13 września 2013

Kościół Opatrzności Bożej w Wesołej 2/4 (absyda i narteks)

Wnętrze kościoła w Wesołej dzielę na dwa posty – w dzisiejszym absyda i narteks (przedsionek pod chórem), w kolejnym reszta, w tym zwłaszcza droga krzyżowa.

Dalszą część właściwie można sobie darować, na stronie parafii w Wesołej jest bowiem znakomite narzędzie umożliwiające zapoznanie się z tym wnętrzem; jest tam również objaśniający je autokomentarz Nowosielskiego. Parafialne strony i ich znakomite narzędzia pojawiają się jednak i znikają, dlatego mimo wszystko nie rezygnuję (zakładając widocznie, że blogspot będzie trwał przez wieki).

Nad wnętrzem kościoła całkowicie panuje polichromia w absydzie; po wejściu długo nie dostrzega się nic innego. Głównym elementem tej polichromii jest modląca się Matka Boska, czyli z łacińska oranta (albo w spolszczonej łacinie – orantka). Przed nią znajduje się duży polichromowany krucyfiks, osadzony na rusztowaniu z sześciu kolumn i poziomych desek.
Wyznam, że mam głęboką predylekcję do kościołów tak właśnie zorganizowanych, to znaczy takich, w których głównym akcentem wnętrza jest umieszczona na ścianie absydy polichromia lub mozaika przedstawiająca Marię-orantkę bądź innego świętego w tym geście; jako przykłady mogę wskazać kijowski sobór św. Zofii (XI wiek) czy raweński kościół San Apollinare in Classe (VI wiek). Oba te przykłady pochodzą jeszcze sprzed wielkiej schizmy, nie są więc ani katolickie, ani prawosławne, jeśli to rozumieć jako przeciwstawienie – a raczej są naraz takie i takie. Jeśli dane mi będzie uraczyć internet kolejnymi odcinkami cyklu o udanych kościołach współczesnych, przedstawię więcej przykładów młodszych i bliższych geograficznie.

Wróćmy do Wesołej. Konstrukcja wokół ołtarza – cztery kolumny u jego narożników i dwie po bokach absydy oraz łączące je poziome deski – nawiązuje do cyborium, a zarazem jest echem wschodniego ikonostasu, wydzielając z przestrzeni kościoła miejsce najświętsze.
Jest trochę tak, jakby Matka Boska trzymała krzyż w dłoniach i kierowała wzrok ku niemu, a jednocześnie ku obecnym w kościele – tym samym również kierowała ich wzrok ku krzyżowi. Zarazem jednak tak nie jest, bo modlitewny gest Marii jest lekki, a krzyż dzieli od niej kilka metrów odległości; raczej więc krucyfiks lewituje między dłońmi modlącej się Marii.

W dwóch niższych częściach polichromii znajdują się postaci świętych. W części środkowej są to trzy męczenniczki: Agnieszka, Łucja i Anastazja oraz trzej męczennicy: Szczepan, Kosma i Damian. Kryterium doboru było proste, choć dziś przestało takim być: tę szóstkę ktoś (Nowosielski? ks. Wysocki?) wybrał spośród świętych wymienionych w Kanonie Rzymskim. Przed posoborową reformą liturgii, czyli w Polsce przed rokiem 1970, była to jedyna modlitwa eucharystyczna Kościoła rzymskokatolickiego, odmawiana przez kapłana podczas każdej mszy; dziś formalnie wciąż obecna w mszale, w praktyce używana jest rzadko. Celebrans jest więc otoczony wizerunkami świętych, których przywołuje w modlitwie eucharystycznej – o ile odmawia kanon. Pośrodku między sześciorgiem świętych widnieje etimazja (hetoimasia, gr. przygotowanie), motyw o symbolice eschatologicznej, w całej kompozycji najciekawszy ikonograficznie, a najmniej ciekawy plastycznie. Zainteresowanych odsyłam do linkowanego już autokomentarza Nowosielskiego. Dodam tylko, że również ten motyw jest wspólny sztuce bizantyjskiej i średniowiecznej sztuce zachodniej; można go znaleźć np. na mozaikach z Rawenny i z Monreale, a także na freskach z bazyliki w Asyżu. 

