11 grudnia 2013

Mokotowska 40 wczoraj i dziś (z rzutem oka w Piękną 16A)

Gdy szedłem Mokotowską, wydało mi się, że coś jest inaczej niż było, w sposób jednak przyjemny, porządkujący spojrzenie. Wcześniejszy widok odnalazłem w Street View. Kamienica przy Mokotowskiej 40 – ostatnia po wschodniej stronie przed skrzyżowaniem z Piękną – do niedawna wyglądała tak:
W ostatnią niedzielę zaś tak:
Kamienicy przywrócony został eklektyczny wystrój, skuty po roku 1945 (nie wiem, kiedy dokładnie, może znacznie później). W atlasie Jarosława Zielińskiego (Atlas dawnej architektury ulic i placów Warszawy, t. 11, s. 384–86) dom ten figuruje jako zbudowana w latach 1895–96 kamienica Abrama Truskiera, choć ów był jej właścicielem tylko przez rok (nazwiska późniejszych sprzed '45: Aleksander Puzyna, Ryszard Zych, Jan Czarniecki). Dekorację fasady, obecnie przywróconą, a w chwili redagowania tej części Atlasu nieistniejącą, autor opisuje jako "dość przeciętny w wyrazie wystrój sztukatorski"; szczególnie mało uznania ma dla dwóch jońskich pilastrów "niezbyt sensownie ustawionych przy krawędziach elewacji". 

Ach, jak miło mi Cię powitać, przeciętny wyrazie! Jakże mnie cieszycie, o bezsensowne pilastry! Witajcie, gzymsy, opaski, imposty, girlandy, obeliski, konsole, balustrady, naczółki trójkątne, łukowe i gzymsowe! Jak cudnie zabłysnąć mogą na waszym niefinezyjnym tle sąsiednie skarby architektury nowoczesnej!
Jak to się stało, że do ponadstuletniej rudery przylepiono na powrót pełne bezguścia sztukaterie? (W dodatku nie na styropian – nie ma go, pukałem?) Jak się dowiedziałem z rozmów z zagadniętymi mieszkańcami, kamienica w dalszym ciągu jest w części komunalna; część mieszkań należy do miasta, inne są własnościowe. W ramach remontu, którego zakres był dużo szerszy niż tylko odtworzenie elewacji, firma Ipeco nadbudowała dwie kondygnacje; wnioskuję, że w zamian wyłożyła środki na cały remont. Dzięki cofnięciu od ulicy nadbudowane kondygnacje są z niej niemal niewidoczne. Nieco gorzej jest właściwie z jednego miejsca, mianowicie z przejścia między dawnym Metalexportem a nowym biurowcem w narożniku Pięknej, Mokotowskiej i Kruczej:
W porównaniu z dziesiątkami innych nadbudów ta wydaje mi się nieszkodliwa, a zważywszy na jej skutki uboczne – zdecydowanie korzystna. Na nadbudowanych piętrach mieszczą się duże, luksusowe mieszkania, zwane teraz po polsku "penthausami". Można je znaleźć w zestawieniach najdroższych mieszkań na rynku pierwotnym w Warszawie; jedno z nich, wielkości 332 metrów, z tarasem, położone na najwyższej kondygnacji, ma w ogłoszeniu z sierpnia 2013 cenę 7 milionów 306 tysięcy PLN, co daje 22 tysiące za metr. Zajrzyjmy teraz tam, gdzie nam się uda zajrzeć.
Wystrój bramy z gipsowymi tondami był zachowany, został tylko uzupełniony i odświeżony; odtworzono czy też stworzono na motywach historycznych drzwi, które niebawem, po zakończeniu remontu, zostaną zapewne trwale zamknięte przed spacerowiczami.
W podwórku, w którym dobudowane kondygnacje są naprawdę ładnie spojone z resztą, postawiono całkowicie przeszklony szyb windy, ponadto odtworzono balustrady balkonów, położono kostkę, tynk itd.
W głównej klatce schodowej licznie zachowane są piękne drzwi:
(Żabia perspektywa to skutek poszukiwań czegoś, z czego dało się zrobić nieporuszone zdjęcie). Jest też kuta balustrada schodów; te są z piaskowca, a na piętrach i półpiętrach leżą kafelki w kolorach piaskowcowym i bladoniebieskim:
Ostatnie zdjęcie przedstawia taką samą balustradę dorobioną na najwyższej kondygnacji, czyli jednej z dobudowanych – tej, gdzie mieszkanie kosztuje siedem baniek. Posadzka jest tam z piaskowca, nie ma kafelków. Tak się przedstawia widok przez szyb windowy stamtąd:
Widać podwórko, a w dalszej perspektywie m.in. pałacyk przy Al. Ujazdowskich 6a, pylony Mostu Siekierkowskiego i bloki Gocławia (przypominam: zdjęcie powiększa się po kliknięciu).

