka większa: grzanie daje ciepło. Przesłanka mniejsza: nowocześni ludzie dają efekt cieplarniany. Wniosek: nowocześni ludzie bardziej grzeją. W konsekwencji dawne budynki dzielą się na takie, które należy ocieplić styropianem lub inną emanacją nowoczesności, i takie, które też należy ocieplić styropianem, ale nie pozwala na to konserwator zabytków.

Nowoczesność nie musi jednak oznaczać zerwania z tradycją. W omawianym przypadku połączenie tych dwóch żywiołów daje boniowanie w styropianie. To, co zaczęło się od obróbki kamiennych bloków, zostaje jeszcze odrobinę bardziej oderwane od swego źródła, w czym nic dziwnego - los taki nowoczesność gotuje niemal wszystkiemu, zatem jest on z zasady racjonalny (to, co powszechne, musi być racjonalne). Podobnie na przykład zwierzę robocze staje się zwierzęciem do wypoczynku (koń, kot), muzyka do tańczenia (mazurek) staje się muzyką do siedzenia (Mazurek a-moll op. 17 itp.) lub do stania na baczność (Mazurek Dąbrowskiego), główny sprzęt liturgiczny staje się wątpliwą ozdobą o zerowej użyteczności (wszystkie ołtarze przedsoborowe). Dla osób z branży zjawisko styroboniowania jest z pewnością banalne i oczywiste, ja jednak, jako prosty spacerowicz, pierwszy raz przyjrzałem mu się z bliska. Prześledźmy więc ten zabieg. 

Tu gotowe są już nowe bonie:
A tu widać jeszcze stare:
Robimy rowek, wypalarką jakąś chyba:
W rowek pakujemy listwę z PCV:
Kładziemy lukier:
Ptifurek w bramie też jest rzeźbiony w styropianie:
Ten mur brudny i nienowoczesny znikł już zapewne od chwili, gdy zrobiłem zdjęcie:

30 czerwca 2013

Tam byłem

Jak już cały świat pamięta, w ostatnim poście w miesiącu wrzucam coś spoza Warszawy. Gdy kończy się czerwiec, wiadomo, jak jest: niby lato jeszcze młode, ale dzień się skraca, a zieleń ciemnieje. Postarajmy się przez chwilę gdzieś być - już niedługo nas tam nie będzie.
Zdjęcia analogowe z 2010 roku.

27 czerwca 2013

Podwójna klatka na Noakowskiego 12

Przy ulicy Noakowskiego 12 w niedoburzonej części Śródmieścia stoi kamienica. Jest to miejsce potworne, a podwórka ma dwa. Pierwsze podwórko:
Drugie podwórko:
Różnią się czymś? Nie różnią. Pełna typizacja. Smutne to i żałosne: ludzi, nieskończenie różnorodne jednostki, zmuszać do życia w standardowych pudełkach.
Pośrodku takiego dusznego podwórka musi oczywiście być kapliczka – na sam widok tych ponurych ścian włosy stają dęba, a jak trwoga, to do Boga. Umówmy się – nie ma czego fotografować, taki sam odpustowy kicz jak gdzie indziej.
Na samym dnie wilgoć, zielony liszaj, pełzają glisty i stonogi. Co tylko ma skrzydła, ucieka ku słońcu.
Wiadomo, na takie podwórka prowadzą bramy. Blogerzy ganiający po mieście z aparatami lubią fotografować takie bramy, ale właściwe co w nich ciekawego? Nic. Oj, podejrzani ci blogerzy.
Wysoko, pod strychami takich kamienic są małe, smutne okienka, przez które widać smutne dachy i kominy, a nie widać wesołych gór, morza, jezior, pól i lasów – po prostu zupełnie ich nie widać.
Jedna z klatek schodowych w kamienicy przy Noakowskiego 12 – w tym relikcie mrocznego średniowiecza, gdy ludzie żyli po tuzinie w jednej izbie z widokiem na podwórko ciemne, zatęchłe i smutne – przedzielona jest szklaną przegrodą. Po jednej stronie schody dla lokatorów, po drugiej – służbowe schody dla klasy wyzyskiwanej. Ci pierwsi mogą stąpać po kafelkach, tym drugim niech skrzypi pod nogami, niech im drzazgi włażą.
I pomyśleć, że całe to miasto tak wyglądało. Tylko szczęśliwy zbieg okoliczności pomógł je przewietrzyć, unowocześnić, zazielenić i udrożnić.
Jak widać, znów ten dziewiętnastowieczny późnośredniowieczny odpustowy gust: każde szkiełko inne, zerowy zmysł ładu, charakterystyczna dla ludów prymitywnych fascynacja tokarką.
Cieszmy się, że te czasy minęły! Nigdy więcej domów bez słońca! Nigdy więcej wyzysku człowieka przez człowieka, żywotów zmarnowanych na wylewaniu nocników i mieszaniu zup! Nigdy więcej dusznych mansard i zagrzybionych suteren!
(A za wprowadzenie mnie na Noakowskiego 12 dziękuję Z.)