Najniżej, bezpośrednio nad ławą dla służby liturgicznej, przedstawieni są święci Cyprian, Jakub, Piotr, Paweł i Klemens; także oni (trzej apostołowie, jeden papież i jeden z zachodnich ojców Kościoła) są wymienieni w Kanonie. Najciekawsze w tej części jest jednak umieszczenie tronu biskupiego po prawej stronie absydy, symetrycznie w stosunku do św. Cypriana, w miejscu szóstego świętego; biskup, gdy zasiada na swym tronie, jest więc w rzędzie apostołów, zgodnie z przypisaną mu funkcją. Zdjęcia:
Tabernakulum z metaloplastyką powtarzającą motyw Oranty jest wkładem poprzedniego proboszcza, o którym już pisałem. O tabernakulum pierwotnym, zaprojektowanym (czy przynajmniej wkomponowanym w całość projektu) przez Nowosielskiego, wiem tyle, że było "skromne", częściowo wmurowane w ścianę i przesłaniane zasłonką w jednym z czterech kolorów liturgicznych, zależnie od okresu. Nowe tabernakulum zdradza, jak widać, szacunek dla wystroju kościoła i chęć nie tyle jego zniszczenia, ile uświetnienia zgodnie z kryteriami świetności właściwymi pewnej formacji kulturowej – w tym wypadku świetne jest to, co duże i złote. Z drugiej strony, ten szacunek dał skutek niezbyt ortodoksyjny, bo gdzie jak gdzie, ale na tabernakulum motyw maryjny wydaje się pewną anomalią. 

Na koniec zwróćmy uwagę na lampkę nad ołtarzem. Jest ostentacyjnie prosta, z odsłoniętą, zwisającą żarówką:
Po przeciwnej stronie kościoła, czyli przy wejściu, znajduje się narteks z drugim zespołem polichromii. Nowosielski zastał w kościele betonowy chór na dwóch filarach, zbudowany w latach powojennych. Nie podobało mu się to, dostawił więc drewniane arkady, tworząc pod chórem przedsionek, w architekturze romańskiej zwany narteksem. (Według ks. Wysockiego gdyby nie chór, całą tylną ścianę zająłby Sąd Ostateczny, zgodnie ze średniowieczną tradycją). Konstrukcja chóru i arkad pomalowana jest w ukośny wzór abstrakcyjny, ściany zaś pokrywają figuratywne polichromie. Betonowe filary są obłożone deskami, na których rozpięte jest pomalowane płótno, dziś postrzępione i odłażące. Również strop nad narteksem jest obłożony deskami pomalowanymi na indygo, co daje wrażenie, jakby chór był drewniany.
Na jednym z filarów umieszczony jest polichromowany krucyfiks – miniatura krzyża ołtarzowego z absydy.
Kolorystyka narteksu bardzo silnie kontrastuje z absydą; wszystkie polichromie są w tonacji ciemnogranatowej. Oczywiście można w tym dostrzec symbolikę, ciemność i światło itd.; daruję to sobie, przedstawiając tylko program ikonograficzny osnuty wyłącznie wokół Marii:
– Zwiastowanie;
– Zaśnięcie Matki Bożej;
– Narodziny Jezusa;
– Ofiarowanie Jezusa w świątyni;
– Ofiarowanie Marii w świątyni;
– Ucieczka do Egiptu;
– Nawiedzenie św. Elżbiety; 
– przy samych drzwiach: po lewej prorok Izajasz (z cytatem Iz 7,14) i ewangelista Łukasz (ewangelista dzieciństwa Jezusa), po prawej Matka Boża tronująca z Dzieciątkiem.
Wszystko to według tradycji ikonograficznej wspólnej prawosławiu i średniowiecznemu chrześcijaństwu zachodniemu, natomiast rzadszej czy nieobecnej w zachodniej sztuce nowożytnej – a więc np. narodziny Jezusa w grocie, nie w stajence.

