23 maja 2014

Marek Nowakowski – w dniu pogrzebu

Pisarza, którego kilka książek się przeczytało, wolno uważać za kogoś bliskiego, co za tym idzie – można w blogu o ruderach i pejzażu zrobić dygresję, zauważając śmierć takiego człowieka. W dodatku jest to blog warszawski, a Nowakowski był, jak wiadomo, pisarzem warszawskim – choć raczej nie programowo. Był to po prostu pisarz realista, a tak się złożyło, że rzeczywistością, którą miał pod ręką, była Warszawa.

W charakterze kwiatka na jego grób zrobię coś, co było kiedyś moją codzienną przyjemnością, a niekiedy też – w czasach studiów – koniecznością, mianowicie przepiszę tu parę cytatów z Nowakowskiego. Jako nastolatek i trochę później spędzałem tak długie godziny – przepisując jakieś teksty, a zwłaszcza wypisując z nich co celniejsze kawałki. To były, nie da się ukryć, czasy przedcyfrowe.

Nowakowski celował w opowiadaniach średniej długości, ma też jednak w dorobku książki bardziej sylwiczne, dobrze się nadające do przytaczania. Cytaty poniżej pochodzą z Notatek z codzienności (Grudzień 1982 – Lipiec 1983), wyd. Paryż 1983. Zdjęcie natomiast skopiowałem ze skrzydełka obwoluty mego ulubionego tomu Zapis, Warszawa 1965. Zapraszam teraz na mały łyk lat osiemdziesiątych:

Przyszła staruszka do sklepu i pragnie przymierzyć buty.
– Przecież te wczoraj już pani przymierzała – mówi sprzedawczyni.
– Nie te, tylko tamte – odpowiada staruszka.
– Te!
– Tamte!
– Te! – I nie dała jej przymierzyć. Inni kupujący milczeli. Staruszka odeszła z niczym.
Obuwie nabywa się na talony. Talony wydawane są w miejscu pracy lub w innych uprawnionych do tego urzędach. Ważne w ściśle określonym czasie”.

„Matka nie mogła wymówić tego słowa. Mówiła »syros« albo »serok«. Wreszcie olśnienie: »kseroks«. Matka potrzebowała kilku odbitek dokumentu, ażeby wyrobić sobie zniżki w świadczeniach energetycznych, telefonicznych i innych. Przywilej kombatanta.
Poszedłem w poszukiwaniu możliwości zrobienia odbitek. Dokument jest treści następującej: ZW ZBOWiD stwierdza, że obywatelka taka i taka [...] odpowiada warunkom [...]. W rubryce »rodzaj działalności«: tajne nauczanie, wrzesień 1940 – sierpień 1944.
Te wojenne komplety pamiętam jak przez mgłę. Do naszego domu przychodziły małe grupki, siadali w środkowym pokoju przy stole i odbywały się lekcje. Ukryty w kącie za palmą, uzbrojony w metalową rurkę, strzelałem z dzikich winogron do upatrzonego ucznia.
Dotarłem do zakładu specjalizującego się w kserograficznych odbitkach. Ogonek na ulicy. Zrezygnowałem. Następnego dnia jeszcze większy ogonek. Co ludzie odbijają? [...] Stanąłem w ogonku. Dowiedziałem się, że większość punktów z zakresu usług kserograficznych jest zamknięta. Już na początku stanu wojennego położyli na tym łapę. Stałem przeszło godzinę”.

Przepadam za realizmem, który w krótkiej, skondensowanej formie przekazuje specyfikę jakiegoś miejsca czy czasu. W tym wypadku – czasu, który sam właściwie pamiętam, choć oglądałem go jako dziecko, więc innymi oczyma.

Znamienny dla tych niedawnych czasów jest taki fragment:

Kupowałem w Pewexie Marlboro. Pięć paczek. Ekspedientka dołożyła do zakupu firmową torbę Marlboro z plastyku i jeszcze dwie nalepki. 
– Dla mnie? – pytam zaskoczony. Zazwyczaj takie torby bywały sprzedawane po piętnaście centów.
– Tak – odpowiada z uśmiechem.
Podziękowałem i opuściłem sklep. Ciągle byłem zaskoczony. W pobliskiej kwiaciarni nabyłem frezję za pięćdziesiąt złotych. 
Wracam do Pewexu.
– To dla pani.
Teraz ona była zaskoczona. Uśmiechnęła się. [...]
Po trzech dniach nastąpiła pointa tego zdarzenia. Znów wstąpiłem do Pewexu i zobaczyłem napis nad stoiskiem z papierosami, informujący o tym, że do pięciu paczek Marlboro dokłada się torbę firmową oraz nalepki”.

