Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mokotów. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mokotów. Pokaż wszystkie posty

15 października 2014

Z rzeczy dobrych: Puławska róg Olesińskiej

Blog bywa okazją do gderania; staram się to kontrolować, nie zawsze skutecznie. Dla równowagi przygotowałem kilka postów o pozytywnych spotkaniach z miejską rzeczywistością. Będę je zamieszczał systematycznie, choć nie jeden po drugim.

Zastrzegam, że akcja ta nie ma żadnego związku z kalendarzem wyborczym. Co do mego stosunku do obecnych władz Warszawy – wydaje mi się, że jeśli za kryterium podobieństwa przyjąć wizję miasta, to obecna pani prezydent jest istotą podobną do czegoś w rodzaju meduzy czy innej morskiej pulpy, poruszającej niekiedy czułkami zgodnie z ruchem fal. Oczywiście przez minionych osiem lat w Warszawie wydarzyła się niejedna dobra rzecz, myślę jednak, że wydarzyły się one mimo tej pani – nie we współczesnym, lecz w dawnym sensie mimo, tak jak u Reymonta: przechodząc mimo domu, zajrzał w otwarte okna. Ale zostawmy to.
  
Dzisiejszy pozytyw: przy rogu Puławskiej i Olesińskiej wyrósł nowy dom, nie całkiem jeszcze ukończony. O budynku tym nie mam prawie żadnych danych, w necie znalazłem mało co, żółtej tablicy informacyjnej nie przeczytałem. Architektura jak architektura, ale – byłoby fajnie, gdyby wszystko, co się w Warszawie buduje, równie dobrze wpisywało się w sąsiednią zabudowę!

Fotki lekko odbarwiłem, żeby wyglądały trochę na wizualizacje:
Z pomocą uzdolnionej rysunkowo Asystentki przygotowałem grafikę edukacyjną z czterech obrazków: pan sikający na ulicę, city shopping wystający zza Belwederu, pan celnie sikający do sedesu, Puławska róg Olesińskiej, dwa pierwsze obrazki z czerwonym krzyżykiem, dwa kolejne z zielonym ptaszkiem. Ale nie wrzucam, bo będzie, że znowu narzekam.

Swoją drogą – budynek mi się podoba, a zarazem trochę mnie zdumiewa, bo – jak mając pieniądze na kupno mieszkania w cenie wyższej od warszawskiej średniej (znalazłem parę ogłoszeń z tego budynku – między trzynastoma a czternastoma tysiącami za metr), kupować je bezpośrednio nad Puławską? Przecież musi tam być potężny hałas. Najwyraźniej jednak ludzie dzielą się na dwa podgatunki – jeden (mój), dla którego życie stale przy zamkniętym oknie byłoby torturą, i drugi, dla którego otwieranie okien nie jest żywotną potrzebą.

1 czerwca 2014

Pożegnanie z komórką (1: Warszawa)

Z okazji Dnia Dziecka przygotowałem dla Sz.P. Czytelników odcinek specjalny w tonie lekkim, będący też kolejnym etapem zagracania bloga i grzebania nadziei na jego tematyczną spójność. Dwa miesiące temu skończyła się w moim życiu pewna epoka, a zarazem zaczęła się inna, o niewiadomym jeszcze sensie – mianowicie przestałem być użytkownikiem komórki, stałem się – smartfona. Proszę mi wierzyć, że to nie z gadżeciarstwa – pokornie przyjmuję, co duch dziejów mi daje. Ostatniej komórki, którą była Nokia E52, używałem trzy i pół roku; mogę ten model szczerze i bezinteresownie pochwalić za solidność. Rok przed końcem użytkowania mój syn odgryzł komórce jeden klawisz, co w żaden sposób nie wpłynęło na jej działanie (to, co pod spodem, daje się naciskać bez klawisza). Niedługo potem syn, kontynuując swe badania świata, wrzucił komórkę do sedesu; wyłowiłem ją, rozłożyłem i wysuszyłem, po czym nadal działała bez zarzutu, z tym że codziennie rozładowywała się bateria. To właśnie skłoniło mnie do potwornie nudnej operacji zawarcia z operatorem nowej umowy i uzyskania nowego sprzętu – po czym starej komórce dolegliwość przeszła, tak że właściwie mógłbym nadal jej używać. Wyjmując z kieszeni nieco już ściachaną Nokię E52 z odgryzionym klawiszem, zauważałem jednak ostatnio, jak zmienia się ton i spojrzenie rozmówców, odnoszących się teraz do mnie z lekkim pobłażaniem. Gdyby chodziło tylko o mnie, odwzajemniałbym się wyłącznie tym, na co takie spojrzenia zasługują, czyli bezbrzeżną pogardą – ale zdarza mi się reprezentować jakieś ludzkie grupy, którym nie chcę szkodzić. Koniec końców, mam więc smartfona; przyznaję, jest to zupełnie inne narzędzie, między innymi posuwające naprzód dzieło dezalfabetyzacji człowieka, bo w toalecie, zamiast czytać gazetę, można teraz wygodnie surfować po necie, oglądać filmy z youtuba itd.