Niżej kilka zdjęć, na koniec powtórzę z pierwszego posta w tym cyklu zastrzeżenie co do jakości fotografii; w narteksie w Wesołej jest pod tym względem szczególnie trudno, gdyż jest on ciemny, a światło czy to z otwartych drzwi, czy ze słabych lamp umieszczonych pod chórem zawsze daje oświetlenie bardzo nierównomierne. (Flesza z zasady nie używam).
Nawiedzenie św. Elżbiety jest, wydaje mi się, najczęściej fotografowaną i reprodukowaną z polichromii w narteksie.
Matka Boża tronująca przy wejściu; niżej Izajasz i Łukasz po drugiej jego stronie.
Oczywiście o tym wszystkim warto pisać i warto to oglądać nie dlatego, że są tam oranty, narteksy i etimazje, tylko dlatego, że dobrze to jest namalowane – o tym jednak z kolei zupełnie nie ma jak napisać. Zarazem to ciekawe, że współczesne malarstwo – nie wiem, może się mylę z tą współczesnością, ale wydaje mi się, że jak coś ma niespełna trzydzieści pięć lat, to nie jest jeszcze całkiem zgrzybiałe – może być tak głęboko zanurzone w tradycji, i to na poważnie, a nie na zasadzie prowokacji czy zabawy.

9 września 2013

Kościoły współczesne z sensem 1: Kościół Opatrzności Bożej w Wesołej 1/4

Zaczynam z dość grubej rury, od kościoła, który sam stawiam bardzo wysoko. Jest on też znany, może nawet słynny – choć na pewno więcej warszawiaków o nim słyszało, niż go widziało. Kołacze mi się po głowie, że po wpisie do rejestru kilka lat temu wnętrze kościoła w Wesołej było wręcz najmłodszym polskim zabytkiem, w aktualnym rejestrze jednak go nie znalazłem.
Letniskowa wieś Wesoła, od centrum Warszawy odległa w prostej linii o jakieś piętnaście kilometrów, pod tą nazwą handlową (analogia w sąsiedztwie: Radość) wyłoniła się z chaosu elektronów i antycząstek w okolicach I wojny światowej, kiedy dobra swe rozparcelował z przeznaczeniem na działki rekreacyjne właściciel Woli Grzybowskiej (dziś dzielnica Wesołej), książę Emanuel Bułhak. O nim jeszcze poczytamy, nie tylko dziś. Ponieważ niezbadane są wyroki Opatrzności, Wesoła z czasem stała się miastem, wchłaniając starsze od siebie okoliczne miejscowości, jak rzeczona Wola Grzybowska czy Stara Miłosna, a od roku 2002 jest najmłodszą dzielnicą Warszawy, o czym zdecydowali jej mieszkańcy w referendum akcesyjnym. Fakt ten uprawnia nas do traktowania opisywanego kościoła jako jednoznacznie warszawskiego, bez żadnego naginania zasad moralnych. (A swoją drogą, ciekawe, że warszawiaków nikt nie pytał o zgodę na ten mariaż. Ja na przykład chętnie przyznałbym Wesołej status kolonii, ale żeby od razu pełna unia? Zresztą można by pójść za ciosem i warszawskimi koloniami uczynić kilka innych polskich miejscowości letniskowych, np. tę, tę czy tę).

W letnisku Wesoła kościoła nie było, czemu postanowiono zaradzić. Zwrócono się z tym do księcia Bułhaka, który swoim zwyczajem – podobnie uczynił bowiem z placami pod kościół parafialny i klasztor loretanek w Rembertowie, a fundował i dzieła świeckie, na przykład Gladiatora stojącego na schodach w Zachęcie – darował parcelę, obejmującą wyniosłość terenu, czyli, mówiąc banalnie, wydmę, jak to na Mazowszu. Na jej szczycie stoi dziś kościół, na zboczu zaś rozciąga się cmentarz, a za nim las. Książę Bułhak, na stałe zamieszkały w krajach śródziemnomorskich (zmarł w Nicei), człowiek wysokiej kultury, tłumacz Pseudo-Dionizego Areopagity, zrobił nawet więcej: ufundował kościół i wybrał dla niego kształt neoromański, według projektu Włocha Luigiego Malgheriniego, inspirowanego świątyniami wczesnośredniowiecznymi. (Z tym fundowaniem nie mam pewnych danych, według innych informacji budowa była ze składek parafian; jedno nie wyklucza drugiego).

Kościół jest, mówiąc w skrócie: jednonawowy, niewielki, harmonijny, bardzo oszczędny i neoromański w detalu. Z prostej bryły wyodrębnia się tylko klasyczna, zaokrąglona absyda.

