16 listopada 2014

Salizada Seriman / Calle Volti

Kilka lat temu w listopadzie byłem w Wenecji. Ponieważ w mojej metrykalnie jeszcze niestarej, ale najwyraźniej przepełnionej już nad miarę głowie wszystko się miesza, nie pamiętam, ile lat temu to było, który akurat król, prezydent i premier panował (papieżem był Benedykt XVI), pamiętam natomiast, że to było w listopadzie. Powód tej pamięci: to był bardzo dobry pomysł – jechać do Wenecji (i Rawenny) w listopadzie. Wenecja była prawie pusta, Rawenna pusta zupełnie. W Wenecji lało prawie bez przerwy – ale Wenecję to i w deszczu można zwiedzać. W Rawennie niebo było czyste jak spojrzenie niemowlęcia.

Oczywiście miałem ze sobą aparat – analogowy, z filmem czarno-białym, bo to była w moim życiu jeszcze ta niedorozwinięta epoka – ale w ogóle go nie używałem, bo jak? Pomijając deszcz, fotograficzną potencję odebrała mi okoliczność bycia w Wenecji. Po co fotografować coś, co było już milion razy fotografowane, a nawet jest od kilkuset lat zupełnie nieźle namalowane, w tej wersji dziś łatwo dostępne w reprodukcjach? Co ja niby mam fotografować? Stanę sobie z aparatem i sfotografuję Pałac Dożów?... Gondolę, mostek, dom nad kanałem?...

Jeden jedyny raz wyjąłem jednak aparat. Lekko znużony deszczem, stanąłem pod jakimś gzymsem czy balkonem, żeby chwilę przeczekać. Z tego stania i przeczekiwania sięgnąłem po aparat i wypstrykałem całą kliszę – nowiutką, nietkniętą, naciągniętą, od Okęcia drżącą na myśl o włoskich naświetleniach. Pstrykałem na wprost, czasem trochę wyżej, czasem robiłem kilka kroków w lewo i zaglądałem w odchodzącą tam uliczkę. Komplet trzydziestu sześciu klatek poniżej.

18 komentarzy:

  1. Ile czasu zajęło wypstrykanie tej kliszy?

    PS. Co znaczy pod zdjęciami zgrabny napis pt. "Linki do tego posta"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, ile zajęło, bo aparat nie stawiał na kliszy stempelka z datą i godziną :)
      O ile pamiętam, około kwadransa.

      Jakiś czas temu zwiedzałem pierwszy raz od dawna edytowanie układu bloga w bloggerze i zauważyłem tam opcję "linki do postów - pokaż/ukryj" lub coś podobnego, kliknąłem "pokaż", żeby zobaczyć, co się stanie - jak na razie nic się nie dzieje :)

      Usuń
  2. Eeeextra pomysł! Ja też cyfrowy jestem od bardzo niedawna (jakieś trzy lata będzie), a od sporo dawniej - komórkowy. Te dwa ostatnie kadry to jak z horroru - zło zbliża się!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ...aż mi się nie chce wierzyć. Czyli w początkach swego bloga wrzucałeś tylko skany?

      Usuń
  3. http://www.mateuszskutnik.com/10_gnomes/index.php?id=10g_v

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie moja bajka, gry mnie nudzą. Ale wygląda trochę jak The Dead City.

      Usuń
    2. dla mnie wygląda trochę jak twój cykl spojrzeń i przybliżeń.
      ale może - wbrew pozorom - bardziej właśnie ta: http://www.mateuszskutnik.com/10_gnomes/index.php?id=10g_l

      "Po co fotografować coś, co było już milion razy fotografowane, a nawet jest od kilkuset lat zupełnie nieźle namalowane, w tej wersji dziś łatwo dostępne w reprodukcjach? Co ja niby mam fotografować?" - z tym się zupełnie nie zgadzam. dla mnie liczy się własne spojrzenie przezobiektywne, bo utrwala moją pamięć, zwłaszcza, że mam dobrą wzrokową :-)
      no i ciekawe jest to właśnie indywidualne wykadrowanie (niealbumowe), które właśnie zaprezentowałeś.

      później co prawda nie wiadomo, co zrobić z tymi zdjęciami, i zakłada się blog...

      Usuń
    3. Ładne Liege. Nie byłem.

      Usuń
  4. Świetne ujęcia, Piotrze, bardzomisię. A co do zdania "Po co fotografować coś, co było już milion razy fotografowane" - nie mam tego dylematu, inaczej nie robiłbym większości zdjęć, które robię. Nie czuję presji niszowości, choć oczywiście jest większa satysfakcja, gdy złapie się coś rzadszego (i nie chodzi o biegunkę).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Twój przypadek jest inny, działasz systematycznie i tematycznie.

      Wenecja to miejsce wyjątkowo rozpropagowane obrazkowo jeszcze długo przed wynalazkiem fotografii, wyjątkowo też turystyczne, choć w listopadzie odniosłem wrażenie, że widzę tam więcej mieszkańców niż turystów. W takim miejscu nie potrafię sięgnąć po aparat - po pierwsze, nie mam potrzeby robienia własnej wersji widoków powielonych już miliony razy, po drugie, nie chcę się włączać w tłum turystów robiących sobie zdjęcia, czym popadnie, po trzecie, zwyczajnie szkoda mi czasu. Ale to nie jest programowe zachowanie, paru innym szeroko znanym obiektom robiłem zdjęcia. Są takie np. w tym poście.

      Usuń
    2. Jak się powiedziało A i pojechało tam, gdzie miliony, to czemuby nie powiedzieć B i nie zrobić zdjęcia na pl. św. Marka?

      Usuń
    3. Pewien mój nauczyciel mawiał: nie pytaj, dlaczego, pytaj, po co?

      Do Wenecji warto pojechać, żeby zobaczyć ją w rzeczywistości - nie na zdjęciu.

      Usuń
    4. Chyba wszędzie się jeździ po to, aby zobaczyć to miejsce na żywo, a nie na zdjęciu.

      Chodzi mi o to, że jeśli już wykonujesz pewną masowoturystyczną czynność, jaką jest pojechanie do Wenecji, to nie ma powodu, by nie wykonać innej masowoturystycznej czynności, czyli sfotografowania np. Pałacu Dożów.

      Usuń
    5. Nie ma takiego wynikania, tak samo jak wykonywanie jednej niszowej czynności, np. uczęszczanie na mszę trydencką, nie jest przesłanką do wykonywania pozostałych niszowych czynności, np. uczęszczania do klubów sado-maso.

      Swoją drogą - sfotografować Wenecję, ale do niej nie pojechać - to dopiero byłoby niszowe.

      Usuń
    6. Nie widzę większej obciachowości w robieniu zdjęcia pałacu Dożów będąc na placu św. marka niż w nierobieniu tegoż zdjęcia.

      Usuń
    7. No to pojedź i rób :)
      Nie zabraniam.

      Poza pytaniem o szyk jest pytanie o cel, po prostu nie wiem, po co by mi były własne zdjęcia placu św. Marka.

      Usuń
  5. Cykl zdjęć i jego historia bardzo mi się podoba. Er podlinkował Twój wpis pod mój wenecki i dzięki temu tu trafiłam :)
    O.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za wizytę i dzięki Erowi. Zapraszam częściej :)

      Usuń