Przy okazji jednak zamknięty został inny rozdział: Fotki z komórki. Pierwszą moją komórką z aparatem była Nokia 6020 z matrycą 0,3 Mpx; to było w latach 2006–08, gdy żyłem jeszcze w pomroce poglądu, że prawdziwa fotografia jest analogowa i czarno-biała. Komórką fotografowałem rzadko i głównie dla dowcipu, niezmiernie jednak polubiłem te zdjęcia ze względu na efekt, jaki dawała prymitywność narzędzia przechodząca w wartość dodaną – trochę jak, nie przymierzając, z camerą obscurą, po dziś dzień mającą entuzjastów. Wszystkie moje późniejsze komórki miały już aparat od tej pierwszej dużo „lepszy”, a zarazem od prawdziwego aparatu nieporównywalnie gorszy, czyli po prostu kiepski, i zdjęcia z nich były właśnie kiepskie, gdy zdjęcia z tej pierwszej bywały w swej prymitywności interesujące. 

Na pożegnanie epoki zatem mała antologia zdjęć z komórki, na ogół przypadkowo zachowanych, bo jak zwykle dopiero z perspektywy czasu przyszło mi do głowy, że coś warto utrwalić. W dzisiejszym odcinku zdjęcia warszawskie, w kolejnym niewarszawskie. Wszystkie wrzucam bez najmniejszej obróbki, z wyjątkiem dodania podpisu.
Na początek wiadomo co – zdjęcie jest z 6 grudnia 2006 roku.
Zapewne tu już mniej jasne, co to – jest to mianowicie główne wejście na dworzec PKP Warszawa Stadion przed jego czyszczeniem ogniem i wiejadłem. Niezmiernie żałuję, że mało wówczas dokumentowałem fotograficznie tę okolicę; wydawało mi się, że wszystko jest tam tysiąc razy obcykane, bo przecież po stadionie łaziły już w tych latach zagraniczne wycieczki.

Nie pamiętam, skąd jest kolejne zdjęcie – być może nie z Warszawy, umieszczam je jednak w tym miejscu ze względu na tematykę dworcową. W każdym razie nic nie zostało tu fotograficznie przeinaczone ani odwrócone – taki był widok:
Jeszcze dwa zdjęcia z okolicy dworca Stadion, ale już z Nokii E52. Kwiecień 2011 i ostatnie chwile wietnamskiego świata w Porcie Praskim:
Zmieniamy temat:
Z dużym zdziwieniem znalezione wspomnienie z Banku Landaua przy Senatorskiej, gdzie kiedyś mieścił się Instytut Francuski. Przez lata miałem z tym budynkiem niemal codzienny kontakt, lecz nie przyszło mi w porę do głowy robić zdjęcia. Podczas kursów francuskiego rysowałem nawet tamtejsze cudowne drzwi i framugi, ale rysownik ze mnie marny. Teraz zaś jeden z niewielu w Warszawie zabytków z autentycznym secesyjnym detalem we wnętrzach stoi pusty i zamknięty...
16 czerwca 2009.
Powyższe dwa zdjęcia powstały podczas zimowej wycieczki – roku nie pamiętam – do wylotu kolektora bielańskiego w celu obejrzenia zimujących tam ptaków, w tym zwłaszcza mitycznego orła bielika. Orła nie widzieliśmy, natomiast ku radości mej towarzyszki wypatrzony został tracz bielaczek, też rzadki zwierzaczek.
A tu już bardzo śnieżna zima roku 2010. Zdjęcie przedstawia ładny dom na rogu ulic Angorskiej i Saskiej, którego elewacja została zresztą w międzyczasie kulturalnie wyremontowana (bez styro i na śnieżną biel). Na kolejnym zdjęciu widok w inną stronę z tego samego miejsca, na jeszcze kolejnym – ta sama zima, a ulicy chyba podpisywać nie trzeba.
Zmiana stanu skupienia:
Zdjęcie zrobione z Poniatoszczaka podczas wysokiej wody na początku września 2010; był to sam początek boomu plażowego, ale już wówczas nie brakowało wytrwałych zawodniczek. 