Budowa zaczęła się w roku 1935, kościół stanął w stanie surowym w 1939 (dach ukończono w pośpiechu w październiku owego roku). Potem była wojna itd., dość że na początku lat siedemdziesiątych nowy proboszcz w Wesołej – już mieście – zastał kościół niewykończony. Proboszcz ten, ks. Stefan Wysocki – żyje po dziś dzień, jest w Wesołej rezydentem-emerytem – podjął decyzję niebanalną, mianowicie: a) nie udał się do pana kamieniarza Waldka, który może machnąć marmurową lamperię i ma szwagra stolarza, to niech on coś wyrzeźbi; b) nie skompilował standardowego wyposażenia z krucyfiksem w stylu zaiste barokowym, drogą krzyżową w stylu doprawdy romantycznym, sediliami w stylu iście renesansowym, witrażami w stylu komiksowo-gotyckim, żyrandolami w stylu sacro-glamour i polichromią w stylu mózg kwiaciarki po napromieniowaniu, tylko: c) z propozycją wykończenia wnętrza zwrócił się do Jerzego Nowosielskiego, decyzję tę motywując przekonaniem, że ów potrafi sprostać zadaniu postawionemu przez ascetyczną neoromańską architekturę. W rezultacie Nowosielski w latach 1975–79 pokrył polichromiami absydę, narteks pod chórem, chór i strop, namalował drogę krzyżową i krucyfiks, zaprojektował witraże, posadzkę, żyrandole, tabernakulum, a nawet podobno naczynia liturgiczne i ornaty – czyli zaprojektował we wnętrzu niemal wszystko. Działał też w kaplicy sąsiedniego domu rekolekcyjnego, to jednak rzecz osobna. Za całą tę pracę, dodajmy, nie chciał żadnych pieniędzy. (Ta wiadomość za: K. Czerni, Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego, Kraków 2011, s. 313).

Na tym chciałbym zakończyć historię, przechodząc do omówienia wymienionych przed chwilą elementów, nie jest jednak tak łatwo: w latach dwutysięcznych nowy proboszcz wykończył kościół z zewnątrz, tzn. okleił go styropianem i otynkował na biało. Co do tynku, nie mam zdania; trzeba by wiedzieć, czy przewidywał go pierwotny projekt. W każdym razie kolor mi się podoba. Dwie pierwsze wizyty w Wesołej złożyłem za czasów ceglanych, ale nie przyglądałem się murom, zafascynowany wnętrzem. Co do styropianu, z rozmowy z panem kościelnym dowiedziałem się, że rodzi on problemy: "zrobiła się puszka", w kościele jest wilgoć, która nie służy polichromiom. Cóż, puszka – dobre miejsce dla niektórych. Proboszcz z lat dwutysięcznych wprowadził ponadto zmiany we wnętrzu; szczegółowo opiszę je w kolejnych postach, na szczęście ich zakres był ograniczony. Zdaje się, że działalność owego księdza, dziś pełniącego szlachetną funkcję kapelana warszawskich strażaków, była przyczyną pośpiesznego wpisu kościoła do rejestru zabytków. Tak czy siak, proboszczem już on nie jest; w roku 2011 arcybiskup Hoser powierzył kościół młodym księżom ze wspólnoty Chemin Neuf, jednej z nowych francuskich wspólnot wyrosłych w ostatnich dziesięcioleciach, która wcześniej na zaproszenie księdza Wysockiego przejęła sąsiedni dom rekolekcyjny.

Tyle historii; na zakończenie dziś kilka widoków z zewnątrz i jeszcze jeden z wnętrza, które bardziej szczegółowo opiszę w kolejnych dwóch postach.
Widok z ulicy Piotra Skargi, którą dochodzi się do kościoła. Mimo że dookoła same wille, a kościół stoi na wzniesieniu, z daleka w ogóle go nie widać.
Kościół nie jest orientowany; absyda jest od południa, wejście od północy.
W ocieplonej elewacji odtworzony jest, na ile to możliwe, ceglany detal.
Ściana zachodnia, od strony cmentarza.
Dobudówka po prawej to zakrystia, wzniesiona już po wojnie. Oczywiście architektury tego kościoła nie uważam za "współczesną", ale nie można jej pominąć w kontekście wnętrza. 

