Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Styl życia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Styl życia. Pokaż wszystkie posty

13 marca 2015

Pompeje / Segesta

Skoro byłem w Neapolu, pojechałem do Pompejów, położonych po drugiej stronie Wezuwiusza. Była już z nich pocztówka, czy raczej zestaw pocztówek – co do widocznej na nich stacji kolejowej, wypada zaznaczyć, że nie jest to stacja właściwych kolei włoskich, tylko podmiejskiej kolejki o nazwie Circumvesuviana, neapolitańskiego odpowiednika warszawskiej WKD, z tym że starszego i rozgałęzionego na kilka linii (linia do Pompejów była zelektryfikowana w 1905 roku!), a należącego do regionu Kampania. Stacji zasadniczych kolei włoskich widziałem sporo i żadna z nich nie przypominała stopniem zaniedbania stacyjki ze zdjęć – na ogół są bardzo zadbane.

Przejdźmy do sedna. Czytelnicy bloga wiedzą, że rzadko piszę o zabytkach czy innych atrakcjach z pierwszej ligi, tych najbardziej znanych i opisanych – co nie znaczy, że ich nie oglądam. Wycieczki do Pompejów nie żałuję, ale całkowicie szczerze za większą od nich atrakcję uważam neapolitańskie Muzeum Archeologiczne. Pompeje i inne lokalne wykopaliska były odkopywane od połowy XVIII wieku i systematycznie ogołacane ze znajdywanych w nich mozaik, rzeźb, malowideł, zdejmowanych ze ścian czy posadzek i przenoszonych zwłaszcza do kolekcji władców Neapolu, czyli królów Obojga Sycylii. Kolekcja ta przeszła do zbiorów obecnego Muzeum Archeologicznego, w którym co najmniej dział mozaik mnie zachwycił. W Pompejach tego wszystkiego już nie ma; poza nielicznymi wyjątkami zostały w nich tylko ceglane i kamienne mury, kolumny i bruk, uzupełnione niekiedy kopiami dzieł przeniesionych do muzeum, jak w przypadku najsłynniejszej z tamtejszych mozaik, zwanej Mozaiką Aleksandra czy też Bitwą Aleksandra z Dariuszem. O czym piszę dlatego, że to wątek warszawski – gdyż inna, lekko tylko mniej wierna kopia tej mozaiki znajduje się w naszym Muzeum Narodowym, w postaci Bitwy pod Grunwaldem niejakiego Matejki, pod względem kompozycyjnym niedaleko odchodzącej od pompejańskiego wzoru. Czego dowiedziałem się właściwie dopiero w Neapolu i Pompejach – bo wcześniej, w szkołach i na uniwersytecie nikt mnie tego nie nauczył, przynajmniej nie na tyle sugestywnie, bym to zapamiętał. A przecież wprowadzenie tej istotnej informacji daje wspaniałe perspektywy dydaktyczne, pozwalając rzutować wątki polskie – Matejkę i bitwę pod Grunwaldem – na uniwersalne: Pompeje, wulkanologię, historię starożytną itd.

W ogołoconych Pompejach jedna rzecz zrobiła jednak na mnie wrażenie. Skojarzyło mi się to z wcześniejszą o cztery lata wycieczką do Segesty na Sycylii – gdyż w obu przypadkach wrażenie wywarło na mnie to samo: nie antyczne zabytki, tylko ich położenie. Pejzaż, widok dookoła. Że blisko Pompejów jest Wezuwiusz, to było do przewidzenia; nie wiedziałem jednak, jaki jest widok w innych kierunkach.

Zatem po kolei. Pompeje, luty 2015, widok z forum na Wezuwiusz:
I wcześniejszy o czterdzieści minut (różnica światła) widok w przeciwną stronę, ze stałym bohaterem bloga biegnącym po murku:
Segesta, luty 2011, widok z amfiteatru:
I trzy widoki na świątynię:
Tak jakby starożytni, mając większe pole do manewru, ziemię jeszcze niezagospodarowaną, nie przypadkiem wybierali sobie do życia miejsca, w których sam pejzaż pozwala w każdej chwili, w każdej sekundzie czuć (...)*

* Co kto czuje, jego sprawa.