Na zakończenie pierwszej części spaceru zanotujmy ten fakt: jedne z najdroższych, a więc najbardziej pożądanych mieszkań w Warszawie są w kamienicy z podwórkiem zamkniętym oficynami, przy ciemnej, wąskiej ulicy, zabudowanej głównie niedoburzonymi kamienicami, której powojennym urbanistom nie udało się doświetlić, poszerzyć, przewietrzyć. A teraz pójdźmy dalej, gdyż widok sprzed słomianki siedmiu baniek ukazuje nam w dole inną budowlę: oficynę o adresie Piękna 16A, stojącą po drugiej stronie podwórka.
Gwoli dokładności widok dalej na prawo, na tyły bloku przy Pięknej:
Blok z galeriami to Piękna 16. Po lewej i prawej widoczne są boczne oficyny Pięknej 16A, której główny budynek nie istnieje; jego miejsce zajął ten blok. Na ortofoto i planach wygląda to tak:
Większa oficyna wschodnia (zachodniej, niższej, dokładnie się nie przyjrzałem) jest całkowicie wykwaterowana i – znowu według informacji od mieszkańców – przeznaczona do wyburzenia, którego jednak miastu nie udaje się przeprowadzić, rzekomo z uwagi na sprzeciw ambasady USA; jej teren (parking) rozpoczyna się zaraz po drugiej stronie oficyny. Zajrzyjmy do wnętrza tego bezpośredniego sąsiada ambasady Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej.
Widać windę z naprzeciw, którą będą jeździli właściciele mieszkania za siedem baniek. Miło na nich z góry popatrzeć, spożywając pół litra przy parapecie. 
Napis na zaplombowanych drzwiach: "Ponowna próba bezprawnego wejścia do lokalu będzie skutkowała wezwaniem policji".
Im wyżej, tym bardziej widoki przypominają obrazy miejsc porzuconych w popłochu, znane czytelnikom wybitnego bloga, do którego link można znaleźć po prawej stronie ekranu.
Raz jeszcze: to nie Praga, gdzie lekki bałagan elegancki warszawiak tłumaczy sobie charakterem półkoczowników zaludniających tę azjatycką, zakordonową przestrzeń. To budynek bezpośrednio sąsiadujący z ambasadą USA, położony w okolicy spływającej śmietanką warszawskiej mody, pośrodku między knajpą Najsztuba, butikiem Zienia i Słodkim Słonym Magdy Gessler.