Na kolejnych dwóch obrazkach znów obiekt już nieistniejący – szkielet praskiej rzeźni, rozebrany bodaj dwa lata temu:
To było miejsce magiczne – cała ta pustać w środku miasta. Pusto zresztą nadal tam jest, ale gdy stanął płot dewelopera, znikła magia... Z innej beczki:
Sfotografowałem to jako komiczną żenadę, ale jest to zarazem dokument ze świata katalogów kartkowych, który także odszedł już w przeszłość... Zdjęcie z Biblioteki Narodowej. Napis z kolejnego obrazka, wiszący kiedyś na drzwiach sklepu spożywczego przy Belwederskiej (między Grottgera a Spacerową), zdobył dużą popularność – co najmniej dwukrotnie widziałem w necie jego zdjęcia, ale mam też własne:
Z beczki jeszcze innej – piec w mieszkaniu przy Targowej 32, zamieszkiwanym kiedyś przez znajomych... Ech, też nie pofotografowałem.
Inny dokument czasu – instalacja pt. Prezydent i premier wykonana przez mą przyjaciółkę w roku 2007. Nie jestem pewien, czy dziś ten dowcip wciąż śmieszy...
Teraz troszkę przyrody. To pole rzepaku leżało albo w Warszawie, albo tuż pod nią – zdjęcie z majowej wycieczki rowerowej do Konstancina w roku 2008:
A to – zupełnie nie wiem, kiedy i gdzie:
Wreszcie trzy zdjęcia domowe, czyli także warszawskie. Autoportret:
To przedświąteczne zdjęcie zawsze bardzo lubiłem:
Lubiłem również ten uśmiech:

22 listopada 2013

Nowe perspektywy 2 (Nowa Pała Unii, cd.)

Dzisiejszy post jest uzupełnieniem posta sprzed pół roku z czterema widokami na nowy wieżowiec przy Placu Unii – dalej: na Nową Pałę Unii, ukończoną wówczas od zewnątrz, ale nie w środku, a teraz już otwartą. Pomyślałem wtedy, że ciekawy byłby również widok z kopca Powstania Warszawskiego, podjechałem więc tam (na sam czubek prowadzi serpentyną dzika ścieżka wyjeżdżona przez amatorów skoków rowerowych – może też motocyklowych – ze skoczniami i innymi wertepami), ale zamiaru nie mogłem zrealizować, gdyż kopiec jest obrośnięty zielenią, która latem całkowicie zasłania widok na śródmieście (odsłonięty jest tylko przeciwny kierunek: Siekierki i dalej). To zresztą temat sam w sobie. Uwielbiam przyrodę, chodzę po górach, pływam kajakiem, jem warzywa i owoce, znam nazwy drzew i ptaków itd. itd., ale uważam, że w mieście zieleń nie powinna być puszczona na żywioł – skoro jest takie miejsce jak kopiec Powstania, z którego rozciąga się atrakcyjny widok na miasto, w tym lepszy od widoków z czterdziestych pięter wieżowców, że ogólnodostępny, to zarośnięcie tego widoku przez zupełnie niepielęgnowaną zieleń jest doprawdy głupie. Wracając do tematu – Nowa Pała:
Widać stąd, że w swej okolicy wyrasta ona w sposób dość brutalny, jako pała samotna, znajdująca towarzystwo co najwyżej w peerelowskich blokach, nieskładnie powstawianych tu i ówdzie na skarpie.

Przy okazji dwie rzeczy. Pierwsza: gmach ten przez bardzo długi czas – jego budowa zaczęła się w roku 2010, a na forum Skyscrapercity pierwszy poświęcony mu wpis (jeszcze jako mglistemu projektowi, Supersam wciąż stał) jest z sierpnia 2005 – określany był w mediach (na pewno również w materiałach inwestora, z których media czerpią wiedzę) jako "biurowiec" (początkowo zdecydowanie najczęściej), "wieżowiec", "kompleks biurowo-handlowy", "budynek handlowo-biurowy", "centrum biurowo-handlowe", "biurowiec/centrum biurowe z galerią handlową". (Nawiasem mówiąc, początkowo projekt nazywał się: "Plac Unii Lubelskiej"). Tak było aż do niedawna; jeszcze w tekstach prasowych z października 2013 mowa o "kompleksie biurowo-handlowym" (Stołeczna z 12.10), "wielofunkcyjnym kompleksie Plac Unii", "biurowcu Plac Unii" (po drodze z nazwy wyleciał Lublin, została unia nieokreślona – jaka się komu podoba). Nie twierdzę, że te nazwy nie są adekwatne do rzeczywistości. Zapewne są; przyznajmy jednak, że ich wymowa jest inna niż gołych wyrażeń: "centrum handlowe", "galeria handlowa". Obecnie, już po oficjalnym otwarciu, całość nazywa się – tak głosi dość duży szyld nad wejściem – Plac Unii City Shopping i powszechnie odbierany jest jako galeria handlowa, nawet jeśli jest w nim również biurowiec (tak samo jak w kilku innych galeriach handlowych). Wydaje się więc, że przez długi czas mieliśmy do czynienia po prostu z eufemizmami, przesłaniającymi fakt, że w centrum miasta – i to w jednym z niewątpliwie najlepszych urbanistycznie jego fragmentów – buduje się kolejną galerię handlową.

