7 marca 2015

Maratea

Najpierw jest stacja kolejowa położona kilkaset metrów od morza między dwoma tunelami, wykutymi czy wywierconymi w skałach.
Potem, dopytawszy się o drogę i po trzykroć upewniwszy zagadniętych miejscowych, że naprawdę chce się wspinać na piechotę, trzeba iść w górę długimi schodami, przechodzącymi czasem w wąską uliczkę i kilkakrotnie przecinającymi serpentyny szosy. Po mniej więcej pół godzinie wchodzi się do miasteczka.
Na głównym placyku, jednym z dwóch, można coś zjeść i napić się kawy. Placyk ma kształt trójkąta. Jeden jego wierzchołek:
Drugi:
Trzecia strona:
Jest środek lutego, dwanaście czy piętnaście stopni, świeci słońce. Turysty nie ma poza nami ani jednego, bo to wszak luty, czyli zima. Młodzieniec dobrze znany stałym czytelnikom ma okazję pobiegać po wąskich uliczkach, słuchając w nich brzmienia własnych kroków.
Nabiegawszy się, ruszamy dalej, w kierunku Chrystusa, który góruje tu nad miastem, jak w Rio i Świebodzinie, oraz nad zatoką, jak w Rio.
Jesteśmy coraz wyżej, zatem otwierają się coraz szersze widoki. Zamiast sklejać panoramę, podaję ją w postaci czterech kolejnych kadrów, od lewej do prawej. Piąty, a właściwie trzeci kadr, środkowy, opuszczam, gdyż było w nim tylko morze, niebo i słońce, sfotografowane niekorzystnie całkiem en face.
Chrystus jest dość wysoko, bodaj 643 metry nad poziomem morza – co w tym wypadku jest naraz wysokością bezwzględną i względną. Jako wysokość względna to sporo więcej niż różnica poziomów między Wodogrzmotami Mickiewicza a początkiem Doliny Pięciu Stawów, więc spacer w pełni zasługuje na miano wycieczki górskiej. Idzie się dość długo, głównie ścieżką, ale chwilami szosą doprowadzoną prawie do Chrystusa, która na wirażach zawieszonych kilkaset metrów nad morzem zyskuje nieco szalony charakter.
Gdy dochodzi się na samą górę, gdzie stoi nieduży kościół, mający godność bazyliki i w najstarszych partiach średniowieczny, co wszakże w tych okolicach jest banałem, okazuje się, że ostatnie trzydzieści metrów podejścia do Chrystusa jest zamknięte i zagrodzone, trzej robotnicy nieśpiesznie układają tam właśnie nowy bruk. Co za tym idzie, nie można zrobić panoramy na wszystkie strony. Można spojrzeć z góry na miasteczko.
A w drodze powrotnej jeszcze raz popatrzeć w dół przez pozostałości jakichś umocnień.
Po powrocie do miasteczka okazuje się, że nie sposób w nim dostać szklanki wody ani kęsa bułki, jest bowiem wpół do piątej po południu, zatem trwa jeszcze przerwa obiadowa, rozpoczęta w okolicach pierwszej. Po kwadransie oczekiwania otwiera się jednak wędliniarz, robiący na poczekaniu świeże kanapki, a o piątej drzwi odmyka sklep ogólnospożywczy, na wyrost zwany tu supermarketem. Bar wciąż jest zamknięty na głucho, zapewne życie wróci do niego o szóstej. W drodze powrotnej do stacji jeszcze widoki ze schodów na morze. 
Nadmorskie miasteczko Maratea, liczące około pięciu tysięcy mieszkańców, oddalone od Neapolu w prostej linii około stu pięćdziesięciu kilometrów (ale miejscowe ukształtowanie terenu w praktyce wyklucza wszelką linię prostą) i skomunikowane z nim dziennie kilkunastoma pociągami (bo ciemni i leniwi Włosi nie nauczyli się jeszcze, że nowoczesność i kapitalizm wykluczają kolej regionalną), dało mi okazję do którejś już – kilkudziesiątej – konfrontacji z pejzażem południowoeuropejskim, śródziemnomorskim – choć jeśli liczyć tylko miejsca położone nad samym morzem, to liczba ta spada do jednocyfrowej. Uczucia obecne we mnie podczas tych konfrontacji są wielorakie. Na jednym biegunie to dzięki składane Panu Bogu za to, że pozwala mi oglądać te cuda. Na drugim biegunie – na przykład uczucie głębokiego poniżenia na myśl o tym, że wszyscy Polacy tłoczą się, by oglądać Tatry (które kocham całym sercem). Prawda jest okrutna: jesteśmy krajem głównie płaskim, pod względem pejzażu mało urozmaiconym i efektownym. Ponadto dziwna strefowość polskiego pejzażu powoduje, że w zwykłym odczuciu Polaków spotkanie wysokich gór z morzem jest wbrew naturze. Tymczasem południe i północ Europy są tak właśnie zbudowane: skaliste góry schodzące do morza są tam widokiem równie pospolitym jak u nas płaskie pole i sosnowy las.

A jeśli chodzi o to konkretnie miejsce, o Marateę – spytałem kiedyś, albo może słuchałem, jak ktoś inny pyta pewną przyjaciółkę oblataną w temacie Włoch, które zjeździła wte i wewte: gdzie we Włoszech jest pusto i nic nie ma, gdzie nie ma zabytków, atrakcji ani turystów? No nie wiem, chyba w jakiejś Bazylikacie – odpowiedziała. – Tam nikt nie jeździ, bo nie ma po co. Na zdjęciach w tym poście jest ta właśnie Bazylikata: ten właśnie region, w którym nic nie ma i dokąd jeździć nie ma po co.

10 komentarzy:

  1. Jak ja współczuję tym mieszkańcom - nie dość, że mieszkają w cieniu góry (jakie to dołujące i niezdrowe), to jeszcze w cieniu figury Jezusa - jak w jakimś zaściankowym średniowieczu. Na dodatek w mieście nie ma ani jednego drzewa - jedynie jakieś pseudokrzaczki w donicach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też sztormy im dują w nozdrza, samochodem nie mają jak podjechać pod dom, a jak sobie kupią fortepian, to go w ulicę nie zmieszczą.

      Usuń
  2. świetne. ale bardziej od pofalowanego pejzażu, zazdroszczę innym narodom piękna architektury codziennego użytku oraz - tym południowszym - temperatur (chociaż zmienność polskich pór roku bardzo mi odpowiada, mogłoby być u nas cieplej trochę dłużej i z nieco większą gwarancją).

    OdpowiedzUsuń
  3. Lubię takie miejsca, bardzo.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bez tłumów! To jest to. Można w spokoju "przepracowywać" miejsce. A to ma urok.
    Może i ja kiedyś tam dotrę. Tylko czasu potrzebuję, żeby dotrzeć tam drogą lądową. Ale kiedyś...
    O.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie można tam też dotrzeć morzem, albo niebem :)

      Usuń