Ówczesny głód rzeczy, zmęczenie powszechną tandetą i niedostatkiem, tęsknota za Zachodem były tak wielkie, że nawet dla znanego pisarza, czyli z definicji przedstawiciela elity intelektualnej i kulturalnej, dowolny przedmiot dający posmak upragnionego Zachodu – choćby firmowa reklamówka i nalepki – był wartościowy, pożądany. Chodzić po Warszawie lat 80. z plastikową reklamówką zachodniej marki – to był szpan nawet wśród intelektualistów. Takie reklamówki przywożone z Berlina Zachodniego były poszukiwanym przedmiotem handlu na Skrze czy innych giełdach (chyba się wtedy nie mówiło: targowisko, bazar?), a warszawscy inteligenci potrafili np. kolekcjonować puste zachodnie puszki po piwie (sam w sobie symbol Zachodu – w Peerelu nie było puszek).

Na podobną nutę fragment dłuższego opisu rewizji i następującego po niej przesłuchania w Pałacu Mostowskich:

Ci [funkcjonariusze] z sąsiednich pokoi przeglądali katalog niemieckiej firmy Neckermana. Komentowali głośno pozycje katalogu. Kobieta w okularach najbardziej żywo reagowała na dział urządzeń do kuchni i łazienki. – Serce boli – powtarzała. I tak sobie czytała pozycja po pozycji. Katalog przyniósł do biura mężczyzna w szarym garniturze. – Pożycz mi do jutra – poprosił siwy, kędzierzawy. – Podenerwuję trochę swoją babę”.

Na zakończenie jeszcze jeden cytat:

Postanowiliśmy uczcić czterdziestą rocznicę powstania w getcie 17 kwietnia. Władza wyznaczyła uroczystość na 19 kwietnia. Marek Edelman ogłosił wcześniej list, w którym wyjaśnił, dlaczego nie będzie brał udziału w »gettowej oficjałce«. Miał przybyć pod Pomnik Bohaterów Getta właśnie 17-go. Ale zablokowali go w Łodzi. [...]
Mimo to jednak w wyznaczonym dniu przed godziną 16.00 (była to niedziela) cichy i senny zazwyczaj o tej porze obszar Muranowa znacznie się ożywił. Ludzie z kwiatami ciągnęli z różnych stron. Program nieoficjalnej uroczystości przewidywał na początku złożenie kwiatów pod tablicą na dawnym Umschlagplatzu. Tam już stały gaziki i budy. Krążyły milicyjne patrole. W pobliżu tablicy niebiesko było od mundurowych.
Mieliśmy żonkile. Podeszliśmy. Było już kilka osób. [...]
Do akcji wkroczył porucznik MO, nieduży, czerwonawy, energiczny.
– Proszę się rozejść – powiedział dziarskim głosem dowódcy.
Ludzie milczeli.
Ponowił polecenie.
Pierwszy odezwał się młody człowiek o ostrej, bladej twarzy.
– Stąd pojechała na śmierć cała moja rodzina – powiedział nie patrząc na porucznika.
Porucznik pomyślał chwilę.
– Rozumiem – rzekł – ale złożył już pan kwiatki, więc proszę odejść.
– Odejdę, kiedy zachcę – odparł młody mężczyzna. [...]
Porucznik zwrócił się nagle do chłopaka w ortalionowej kurtce, który również zbliżył się do tablicy.
– A wy co tu robicie?
– Modlę się za pomordowanych – odparł rezolutnie chłopak. Złożył dłonie i bezgłośnie zaczął poruszać ustami.
Porucznik był bezradny. Najwyraźniej otrzymał polecenie delikatnej interwencji. Szukał więc nowego konceptu. Na domiar złego po drugiej stronie jezdni stał jakiś cudzoziemiec (Żyd, dziennikarz?) z aparatem fotograficznym i śledził ten spór obywateli z władzą.
Postaliśmy jeszcze chwilę, po czym ruszyliśmy pod Pomnik. 
Niebo było czyste, niebieskie. Niebiesko było też na placu – od milicyjnych mundurów.
Cały obszar dawnego getta był obstawiony”.