29 maja 2014

Miejskie aktualności: frutti di Wisła

Wrony polującej na zwierzęta podwodne nigdy nie widziałem; nie wiem, może te szczwane stworzenia i do tego są zdolne. Niedawna wysoka woda w Wiśle pozostawiła jednak, opadając, małże na plażach i w przybrzeżnych chaszczach. Jadąc wczoraj w rzęsistym deszczu przez most Świętokrzyski, zauważyłem więc w wielu miejscach pozostałości rozpasanej uczty; do dziś koła rowerzystów zdążyły je nieco pokruszyć, ale nie uprzątnąć. Zagadką pozostaje dla mnie tylko, dlaczego wrony przenoszą znalezione małże na most, zamiast zjadać je spokojnie nad wodą? Czy może wykorzystują nawierzchnię mostu do rozbijania muszli, tak jak to robią z orzechami, zrzucając je na jezdnię? W tym wypadku ich dzioby powinny jednak wystarczyć. Może na moście im po prostu weselej?
Wszystkie zdjęcia dzisiejsze.

22 listopada 2013

Nowe perspektywy 2 (Nowa Pała Unii, cd.)

Dzisiejszy post jest uzupełnieniem posta sprzed pół roku z czterema widokami na nowy wieżowiec przy Placu Unii – dalej: na Nową Pałę Unii, ukończoną wówczas od zewnątrz, ale nie w środku, a teraz już otwartą. Pomyślałem wtedy, że ciekawy byłby również widok z kopca Powstania Warszawskiego, podjechałem więc tam (na sam czubek prowadzi serpentyną dzika ścieżka wyjeżdżona przez amatorów skoków rowerowych – może też motocyklowych – ze skoczniami i innymi wertepami), ale zamiaru nie mogłem zrealizować, gdyż kopiec jest obrośnięty zielenią, która latem całkowicie zasłania widok na śródmieście (odsłonięty jest tylko przeciwny kierunek: Siekierki i dalej). To zresztą temat sam w sobie. Uwielbiam przyrodę, chodzę po górach, pływam kajakiem, jem warzywa i owoce, znam nazwy drzew i ptaków itd. itd., ale uważam, że w mieście zieleń nie powinna być puszczona na żywioł – skoro jest takie miejsce jak kopiec Powstania, z którego rozciąga się atrakcyjny widok na miasto, w tym lepszy od widoków z czterdziestych pięter wieżowców, że ogólnodostępny, to zarośnięcie tego widoku przez zupełnie niepielęgnowaną zieleń jest doprawdy głupie. Wracając do tematu – Nowa Pała:
Widać stąd, że w swej okolicy wyrasta ona w sposób dość brutalny, jako pała samotna, znajdująca towarzystwo co najwyżej w peerelowskich blokach, nieskładnie powstawianych tu i ówdzie na skarpie.

Przy okazji dwie rzeczy. Pierwsza: gmach ten przez bardzo długi czas – jego budowa zaczęła się w roku 2010, a na forum Skyscrapercity pierwszy poświęcony mu wpis (jeszcze jako mglistemu projektowi, Supersam wciąż stał) jest z sierpnia 2005 – określany był w mediach (na pewno również w materiałach inwestora, z których media czerpią wiedzę) jako "biurowiec" (początkowo zdecydowanie najczęściej), "wieżowiec", "kompleks biurowo-handlowy", "budynek handlowo-biurowy", "centrum biurowo-handlowe", "biurowiec/centrum biurowe z galerią handlową". (Nawiasem mówiąc, początkowo projekt nazywał się: "Plac Unii Lubelskiej"). Tak było aż do niedawna; jeszcze w tekstach prasowych z października 2013 mowa o "kompleksie biurowo-handlowym" (Stołeczna z 12.10), "wielofunkcyjnym kompleksie Plac Unii", "biurowcu Plac Unii" (po drodze z nazwy wyleciał Lublin, została unia nieokreślona – jaka się komu podoba). Nie twierdzę, że te nazwy nie są adekwatne do rzeczywistości. Zapewne są; przyznajmy jednak, że ich wymowa jest inna niż gołych wyrażeń: "centrum handlowe", "galeria handlowa". Obecnie, już po oficjalnym otwarciu, całość nazywa się – tak głosi dość duży szyld nad wejściem – Plac Unii City Shopping i powszechnie odbierany jest jako galeria handlowa, nawet jeśli jest w nim również biurowiec (tak samo jak w kilku innych galeriach handlowych). Wydaje się więc, że przez długi czas mieliśmy do czynienia po prostu z eufemizmami, przesłaniającymi fakt, że w centrum miasta – i to w jednym z niewątpliwie najlepszych urbanistycznie jego fragmentów – buduje się kolejną galerię handlową.