Podsumujmy teraz dwie części spaceru. Godny uwagi jest fakt, że mieszkania z czołówki najdroższych w Warszawie znajdują się w dziewiętnastowiecznej kamienicy czynszowej z podwórkiem zamkniętym oficynami, przy jednej z niewielu ulic, którym charakter i skalę takie kamienice wciąż nadają. Polecam to zwłaszcza uwadze wszystkich, którzy wciąż powtarzają – kilka dziesięcioleci temu był to, zdaje się, dogmat – że takie kamienice to fatalne miejsca do życia – że nie ma co się dziwić ich powojennemu wyburzaniu ani żałować burzonych obecnie oficyn, a nawet frontowych "ruder". (Podobnie atrakcyjne mieszkania można by oczywiście urządzić na górnych kondygnacjach wykwaterowanej oficyny, a na kawalerkę na parterze też mało który student by się obraził). Wszystkim natomiast, którzy wzruszają ramionami na stan kamienic przy Brzeskiej czy Stalowej, wskazując na charakter społeczny tych okolic – proponuję się zastanowić nad powyższymi obrazkami z centrum warszawskiego hajlajfu. 

Rzecz jasna sam myślę inaczej. Stare kamienice w gęsto zabudowanych dzielnicach, wyjąwszy drobną ich część z naprawdę głębokimi, wąskimi i ciemnymi podwórzami, mogą być świetnym miejscem do życia, pod warunkiem że nie są totalnie zapuszczone i zdegradowane technicznie po kilkudziesięciu latach państwowej administracji – co nie jest ich cechą wrodzoną, tylko spadkiem po socjalizmie realnym, z którym III RP, ogólnie biorąc, niezbyt dobrze sobie radzi. Temat szeroki, więc na pewno będzie kontynuowany.

7 grudnia 2013

Krakowskie Przedmieścia

Mam zaplanowane liczne posty, tego jednak wcale nie planowałem; zapisuję na bieżąco. 

Bardzo nie lubię nadętych narzekań na słoików. Problemem Warszawy na pewno jest to, że w połowie XX wieku zagładzie uległa większa część jej ludności i kultury (w tym również język, obyczaje, zjawiska takie jak lokalna prasa czy kuchnia). Takim problemem na pewno jednak nie jest to, że Warszawa to cel migracji z całej Polski; jest to raczej źródło jej bogactwa, w tym bogactwa kulturowego. Było tak zawsze, odkąd Warszawa jest metropolią; nie szukając wielu przykładów – klasycznym słoikiem był najbardziej warszawski z warszawskich pisarzy, Bolesław Prus (sprowadził się na studia jako dziewiętnastolatek). Tak samo jest zresztą z wszystkimi metropoliami, a Paryża czy Londynu dotyczy to w stopniu o wiele większym niż Warszawy, z większą też dla nich korzyścią. Tyle tytułem wstępu i wyjaśnienia, a teraz zapis na bieżąco: mimo wszystko dziś rano oniemiałem, gdy pewna osoba, na oko trzydziestoletnia – nie turystka, pracowniczka warszawskiej firmy z branży handlowo-gastronomicznej – zadała mi pytanie: „Wie pan, gdzie jest Cafe Baguette na Krakowskich Przedmieściach?

ś c  i    a       ch   ?

A sam słoik – to przecież bardzo sympatyczne. Bigos od mamy – świetna rzecz, mocne więzi międzypokoleniowe też dobrze robią w życiu.