22 czerwca 2013

Zieleń na przestrzał

W czerwcu roku 1998, czyli piętnaście lat temu, uczyłem się do wyjątkowo durnego egzaminu. Wymagało to wbicia sobie do głowy kilkuset paragrafów skryptu, niemożliwych do opanowania w inny sposób, bo całkiem pozbawionych wewnętrznej logiki. Nauka ta dała jednak okazję do eksperymentu. Był ciepły dzień, nie upał, cumulusy i lekki wietrzyk. Pojechałem na Plac Wilsona i wystartowałem z Parku Żeromskiego. Szedłem przez kolejne parki, czy też przez kolejne tereny zielone, od wolnej ławki do wolnej ławki – albo murka, pieńka, schodka itd. Na wolnym siedzisku siadałem i uczyłem się paragrafu. Powtórzywszy go, szedłem dalej. Coś po drodze jadłem przy sklepach spożywczych, pamiętam jeden w okolicy Placu Inwalidów, dokąd zboczyłem z zasadniczej trasy. W ten sposób doszedłem aż do ulicy Gagarina, prawie nie wychodząc z zieleni – można rzec: nie wykraczając poza parki miejskie, jeśli za taki uznać na wyrost np. trawnik pod Nowym i Starym Miastem, wtedy jeszcze nie zwany Parkiem Fontann. Mój szlak wyglądał mniej więcej tak – wszystkich szczegółów nie pamiętam, szedłem na azymut:
Park Żeromskiego – Hauke-Bossaka (? albo inna żoliborska ulica; to najdłuższy na całej trasie fragment uliczny, ale przyjemny do spaceru) – wzdłuż fosy Cytadeli, między nią a podwórkami na tyłach Dymińskiej i Krajewskiego, gdzie mnogość placyków zabaw – tunelem pod torami kolejowymi i Słomińskiego – wzdłuż boiska do Międzyparkowej.
W ʼ98 lewej szkarady jeszcze nie było, a Intraco miało chyba starą elewację. Dalej przejściem z kołowrotkami przez Międzyparkową i na azymut Parkiem Traugutta. Dalej w szczegółach nie pamiętam: za fortem w dół w stronę Wisły albo przez Sanguszki do Nowego Miasta i w dół schodami za kościołem NMP. Potem pod Starówką aż do mostu Ślą-Dą. Fragment od mostu do Tamki również odtwarzam hipotetycznie; trudno pamiętać pojedyncze przejście przez Mariensztat i Powiśle. A zatem: od pasów przy dzisiejszych Ogrodach Zamkowych (w ʼ98 stał tam obrzydliwy barak, a ogrody istniały wirtualnie) ślimakiem kilkadziesiąt metrów do parkingu pod mostem, z którego jest zejście na Rynek Mariensztacki – przez rynek – Furmańską, zahaczając o zieloną połać między tyłami Bednarskiej i ulicy Mariensztat, dziś zwaną skwerem Orgelbranda. 