Zresztą co do mnie – z pojawienia się CH w takim miejscu, przyjemnym spacerowo, dobrze skomunikowanym, pięć minut piechotą od Łazienek (jak wiadomo, Nowa Pała jest z nich świetnie widoczna), jestem akurat zadowolony. Z kilku podróży po zachodniej Europie znam zjawisko ulicy handlowej, zupełnie nieznane warszawiakowi niewychylającemu nosa poza swe miasto (nie mówię: poza Polskę, bo zbyt rzadko bywam np. w Trójmieście, by wiedzieć, jak tam jest pod tym względem). Nie lokalnej ulicy ze spożywczakami, kwiaciarnią i pocztą, tylko centralnej, wielkomiejskiej ulicy handlowej pełną gębą, po której spaceruje się, oglądając wystawy najlepszych marek – ulicy, jakiej dziś w Warszawie nie ma ani kawałka. Dzieje, kierowane na swe tory zapewne nie jedną decyzją, lecz przez tysiące skumulowanych decyzyjek i zaniechań, tak się potoczyły, że naszą karmą nie ma być spacer po wielkomiejskiej ulicy handlowej, tylko jazda bryką do malla na peryferiach, parkowanie bryki w podziemnym parkingu, spacer po mallu i jazda bryką nazad. Taki model kultury jest uznawany za najlepszy przez urzędników, których dziełem jest ów ciąg tysięcy decyzyjek i zaniechań, a ci urzędnicy są odbiciem tego, jacy my jesteśmy. Skoro więc mleko się rozlało i na zakupy, które co jakiś czas robić trzeba – kiedy ma się np. dziecko rosnące półtora centymetra miesięcznie, to zakupy odzieżowe wypada robić nawet dość często – nie ma po co się udawać na ulice inne niż ulica św. Arkadii, św. Promenady czy św. Galerii Mokotów – to już lepiej i wygodniej mieć takie "ulice" w centrum niż na jakichś wietrznych zadupiach. (Zresztą kto wie, może paradoksalnie ta galeria przyczyni się do ożywienia zamarłej Marszałkowskiej). Witaj więc, Nowa Pało Unii City Shoppingu!

Druga rzecz: wiem, że w miejscu Nowej Pały przed wojną planowany był siedemdziesięciometrowy (czyli, było nie było, dwadzieścia metrów niższy) wieżowiec Polskiego Radia – co jest koronnym argumentem na rzecz słuszności budowy wieżowca w tym miejscu. Sądzę jednak, że powoływanie się na te plany jest w swoim anachronizmie zupełnie chybione. Mówiąc krótko – Warszawa wyglądała wówczas troszkę inaczej niż dziś.

30 kwietnia 2013

Platany

Podtytuł tego bloga zapowiada, że jest on o Warszawie, ale nie tylko. Pisałem już, że najwyżej cenię blogi, które mają wyraźny temat i się go trzymają, jak np. Ten, Ten czy Ten. Sam jednak, jako osoba lekko zdezorganizowana, na taką tematyczną ascezę nie mam szans. Nie potrafiłbym też całkiem sobie odmówić tematów pozawarszawskich ani czerpania ze staroci zagrzebanych w szufladach i na zewnętrznych dyskach. Dotychczas sięgnąłem po nie tylko raz; przypadkiem był to ostatni post marcowy. Obracam ten przypadek w lokalną tradycję: pozawarszawski będzie (co najmniej) każdy ostatni post w miesiącu. (Zwyczaj ten zarzuciłem w grudniu 2013).  