4 grudnia 2013

Targowa 14, dodatek 3: Szewc / Setny post

To setny post w tym blogu. Wracam z tej okazji do początku – była nim czteropodwórzowa kamienica przy Targowej 14. Swego czasu zapowiadałem jeszcze trzy posty o niej; pojawiły się dotychczas tylko dwa, czyli w sumie sześć: 1, 2, 3, 4, 5, 6. Kolejny miał być o zakładzie szewskim, który działał pod tym adresem w latach 1901–2013; gdy wiosną pisałem o kamienicy, wciąż był otwarty. Co prawda szyba w drzwiach była stłuczona, a markiza obdarta, jednak w środku na antresoli siedział bardzo sympatyczny pan szewc. Było dokładnie tak jak w linkowanym już kiedyś artykule Janusza Sujeckiego: na ścianie wisiał dyplom przyjęcia do zawodu wydany w imieniu Jego Cesarskiej Mości Mikołaja II, rzecz jasna drukowany i kaligrafowany po rosyjsku, a przyznany dziadkowi – czy może pradziadkowi, tego już nie pamiętam – aktualnego (wówczas) właściciela zakładu.
Zrobiłem tam to, co należało: oddałem buty do naprawy. Zdjęć w środku nie robiłem, nie chciałem być nachalny. Dziś trochę żałuję – chamstwo chamstwem, a dokument byłby. W ostatnich miesiącach – nie wiem, kiedy dokładnie, chyba we wrześniu lub październiku, gdy byłem poza Warszawą – szewc opuścił Targową, przeniósł się na Skaryszewską. Zdaje się, że to część ogólnych zmian zachodzących w kamienicy, póki co polegających na jej opróżnianiu. Jest to zarazem kres ciągłości, jakiej wielu przykładów na Pradze nie ma (o drugim brzegu przez litość nie wspomnę).

*
Setny post to także okazja do porządków – ich skutkiem jest nowy podtytuł, bardziej adekwatny do treści, oraz gruntownie przerzucony indeks (w slangu Bloggera nazywa się to: etykiety), który uważam za ważne narzędzie służące temu, by odbiór bloga nie ograniczał się do ostatniego posta. Hop, hop! PROSZĘ SIĘ NIE OGRANICZAĆ DO OSTATNIEGO POSTA! 

Jest to też sposobność do pewnych zmian. Po pierwsze, co najmniej na kilka miesięcy zmienią się proporcje Warszawy i nie-Warszawy; ta pierwsza nadal będzie przeważała, ale tej drugiej będzie dużo więcej niż dotąd; będzie na nią przypadała raczej trzecia niż dziesiąta część postów. Być może nie pomnoży to jednak wielotematyczności i chaosu, zaplanowana seria niewarszawska jest bowiem dość spójna. Po drugie, zmianie musi ulec tempo. Dłuższe posty tekstowo-fotograficzne dają mi większą satysfakcję niż posty w typie pocztówek z wakacji, nie jestem jednak w stanie przygotowywać ich częściej niż raz, czasem dwa razy w tygodniu – i tak to będzie, mam nadzieję, wyglądało.

Na zakończenie garść statystyki, która kogoś być może zabawi. Zdecydowanie najpopularniejszym z pierwszych 99 postów jest Boniowanie w styropianie; liczba jego odsłon jest dwukrotnie wyższa od średniej i o 30% wyższa niż następnego laureata. Zawdzięczam to oczywiście tytułowi, którym niechcący, a nawet całkowicie wbrew intencjom, wstrzeliłem się w społeczne zapotrzebowanie. Rodzi to myśl, by uczynić z tego przypadku metodę. Można by np. zatytułować post: Jak zrobić kogel-mogel młotkiem, w środku dając interwencyjny lament o dewastacji zabytków. Albo tytuł: Seks przez słomkę – pod nim refleksje o architekturze sakralnej. 

Na podium najpopularniejszych postów są jeszcze ten (drugie miejsce) i ten (trzecie). Także tu jest pewien klucz, mianowicie posty te były przez kogoś – nie przeze mnie, bo mnie tam nie ma – linkowane na Facebooku. Z tych dwóch laureatów bardzo się jednak cieszę, między innymi dlatego, że to posty długie; można by sądzić, że im coś dłuższe, tym mniej atrakcyjne w internecie, tymczasem rzeczy mają się odwrotnie. Z drugiej strony, są posty, które osobiście bardzo sobie cenię, a których liczba odsłon jest zdecydowanie poniżej średniej – np. ten. Miłej lektury!

