14 października 2013

Kobiór mazowieckim okiem

Jeden z niedawnych postów poświęcony był budynkowi stacji kolejowej w Kobiórze. Na tę stację zwróciłem uwagę, ponieważ często jeżdżę koleją do Bielska, niemal zawsze pociągami (od Katowic) osobowymi, stającymi w Kobiórze. Ściśle biorąc, magnesem był tajemniczy budynek z drzwiami wiecznie otwartymi, oznaczony kryptonimem WC ZAKAZ WSTĘPU ZAKAZ WSTĘPU. W tak jawnej niespójności sygnału niewątpliwie maczają palce tajne służby, których stałą taktyką jest wszak zbijanie z tropu i szyfrowanie przekazu. W takiej sytuacji właściwie nie należy okazywać ciekawości, kierować niepowołanych oczu na tajemnicę, ale wścibska jest dusza blogera. Skoro zaś wysiadłem, by obejrzeć stację, postanowiłem też zajrzeć do Kobióra. Miejsce wydało mi się tym godniejsze zainteresowania, że w spisie powszechnym z roku 2002 padł w nim ogólnopolski rekord deklaracji narodowości śląskiej – w skali gminy zadeklarowało ją 22% mieszkańców. Było to, przypomnijmy, jeszcze przed medialnym rozgłosem Ruchu Autonomii Śląska i związaną z tym awanturą. (Zresztą byłem w roku 2002 rachmistrzem spisu; pewien uniwersytecki profesor matematyki, którego spisywałem na Starym Mokotowie, zadeklarował mi narodowość mazowiecką, co posłusznie wpisałem w odpowiednią rubrykę; był to jednak odosobniony przypadek). Przyjrzyjmy się zatem Kobiórowi. Jest to duża wieś otoczona zewsząd lasem, dawnymi włościami książąt Hochbergów von Pless, czyli z pobliskiej Pszczyny. Od Korony Polskiej ziemia ta odpadła gdzieś między Krzywoustym a Kazimierzem Wielkim, przed rokiem 1920 były tu Prusy, w plebiscycie przytłaczająca większość mieszkańców poparła Polskę. Dziś cała gmina ma ludności niespełna pięć tysięcy, z czego ponad połowa korzysta z dobrodziejstw kanalizacji, a 85% z wodociągu – tyle GUS. Pogoda 22 września była szara, stąd i zdjęcia bez światłocienia. Jako Mazowszaninowi, najpierw rzuciły mi się w oczy różnice między architekturą miejscową a tą znaną mi z wsi podpułtuskiej.
Była pierwsza albo druga; widząc restaurację, postanowiliśmy skorzystać. Menu było skromne, zupy bodaj dwie, tyleż przystawek, dań głównych trzy i dwa desery. Wybrałem galert, to jest po mazowiecku nóżki w galarecie, zupę grzybową i pyzy ze śliwkami, to jest po mazowiecku – knedle. Wszystko było wyśmienite. Wokół nas siedzieli wyłącznie kobiórzanie, estetyka wnętrza odpowiadała estetyce zewnętrza, obsługa bez zarzutu. 
Ku swemu mazowieckiemu zdumieniu placówek gastronomicznych napotkaliśmy jeszcze bodaj trzy. Obiektywem uwieczniłem jeden sklep, ze względu na oboczność w szyldzie, i jedną placówkę, ze względu na domysł, że pod styropianem ukryty jest dom podobny do tych z obrazków powyżej. 
Po przerywniku gastronomicznym powróćmy do lokalnej architektury. Techniki, w jakiej wykończona jest elewacja tego budynku, nie potrafię nawet nazwać. Tynk nadziewany żużlem?
Nieopodal wieży kościoła, na którą się kierowaliśmy, ukazało się nam gminne przedszkole, dawniej – szkoła; w tej samej chwili na krótko wyszło słońce. Szkoła przeniosła się do nowego gmachu klockowato-tysiąclatkowatego; stary budynek ze zdjęć poniżej jest dziś w części przedszkolem, resztę zajmują mieszkania.