To, że punktem wyjścia są zdjęcia spoza Warszawy, nie znaczy jednak, że nie można na ich kanwie czegoś o Warszawie powiedzieć. Ciągnę temat rozpoczęty w poście sprzed miesiąca. Zamieszczone niżej zdjęcia, bardzo mi drogie, pochodzą ze Strasburga. W mieście tym przedmiotem mej szczególnej fascynacji były starannie przycięte platany, w centralnych dzielnicach stanowiące tam najpowszechniejszy typ miejskiej zieleni. 

Wiem, że to nie żadna strasburska wyjątkowość - ale akurat tam się na takie platany zapatrzyłem. A jaki w tym wątek warszawski? Na zdjęciach widać efekt osiągnięty dzięki systematycznej pielęgnacji drzew. Tymczasem z trzech czynności, jakie przy drzewach w miastach się wykonuje, mianowicie sadzenia, pielęgnowania i wycinania, pielęgnacja jest w Warszawie, twierdzę na podstawie obserwacji, zdecydowanie najrzadsza.  

Nie szukając daleko przykładów: na ulicy, przy której mieszkam - jest to dwustumetrowa uliczka na Saskiej Kępie - kilka lat temu rosło siedem czy osiem starych klonów (część to nasadzenia z lat trzydziestych, widać je na zdjęciu lotniczym z 1945 roku). Dziś z siedmiu czy ośmiu (nigdy ich nie policzyłem, nie byłem jeszcze blogerem) zostały dwa, resztę wycięto głównie w marcu 2012. Trudno mi twierdzić, że wycinka była całkiem bezzasadna, gdyż dwukrotnie byłem świadkiem łamania tych klonów przez letnie burze. Ale przez trzydzieści kilka lat związku z tym miejscem, a piętnaście - ciągłego tu zamieszkiwania tylko jeden jedyny raz widziałem, by ktoś te klony przycinał

Jako zdeklarowany wyznawca spiskowej teorii dziejów sądzę oczywiście, że u źródeł takich obyczajów nie leży wyłącznie tradycja. Być może na przykład wycinanie drzew i sadzenie nowych jest dużo droższe niż ich pielęgnacja - czyli dużo bardziej opłaca się komuś, kto te wycinki i nasadzenia wykonuje na zlecenie miasta. Dokładnych danych, przyznaję, nie mam - i nie sądzę, by wśród obywateli Warszawy wielu je miało.

Zdjęcia robiłem zimą 2007/08 analogowym aparatem, na czarno-białych kliszach. (Przez kilka lat, które minęły, zszedłem już z drzewa). Trzy pierwsze są z placu Broglie, jednego z głównych placów miasta, dwa kolejne z nabrzeża Illu. (Taka nazwa rzeki: Ill. Jak widać, kroje szeryfowe i dziś miewają uzasadnienie).
Jeszcze jedno niestrasburskie, ale alzackie, z miasteczka Thann. Pokazuje fazę pośrednią: platany przycinane, lecz nie ostatniego roku:
A ponieważ cały ten post jest kontynuacją posta sprzed miesiąca, na koniec przypominam, że zadana wówczas zagadka nie została rozwiązana. Wrzucam zatem kolejne zdjęcie z tego samego miasta i dnia. Jeśli ktoś odpowie, stawiam piwo.
Wesołej majówki.

12 kwietnia 2013

Targowa 14, dodatek 2: Rabatki

Szósty odcinek cyklu o Targowej 14 będzie krótki i prosty. Zrzut z planu Lindleya:
W obrazku tym urzekły mnie widoczne w podwórzach elementy ogrodnicze - raczej jakieś kwiatowe rabatki niż drzewa. Nie wiem, z którego dokładnie roku jest ten plan, skoro jednak plany Lindleyów powstawały do roku 1915, a kamienicę ukończono w 1902, w chwili powstania rysunku była ona zupełnie nowa lub względnie nowa. Ogródki można więc uznać za część koncepcji deweloperskiej. Widziałem kilka zdjęć przedwojennych warszawskich podwórzy z pięknie utrzymaną zielenią; na pewno nie była to norma, ale się zdarzało. Na kolejnym zrzucie z fotoplanu 2012 widać, że w pierwszych dwóch podwórzach ani śladu zieleni, ale widać też, że przynajmniej na chwilę słońce dociera w nich do ziemi; w końcu nie każde podwórko to studnia.