Trzydzieści jeden lat – dużo to czy mało? W każdym razie warto sięgnąć do takich opisów, również po to, by z innej perspektywy spojrzeć na dzisiejsze myślowe klisze, sympatie, antypatie i podziały.

11 komentarzy:

  1. bardzo przyzwoite (i pracochłonne, nie wiedziałem, że w swym nastolectwie byłeś mnichem średniowiecznym ) epitafium.
    Nowakowskiego też wielce sobie cenię. w dużej mierze za poetycko-proletariackie spojrzenie na peryferyrie naszego miasta. mało co bowiem w literaturze jest tak powabnego, jak konkert (np. geograficzny). oczywiście, do tego obserwacja obyczajowe, psychologiczne, środowiskowe itd. - wiadomo.
    z podobnych względów zresztą lubię prozy Białoszewskiego.

    dopiszę się do wpisu anegdotką z prawdziwego życia (choć może nieprzystającą do ogólnego wydźwięku Twojego epitafium), przeczytaną (chyba) u Orłosia (ale nie jestem pewien).

    otóż Nowakowski z (chyba) Orłosiem szli przez Warszawę (pewnie z knajpy do knajpy, jak to pisarze. ale może nie, może szli ot, tak). gdy przechodzili obok gmachu cenzury na Mysiej, Nowakowski powiedział do (chyba) Orłosia
    - poczekaj chwilę - i wszedł do środka.
    niebawem wyszedł i ruszyli w dalszą drogę.
    - coś ty tam robił - spytał (chyba) Orłoś.
    - a, wiesz...
    co się okazało? zanim ktokolwiek się zorientował, Nowakowski zrobił siku w kącie hallu Głównego Urzędu Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miła anegdotka.
    Spojrzenie poetycko-proletariackie – ale, jak wiesz, Nowakowski miał pochodzenie całkiem inteligenckie, w przeciwieństwie do Białoszewskiego. Więc to jest raczej spojrzenie na proletariat niż proletariackie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. no jasne, kwestia doprecyzowania wyrażeń. inteligenckie spojrzenie Nowakowskiego na proletariat jest tak czułe, że można je nazwać proletariackim (choć jak wiadomo wcale mu nie chodzi o ruch robotniczy).
      spojrzenia czy korzenia Białoszewskiego nie nazwałbym zaś proletariackim - niezależnie od rzeczywistych zajęć jego przodków - a drobnomieszczańskim. "proletariackość" do wyrafinowanego poety w ogóle nie pasuje, natomiast "drobnomieszczńskośc" się czuje i słyszy.
      ja to też znam - jak zaczyna opowiadać o swej rodzinie, to jakbym własną ś.p. babcię słyszał.

      Usuń
    2. widze tera fatalne literówki w poprzednim komentarzu i haniebne copy-paste nazwy urzędu cenzury ;-)

      Usuń
    3. No tak, proletariat w sensie takim jak podział na klasy w Peerelu: chłopi, proletariat i inteligencja, nie w sensie robotników fabrycznych.

      Usuń
  3. Dla mnie Marek Nowakowski był mistrzem polszczyzny, choć nie był poetą jak Agnieszka Osiecka czy Jeremi Przybora. Zawsze gdy go czytałem, wydawało mi się, że pisać o codzienności, stosunkach ludzkich, tym co się zaobserwowało jest bardzo prosto. Jego styl był niewymuszony, język barwny, ale nie "przegadany". Tylko mistrzowie potrafią wywrzeć na czytelniku takie wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, on był programowo niepoetycki. A ciekawie pisać o codzienności – mnie się to wydaje bardzo trudne. Trzeba dużo widzieć, wiedzieć, nie mówiąc o samej umiejętności pisania...

      Usuń
  4. Ja się tam nie znam, ale w młodości leżał mi średnio, a na stare lata leży mi lepiej, choć jakoś przekonać się nie mogę. Ale ja tam w ogóle beletrystyką jako taką średnio się pasjonywam, reportażem bardziej. No, ale jakoś nie teges, i w sumie nie wiem dlaczego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam np. cytowane Notatki z codzienności – to bardziej reportaż niż beletrystyka. Ale, ale... Twa nowa ikonka... literatura literaturą, ale gdybyśmy zaczęli rozmawiać o muzyce, to dopiero by się kurz wzbił nad kłębowiskiem ;)

      Usuń
    2. Zachęciłeś mnie do Notatek... gdy tylko skończę to, co czytam na bieżąco, postaram się sięgnąć i po nie.

      Usuń
    3. A co czytasz na bieżąco?

      Usuń