Na ostatnim zdjęciu widok od podwórka. Na kolejnych – kościół. Od przodu jest on otoczony drzewami, co utrudnia fotografowanie. Kościół pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP zbudowano w trzynaście miesięcy w latach 1911–12. Kobiór, jak cały Śląsk, należał wówczas do diecezji wrocławskiej; do czasu budowy kościoła parafia była w Pszczynie. Nazwiska architekta niestety nie znalazłem. Jest to pruski neogotyk, inny od neogotyku galicyjskiego czy środkowopolskiego, choć nie bardzo potrafię nazwać te różnice; w każdym razie ta architektura bardzo mi się podoba. Kościół z zewnątrz wydaje się większy, niż jest w istocie; jednonawowe wnętrze nie ma nic z monumentalności.
Wnętrze, świetnie utrzymane, zachowuje czysty styl neogotycki (zresztą snycerkę sprowadzono częściowo z Wrocławia, częściowo z Monachium), ale z jednym wyjątkiem, którym są całkiem udane witraże z lat 70., dzieło katowickiego witrażysty Wiktora Ostrzołka.
W kościele tym napotkaliśmy jeszcze jeden element dla nas egzotyczny, w Warszawie zupełnie nieznany: do każdej ławki przykręcona jest rozpiska stałych miejsc, wykupionych – domyślam się – przez parafianki (rzadziej parafian), lub może tylko zaklepanych?
Obok kościoła stoi plebania, dwa lata od niego młodsza. Co tu dużo mówić – niebrzydka chałupa.
Za plebanią są zabudowania gospodarcze, w czasach powojennych przebudowane na salki katechetyczne, a dziś nie wiem, jaką pełniące funkcję. Jeszcze dalej widać zaś – uwaga – nowy dom parafialny, wybudowany od zera w latach 2009–12. Kto by chciał mu się przyjrzeć uważniej, może to zrobić tu.
Na zakończenie wizyty w Kobiórze zaszliśmy na cmentarz, położony tuż obok kościoła, cmentarz bowiem dobrze nam pasuje do idei końca. Na cmentarzu stoi kaplica pogrzebowa, w której również dostrzegamy architekturę, nie tylko budownictwo:
Czego się dowiedzieliśmy z tego spaceru? Że ta śląska wieś, której nazwa wskutek wielokrotnych podróży kolejową linią 139, łączącą zwłaszcza Katowice z Bielskiem-Białą, kojarzyła nam się wyłącznie z obskurną stacją z żółtej blachy i absurdalnym sraczem o wiecznie otwartych drzwiach, których nie wolno otwierać – jest w istocie miejscem raczej schludnym, pełnym domostw zadbanych, przy tym z punktu widzenia Mazowszanina posiadających pewną architektoniczną klasę i specyfikę. Również pod innymi względami – za przykład posłużyły nam dom parafialny, galert i pyzy ze śliwkami – Kobiór wykazuje kulturową jakość i tożsamość. Po poście o stacji byłem Kobiórowi winny ten spacer. Wracając zaś do samej stacji – nie jest tak, że mieszkańcy Kobióra i tysięcy innych polskich miejscowości mają syf we krwi. Jest natomiast tak, że państwo polskie przez stan, do jakiego doprowadziło infrastrukturę kolejową, wpaja nam wszystkim pogardę dla siebie samych. Wiem, że są również zmiany na lepsze; sam postaram się dostarczyć przykładów. W Kobiórze jednak, który jako taki zasługuje na szacunek, tylko ekspozytura polskiego państwa w postaci stacji jest jak desant z obcej, zafajdanej planety.