Dygresja: skądinąd to przykład uzmysławiający, jak daleko i bezalternatywnie zaszliśmy w nowoczesność. W chwili budowy kościoła jego architektura nie była nowoczesna, ale nie była też czystym paseizmem, tylko aktualną propozycją. Dwie dekady wcześniej – doprawdy niewiele, zwłaszcza z perspektywy siedemdziesięciolatka, a był nim w roku 1935 Emanuel Bułhak – nie było przecież innej architektury sakralnej niż różne neo: neoromanizm, neogotyk, neorenesans itd. Bazylikę na Kawęczyńskiej, w zamierzeniu wierną kopię rzymskiej bazyliki św. Pawła za Murami, przez papieża Piusa XI – wcześniej nuncjusza w Warszawie – nazwaną podobno najpiękniejszym kościołem w Polsce, ukończono w roku 1923, ledwie dwanaście lat przed początkiem budowy w Wesołej. Tego typu historyzm był wówczas propozycją poważną, równoprawną z propozycjami modernistycznymi. Przez cały okres międzywojenny także w architekturze świeckiej w różnych proporcjach współistniały te dwie możliwości; żeby się o tym przekonać, wystarczy przespacerować się po Saskiej Kępie czy willowym Mokotowie. Były też (i nadal są) ciekawe próby łączenia tych dwóch języków, kościołów naraz modernistycznych i neoromańskich czy neogotyckich – kiedyś więcej o tym. Dziś na Saskiej Kępie również buduje się – sądzę nawet, że w równych proporcjach – tak budynki o architekturze "nowoczesnej", kontynuującej język przedwojennego modernizmu i funkcjonalizmu, jak i budynki o architekturze "tradycyjnej", z gankami, balaskami, pilastrami, gzymsikami, naczółkami itd. O ile jednak te pierwsze są dziś propozycją poważną, o tyle te drugie są już tylko tandetą i przejawem pustki w czaszce (być może są jakieś udane przykłady współczesnego historyzmu, ale ich nie znam). Podobnie w architekturze i w ogóle sztuce sakralnej czysty historyzm nieuchronnie popada dziś w tandetę i jest jedynie przejawem rezygnacji z myślenia – inaczej niż kilkadziesiąt lat temu.

Wnętrze w czwartek, o ile zdążę. (Chciałbym nadać temu blogowi rytm cotrzydniowy, ale nie wiem, czy to realne. Zjawiska takie jak regularność Marcina są dla mnie z innej planety).

6 września 2013

Kościoły współczesne z sensem – wstęp

Współczesne kościoły: po tym haśle zwykle następuje przykry grymas albo ciężkie westchnienie. Według rozpowszechnionych poglądów współczesna sztuka – w tym architektura – chrześcijańska (czy w ogóle sakralna):
   A. nie istnieje (bo religia jest martwa);
   B. jest niemożliwa (bo religia jest martwa) (ergo nie istnieje);
   C. jest katastrofą – bo: 
    a) współczesne elity są zdechrystianizowane, a współcześni artyści (osobliwie podatni na przeciwstawienie chrześcijaństwa i wolności, którą oczywiście wybierają) są zdechrystianizowani szczególnie, przez co albo nie potrafią podjąć tematów religijnych, albo traktują je jako podłą chałturę;
       b) chrześcijanie to debile;
       c) księża-zleceniodawcy to debile;
       d) cała współczesna sztuka jest katastrofą.

Osobiście jestem bliski poglądowi C w wersji d, z uwzględnieniem co najmniej częściowej prawdziwości również wersji a, b i c (co do wersji b – zob. 1 Kor 1,23; 3,18). Na widok współczesnych kościołów zwykle wzruszam ramionami, częściej ciężko wzdycham (i utwierdzam się w przekonaniu o słuszności niedawania na tacę). Byłem też w kilku, w których szczerze marzyłem o nalocie dywanowym lub chociaż nowym najeździe husytów. Dokumentowaniu czy propagowaniu takich rzeczy nie warto jednak poświęcać czasu.

Ale jest też druga strona medalu. Oczywiście narzekać jest łatwiej i przyjemniej niż taskać się po Jelonkach i Wesołych. W samej Warszawie jest jednak co najmniej kilkanaście* względnie współczesnych kościołów i kaplic, które uważam za udane, albo wręcz piękne. Chcę je po kolei przedstawić. Ze względu na obszerność tematu cykl zapewne potrwa niekrótko; kościołami pozawarszawskimi też nie pogardzę. 

Ponieważ ten wstęp jest długi, dziś ograniczam się do niego; pierwszy kościół w najbliższy poniedziałek.

Jeszcze dwa wyjaśnienia i zastrzeżenie. 