28 listopada 2013

Trafostacja, Mińska 46

Stacja transformatorowa przy Mińskiej 46 jest znanym, wielokrotnie opisywanym w prasie i w internecie przykładem konfliktu na linii deweloper–zabytek; zabytek, który w dodatku nie może się doprosić o formalne uznanie go za to, czym jest. Ponieważ przypadkiem wszedłem na zamknięty na ogół teren, dodaję kolejną cegiełkę do tych opisów. Wszyscy kiedyś przeminiemy – przeminie rejestr zabytków, przeminie internet, przeminie ten blog, przeminie trafostacja, przeminie deweloper Rogowski. Co do kolejności przeminięć trudno cokolwiek przewidywać, gdyby jednak blog miał potrwać trochę dłużej niż któraś z istniejących stron o trafo, może na coś się przyda jako dokument.

Podstacja elektryczna złożona jest z dwóch budynków. Główny ma na fasadzie datę budowy: 1929. Drugi, mniejszy, pierwotnie zawierający warsztaty, magazyny i mieszkanie dozorcy, dobudowano w roku 1936. Między budynkami jest podwórze, na które prowadzi brama z ulicy. Na końcu podwórza stoi murowany niemiecki bunkier z czasów okupacji – dodatkowa atrakcja i dodatkowy zabytek.

Do początku lat 90. stacja działała zgodnie ze swą pierwotną funkcją. Potem wyłączono ją z eksploatacji, dużą jej część przerobiono na mieszkania. W roku 2007 od STOEN-u nabył ją deweloper Rogowski. Dalsze losy są proste i powtarzalne do znudzenia. Prostolinijny deweloper nie próbował nawet ukrywać zamierzeń. Stołeczna z 2 lipca 2008: "Planujemy tu wielorodzinne domy. Chcemy wyburzyć to, co tam teraz stoi. Te budynki są w złym stanie i nie mają szczególnej wartości. Możemy potem ewentualnie odbudować front trafostacji od strony ulicy – mówi Andrzej Januszko z firmy Rogowski Development". W paradę weszli społecznicy, którzy w roku 2008 doprowadzili do wpisania zespołu trafostacji w rejestr zabytków. Decyzja została zaskarżona; w roku 2012 mazowiecki wojewódzki konserwator zabytków Rafał Nadolny zmienił ją, obejmując ochroną rejestrową wyłącznie elewacje frontowe obu budynków.

W międzyczasie budynki te doznały głębokiej dewastacji, której narzędziem byli złomiarze korzystający z szeroko otwartej bramy. W pełni zachowane wyposażenie rozszabrowano, z budynków, jeszcze niedawno zamieszkanych, powyłamywano drzwi i okna. Bramę zamknięto, gdy obiekt zaczął przypominać ruinę stwarzającą zagrożenie dla życia, co w takich przypadkach stanowi ważny etap developmentu; w kolejnym etapie PINB wydaje pozwolenie na rozbiórkę. Na Street View wciąż można też zobaczyć nieaktualny widok z czasu budowy sąsiedniego bloku dewelopera Rogowskiego, podczas której podwórze trafostacji mieściło jakieś kontenery i służyło za zaplecze budowy.

Tyle historii, w uzupełnieniu kilka linków:
strona Rady Osiedla Kamionek ze zdjęciami z kwietnia 2008 (warto porównać ze zdjęciami niżej – dewastacja była dużo mniej zaawansowana); 

Na razie trwa stan zawieszenia. Deweloper postawił tuż obok blok (niczym się nie wyróżniający z masy innych bloków), a 7 marca 2013 wystąpił o warunki zabudowy dla terenu trafostacji; ta jeszcze stoi. Na zakończenie dodam, że w całej tej historii rzuca się w oczy nieobecność głównego czynnika powołanego do troski o interes publiczny, mianowicie samorządu, w tym wypadku – dzielnicy Praga-Południe m.st. Warszawy. Jeszcze jeden link do sprawozdania z rozmowy o trafostacji na posiedzeniu Komisji Zagospodarowania Przestrzennego tej dzielnicy w maju 2013. Z rozmowy wynika, że po prostu nic się nie da. Kilka cytatów – dopiski kursywą ode mnie:

"Radny K. Kowalczyk wyraził przypuszczenie, że kolejne zabytkowe obiekty znikną z mapy dzielnicy jak to miało miejsce z willą Marconiego, zabytkową parowozownią i innymi obiektami. I spojrzał w niebo.
Przewodniczący Komisji M. Suliborski wyraził opinię, że powodem tych wydarzeń jest zła konstrukcja prawa w tym zakresie, sankcjonująca stosowanie przez deweloperów metodę faktów dokonanych. Zamieszał herbatę i westchnął.

Kierownik Referatu A. Skrzypczak poinformowała, że po wydaniu decyzji o warunkach zabudowy należy liczyć się z protestami mieszkańców i być może w tym czasie, kiedy będą rozpatrywane protesty, uchwalony zostanie miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego Kamionka. Zostanie, nie zostanie, zostanie, nie zostanie, zostanie, nie zostanie – nuciła następnie, obrywając listki paprotce. 
Przewodniczący Komisji M. Suliborski zapytał, jakim błędem była obarczona decyzja Konserwatora Zabytków o wpisaniu tych obiektów do rejestru zabytków, że została zaskarżona i uchylona.
Kierownik Referatu A. Skrzypczak  wyjaśniła, że minister podważył zasadność  wpisania  tych obiektów do rejestru zabytków ze względu na ich wartość. Konserwator po przeanalizowaniu wartości tych obiektów podjął decyzję o skreśleniu ich z rejestru zabytków. Trudno dyskutować z decyzją Konserwatora, co do oceny wartości historycznej obiektu – powiedział, marszcząc brwi. (Przypomniał sobie jednak, że gdy straganiarz proponował mu jaja po pięć złotych sztuka, wszedł z nim w dyskusję, mimo że nie ma dyplomu ze sprzedaży jaj i nie musi ich kupować)".


Na koniec zwróćmy uwagę, że wszystko zaczęło się od sprzedaży trafostacji deweloperowi przez STOEN, niegdyś spółkę miejską.

Widok z ulicy:
Główny budynek od frontu:
Drugi budynek, moim zdaniem bardziej malowniczy:
Zdjęcia mają rozmaite barwy, gdyż powstawały w rozmaitych porach dnia w czerwcu i lipcu 2013.

Wchodzimy. Z miejskiego eksploratora mam tyle, ile przeciętny czytelnik Sienkiewicza z Bohuna, kieruję się jednak staropolską zasadą: Brama na oścież otwarta, przechodniom ogłasza... 
Podwórze, na końcu bunkier:
Budynek gospodarczo-mieszkalny:
Bunkier i tył podwórza:
Fragmenty głównego budynku – wnętrze jest doskonale opróżnione:
Wychodzimy.
Jeśli te budynki znikną, będzie mi bardzo szkoda. To nie jest wybitne dzieło architektury, ale jest to obiekt o charakterystycznym, niepowtarzalnym kształcie, mający swój urok i pochodzący z czasów, gdy architektura na ogół nie miała jeszcze na celu wgniecenia przechodnia w bruk. Obecność takich budynków, nawet jeśli same z siebie nie są niczym wybitnym, nadaje charakter miejscu, kształtuje ciekawe miasto. Zamiast tego pojawić się ma sztampowy blok. Prawdopodobny dalszy ciąg tej sytuacji jest moim zdaniem najgłupszy z możliwych – wyburzenie niechronionych rejestrem zabytków i odtworzenie elewacji frontowej "wkomponowanej" w blok, czyli to, co zdarzyło się na przykład odległej o dwieście metrów fabryce Kemnitza:
Od takiej konserwacji zabytków wolę ich zupełne burzenie. 

Na zakończenie tego długiego wpisu trochę liryki – bardzo mi się podoba kompozycja farby i rdzy na drzwiach głównego budynku trafostacji.