24 komentarze:

  1. "z obcej, zafajdanej planety."

    W domyśle - niestety - "z Warszawy".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może tak, choć nie wiem, czy akurat kolej jest w ten sposób kojarzona. Raczej się przyjmuje, że to państwo w państwie, z rozproszoną stolicą...
      Nawiasem mówiąc, nigdy dotąd nie spotkałem się w tej okolicy z niechęcią po deklaracji, że jestem z Warszawy. Za to zauważyłem u miejscowej ludności Zeligową umiejętność zmiany wymowy, gdy się orientują, że rozmówca mówi po ogólnopolsku, bez akcentów lokalnych.

      Usuń
    2. Całość instytucji państwa polskiego jest widziana jako "Warszawa". Szczególnie, gdy działa źle.

      Usuń
    3. żywisz rzekome obsesje (u innych).

      Usuń
    4. Idzie jesień, niedługo przygruntowe przymrozki, trzeba je podożywiać.
      ---
      Zawsze lepiej znaleźć zewnętrznego winowajcę. Łatwiej zapomnieć, że ci, którzy "urzędują" w Warszawie w centralnych instytucjach, pochodzą z całej Polski, czasem z sąsiedniego miasteczka, a czasem z sąsiedniego bloku.

      Usuń
    5. Niestety, nie umiem grać na ukulele.

      Usuń
    6. nie? a wg księgi Guinessa to najłatwiejszy do opanowania instrument.

      Usuń
  2. To jest elewacja o fakturze z rzecznego żwiru wtopionego w podłoże wapienno - cementowe :) Podobno wewnątrz są piece kaflowe jeszcze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hm, te "żużle" nie wyglądają mi jednak na żwir - największe są wielkości pięści. Ale podziwiam Twą dociekliwość :)

      Usuń
    2. Spodobała mi się ta kropkowana ściana, aż dziwne, że przetrwało to 100 lat, i nikt nie skuł/nie zamalował, nie zakrył :)

      Usuń
  3. Jakoż niegdyś wspomniałem, lubię Śląsk (i Zagłębie) i to bardzo. W znacznej części również za/dla zachowanych śladów przeszłości - tych materialnych, i tych kulturowych.
    PS. Ordnung (w ławkach) musi być!

    OdpowiedzUsuń
  4. bardzo ciekawy wpis w warstwie tak ikonografii, jak i refleksji.
    tym bardziej, że podzielam większość spostrzeżeń i upodobań.
    nie tknąłbym tylko galertu, ani tym bardziej zupy grzybowej.

    architektura z rysem regionalno-międzynarodowym prima sort, prawdziwa, dobra i piękna.
    zaskakującą kontynuacją okazuje się dom parafialny! całkowicie, jak to mówią, daje radę. i aspiruje do tych trzech ww przymiotników.

    ale i na mazowszu podobny styl międzynarodowy jest jeszcze wciąż obecny, że się sam przytoczę:
    http://sadrzeczy.blogspot.com/2013/02/sochocin-odcinek-10.html

    kościół jawi się zaś bardziej neoromańsko.

    OdpowiedzUsuń
  5. Cegłozaurus vs Styropianozilla - horror stulecia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jura zaczyna się jakieś 50 km na północny wschód.

      Usuń
  6. Bardzo dobrze napisana (i okraszona dobrymi zdjęciami) notka. Chciałbym więcej takich widzieć na różnych blogach (w tym i swoim ;-) ), w sensie, że chciałbym umieć tak pisać i focić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bez przesady, Twe blogi to kopalnia wiedzy.

      Usuń
  7. Rozpiski miejsc w kościele wcale nie są takie egzotyczne. Kiedyś, przed wojną było to powszechne, a jeszcze dziś w na wielu starych ławkach można znaleźć ślady po tych śrubkach. Miejsce siedzące można było sobie wykupić, chyba na rok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widywałem (rzadko) takie rozpiski poza Warszawą, nie pamiętam, gdzie dokładnie i w jakich rejonach Polski, ale w Warszawie jest to zupełnie nieobecne, dlatego napisałem o egzotyce z warszawskiej perspektywy. Może to specyfika kościołów wielkomiejskich, w których procent osób spoza parafii wśród obecnych na mszy jest zawsze dość duży.

      Usuń