Za Bednarską wzdłuż Furmańskiej zaczyna się znów zielony ciąg: najpierw trochę przestrzeni między ulicą a parkanami ogrodów seminaryjnych i prezydenckich, potem, za Karową, park pod uniwersytetem, ciągnący się do Oboźnej. Z Oboźnej kolejną pustacią można przejść do Dynasów. Te zaś mają wąski, pieszy odcinek – z jednej strony kilka kamienic, z drugiej stroma, zielona skarpa – którym wychodzi się prosto do kładki nad Tamką. Z kładki schodkami w górę na skwer za Akademią Muzyczną – początek półwirtualnej Alei na Skarpie. Po lewej mija się punkt widokowy nad murem ogrodów szarytek.
Po dojściu do Smolnej trzeba zmienić kierunek, drogę na wprost tarasuje bowiem samochodowy ściek. Ponieważ jednak celem jest długi spacer wśród zieleni, z radością przyjmujemy jego wydłużenie, skręcamy i złazimy ze skarpy obok ocalałego pawilonu Szpitala PCK, przechodzimy pod wiaduktem, idziemy kilkadziesiąt metrów ulicą Kruczkowskiego, mijamy Dworzec Powiśle i kolejny wiadukt. Stąd prosta droga przez kolejne parki prowadzi do bramy Łazienek. Można iść prosto jak strzelił, po drodze zaliczając tylko jeden fragment uliczny, ale znów miły i ustronny, mianowicie uliczkę Hoene-Wrońskiego. Żeby jednak dodać szykan, odbijamy przez park na prawo, niemal dochodząc do najładniejszej wieżyczki wiaduktu Poniatoszczaka, i podążamy dalej wzdłuż ogrodzenia Muzeum Wojska Polskiego.
Za ogrodzeniem z powrotem na skarpę - przez park do kładki nad Książęcą. Za kładką można iść prosto obok Muzeum Ziemi. Żeby jednak dodać szykan: tuż za nią w dół wzdłuż ogrodzenia domu Pniewskiego, jednego z niezwyklejszych miejsc w Śródmieściu – wąwozem – w górę schodami obok Ymki – w lewo ni to ulicą, ni to skwerem, ni to parkingiem aż do schodów odeskich – przed nimi w prawo, by Aleją na Skarpie kontynuować mozolne wkuwanie paragrafów aż do kładki nad Myśliwiecką. Za kładką można iść prosto do kolejnej kładki nad Trasą Ł. Żeby jednak dodać szykan, w miarę zbliżania się do trasy schodzimy znów ze skarpy, przekraczanie tego monstrum jest bowiem przyjemniejsze od spodu, gdzie ciszej. Za trasą jest park zwany Agrykolą, a dalej Łazienki – tu nie ma już drogi innej niż przez zieleń.

Przeszedłem więc na przestrzał przez całe Śródmieście z północy na południe, czyli po dłuższym wymiarze – a także przez kawał Żoliborza.

Zresztą spacer taki można w obie strony kontynuować. Na północ – przez Kępę Potocką i Lasek Bielański, a dalej być może przez kolejne puszcze i zagajniki aż po strefę tundry. Na południe przez Morskie Oko, dalej wzdłuż półwiejskiej ulicy Piaseczyńskiej... Niewykluczone, że przez całą Warszawę dałoby się przejść, nie wkraczając na teren normalnie zabudowany.

Celem tej opowieści nie jest propagowanie zachwytu: ach, zielona Warszawa. Większość zieleni, przez którą szedłem – często nie wiem nawet, jakim słowem te miejsca określić, "park" nie zawsze pasuje, "skwer" czy "ogród" prawie nigdy – pojawiła się wskutek wojennej, okupacyjnej i powojennej katastrofy, ma więc pochodzenie przypadkowe i zwykle jest zaniedbana. Z drugiej strony, wśród historycznych parków Warszawy nie ma – może poza Łazienkami – żadnego, który nie straciłby dużo na świetności w porównaniu z kształtem przedwojennym. Niemniej swój spacer polecam. Zamiast paragrafów peryferyjnych mądrości proponuję co ławka uczyć się kilku wersów Pana Tadeusza, całować się albo zmawiać zdrowaśkę.