Wyjaśnienie kryterium „współczesnościˮ: jest ono uznaniowe, bo nie sposób wyznaczyć ścisłych ram czasowych. Spójrzmy na architekturę świecką: budynki z lat 90. XX wieku bywają dziś obciachowe w swej nieaktualności. To, co dwadzieścia lat temu przedstawiano jako nowoczesne, odbieramy dziś jako przaśne i toporne, tymczasem domy z lat 20. wciąż potrafią zaskoczyć świeżością. Już w okresie międzywojennym mogły powstać kościoły operujące nadal dziś używanym językiem artystycznym, dlatego nie wykluczam, że coś z tamtych lat się tu pojawi. Zarazem już wówczas widoczny jest kryzys, objawiający się tym, że wiele ówczesnych kościołów jest dziś trudnych do wytrzymania. Na przykład o kościele św. Klemensa na Karolkowej z lat 1932–33, w chwili budowy uznawanym za dobry przykład nowoczesności w architekturze sakralnej, od pewnej znakomitej i świetnie wykształconej artystki usłyszałem, że czuje się w nim „do tego stopnia otoczona brzydotą, że aż staje się to interesująceˮ. 

Na pewno jako „współczesneˮ rozumiem kościoły powojenne – tym bardziej że w pierwszym okresie powojennym nowych kościołów w Warszawie nie budowano, odbudowywano tylko zniszczone w latach wojny. Nowe budownictwo sakralne po dwudziestoletniej przerwie pojawia się nielicznie na przełomie lat 50. i 60., a dopiero lata 80. to nieszczęsny boom.

Wyjaśnienie drugie: kościół to dla mnie zasadniczo wnętrze. To wnętrze jest ważne; w nim dzieje się to, po co kościół istnieje. Doskonałymi kościołami są te wydrążone w skałach w Etiopii czy Kapadocji. Zewnętrze – jest to element dekoracyjny dla krajobrazu, który może też pełnić – drugorzędną wobec liturgicznej funkcji wnętrza – funkcję reprezentacyjną. (Pomijam przypadki takie jak program rzeźbiarski gotyckich fasad; przekonanie, że były one „Biblią ubogichˮ, wydaje mi się błędne).

Na koniec zastrzeżenie: nie jestem zawodowym fotografem, a pisanie bloga to działalność bezbudżetowa. Nie mam możliwości technicznych ani czasowych, by profesjonalnie sfotografować wnętrza kościelne, a zwłaszcza zawarte w nich malarstwo i rzeźbę. Pomijając kwestię sprzętu fotograficznego, wymagałoby to na ogół co najmniej specjalnego oświetlenia. Niczego podobnego nie próbuję, dlatego proszę w tym wypadku oceniać moje zdjęcia jako prostą ilustrację o celu informacyjnym.

A skoro na tym blogu nie było dotychczas posta bez ilustracji – ten ilustruję, dla kontrastu, kilkoma zdjęciami kościołów niewspółczesnych, z różnych miejsc i lat.

* Na wstępnej liście pewniaków mam w tej chwili z Warszawy jedenaście pozycji; na liście niepewniaków, które muszę sobie odświeżyć – dalszych sześć. 

3 września 2013

Francuska z poziomu bruku (1)

Projekt jest rozwojowy i z przeszłością, będzie się tu co jakiś czas pojawiał.

Zdjęcia wrzucam po dziewięć, bo to doskonała liczba (jedna z 7653348393 propozycji doskonałych liczb), Egipcjanom służąca do liczenia bogów, Dantemu – kręgów piekła (a także nieb, ale o tym mało kto pamięta).

To nie jest fotoblog, wbrew ostatnim kilkunastu postom.

31 sierpnia 2013

Sierpień ʼ08, Narew

Wskutek obiektywnych okoliczności życiowych, zresztą sympatycznych, tegoroczny sierpień nie był szczególnie podróżniczy. W cyklu pozawarszawskim na koniec miesiąca sięgam więc do dawniejszych zasobów, wśród których jest na przykład sierpień 2008, dwuosobowy spływ Narewką i Narwią od Kosego Mostu do Rzędzian. To było przyjemne: pustka, łąki, wschody i zachody, przelatujące żurawie, rzeka, kąpiele na golca, ciepłe dnie, chłodne wieczory, komary. Fotograficznych wspomnień jest kilka, skleconych sposobem troglodyckim, analogowym i czarno-białym.