Zresztą co do mnie – z pojawienia się CH w takim miejscu, przyjemnym spacerowo, dobrze skomunikowanym, pięć minut piechotą od Łazienek (jak wiadomo, Nowa Pała jest z nich świetnie widoczna), jestem akurat zadowolony. Z kilku podróży po zachodniej Europie znam zjawisko ulicy handlowej, zupełnie nieznane warszawiakowi niewychylającemu nosa poza swe miasto (nie mówię: poza Polskę, bo zbyt rzadko bywam np. w Trójmieście, by wiedzieć, jak tam jest pod tym względem). Nie lokalnej ulicy ze spożywczakami, kwiaciarnią i pocztą, tylko centralnej, wielkomiejskiej ulicy handlowej pełną gębą, po której spaceruje się, oglądając wystawy najlepszych marek – ulicy, jakiej dziś w Warszawie nie ma ani kawałka. Dzieje, kierowane na swe tory zapewne nie jedną decyzją, lecz przez tysiące skumulowanych decyzyjek i zaniechań, tak się potoczyły, że naszą karmą nie ma być spacer po wielkomiejskiej ulicy handlowej, tylko jazda bryką do malla na peryferiach, parkowanie bryki w podziemnym parkingu, spacer po mallu i jazda bryką nazad. Taki model kultury jest uznawany za najlepszy przez urzędników, których dziełem jest ów ciąg tysięcy decyzyjek i zaniechań, a ci urzędnicy są odbiciem tego, jacy my jesteśmy. Skoro więc mleko się rozlało i na zakupy, które co jakiś czas robić trzeba – kiedy ma się np. dziecko rosnące półtora centymetra miesięcznie, to zakupy odzieżowe wypada robić nawet dość często – nie ma po co się udawać na ulice inne niż ulica św. Arkadii, św. Promenady czy św. Galerii Mokotów – to już lepiej i wygodniej mieć takie "ulice" w centrum niż na jakichś wietrznych zadupiach. (Zresztą kto wie, może paradoksalnie ta galeria przyczyni się do ożywienia zamarłej Marszałkowskiej). Witaj więc, Nowa Pało Unii City Shoppingu!

Druga rzecz: wiem, że w miejscu Nowej Pały przed wojną planowany był siedemdziesięciometrowy (czyli, było nie było, dwadzieścia metrów niższy) wieżowiec Polskiego Radia – co jest koronnym argumentem na rzecz słuszności budowy wieżowca w tym miejscu. Sądzę jednak, że powoływanie się na te plany jest w swoim anachronizmie zupełnie chybione. Mówiąc krótko – Warszawa wyglądała wówczas troszkę inaczej niż dziś.

5 czerwca 2013

Tynkowanie punktowe

Kazimierzowska róg Odolańskiej. 
(Może to czemuś służy? Próbka?)

27 maja 2013

Nowe perspektywy

1
2
3
Na koniec jeszcze jedna. Nie jestem oryginalny, sprawa jest głośna, ale nie mogę się powstrzymać.
Obejrzałem swego czasu debatę, podczas której pan Jan Rutkiewicz, znany urbanista i były burmistrz Śródmieścia, w swej ciekawej wypowiedzi stwierdził między innymi, że pałacyk ten zasadniczo nie zasługuje na szczególną ochronę, bo właściwie to wytwórnia porcelany farfurowej, wtórnie zwana Belwederem, zorganizowana przez króla przypadkowego i ogólnie szmatławego (kwalifikacja króla - ode mnie), zatem budowla względnej wartości. Pan Rutkiewicz stwierdził ponadto, że - tu już cytuję dosłownie, w linku 1h 28min - nowy wieżowiec modyfikuje "dokładnie jeden punkt widokowy", mianowicie mostek, z którego zrobione jest powyższe zdjęcie. Niżej więc zdjęcie z innego punktu - z innego mostka - z którego widać zarówno ów punkt pierwszy, rzekomo jedyny, jak i modyfikację.