17 lipca 2013

Siódma pocztówka z wakacji (z dzielni)

Z Berezyńskiej.

Jeszcze raz całuję Was serdecznie, następuje

C H W I L O W Y  K O N I E C  P O C Z T Ó W E K

16 lipca 2013

Szósta pocztówka z wakacji (z antysezonem)

Wiadomo co - Parco Scarisciaco.

Piękna Warszawa latem,
Piękna zimą Warszawa,
Jeden woli herbatę, 
Drugiemu milsza kawa Nie na temat.

Piękna Warszawa latem, 
Piękna zimą Warszawa,
Banki w niej przebogate
I Wisła płynie klawa Nie do pary.

Piękna Warszawa latem,
Piękna zimą Warszawa, 
Latem ptaszki skrzydlate,
Zimą też skrzydlate.

15 lipca 2013

Piąta pocztówka z wakacji (z cyklopem)

Naprawdę ma on jednak dwoje czynnych oczu:
Ma też adres: Sowińskiego 14B.

14 lipca 2013

Czwarta pocztówka z wakacji (z Pragi) (nieczeskiej)

Sprzeczna 6.

Prawie jak z czeskiej, prawda? Tylko tam mają kolorowe farby i się nie strzelali Nie no, na Pradze nie było powstania, jak są ślady, to od siekier latających po podwórkach.

13 lipca 2013

Trzecia pocztówka z wakacji (z balonem)

Jeśli zarabiasz miliony,
kupuj dzieciom balony.
Jeśli zarabiasz mniej,
kup im sprej
to masz lżej
to stąd wiej
Ojej.

11 lipca 2013

Pocztówka z wakacji

Są wakacje, pora na porządki, remonty i wysyłanie pocztówek. Na początek tradycyjnie: zamek i katedra.
Moji kohani! Dziś widziauam zamek i katedre i jest tu bardzo fainie. Nie padau deszcz i jest ciepuo także chodze prawie goua. Przysilijcie prosze trohem pieniezy bo jusz sie kończo albo bank mi ukrat s konta. Bardzo Was siciskam i cauje - Druga Minoga.

10 lipca 2013

Róg Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej - dodatek o duchowym trwaniu trajektorii

Robiąc zdjęcia wykorzystane jako "dzisie" w zestawieniach z poprzedniego posta, o nieistniejącym już skrzyżowaniu Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej, odkryłem zjawisko, którego bym nie podejrzewał, gdybym nie zobaczył. Co do przechodzenia przez jezdnię, święty nie jestem. Przed laty, gdy regularnie korzystałem z autobusów, moim codziennym zwyczajem było np. przebieganie przy rondzie Waszyngtona przez dwie jezdnie, trzy tory i trzy barierki - alternatywą jest dłuższa droga i paskudne przejście podziemne. Poza pustymi godzinami brzasku nie przyszłoby mi jednak do głowy przechodzić na dziko przez Wał Miedzeszyński, należy on bowiem do ulic, czy raczej szos, na których kierowcy biją rekordy szybkości osiągalnej w granicach Warszawy. Tymczasem proszę popatrzeć - 2 lipca, 18:43:
5 lipca, 19:48:
Żeby zyskać podobny przykład, trzeba w odpowiedniej porze postać na moście z grubsza minutę.

Dzieje się to dokładnie na przedłużeniu Jakubowskiej, w miejscu zlikwidowanego skrzyżowania. Nie wiem, kiedy zamknięto wylot Jakubowskiej (chyba podczas poszerzania Wału związanego z budową Trasy Łazienkowskiej?). Wiem natomiast, że kilka lat temu, gdy w chaszcze nad Wisłą żaden poczciwy człowiek się nie zapuszczał, nie było też problemu widocznego na obrazkach. W ostatnich trzech-czterech latach nastąpił jednak boom plażowy. Złożyło się na to kilka przyczyn - m.in. budowa ścieżki biegowej nad Wisłą i w rezultacie odczarowanie tych chaszczy, urządzenie samej plaży, ogólne odczarowywanie Pragi, skorelowany boom na przeciwległym brzegu (w tym roku zahamowany przez wyjęcie Wisłostrady z tunelu i remont bulwarów). Na poczesnym miejscu wymieniłbym jednak co innego - moim zdaniem zasadnicza była budowa dwóch cywilizowanych przejść z sygnalizacją przez Wybrzeże Szczecińskie (czyli dalszy ciąg Wału Miedzeszyńskiego na północ od Poniatoszczaka) przy okazji budowy Stadionu Narodowego. Dzięki temu daje się po prostu dotrzeć nad Wisłę.

Najwygodniejszym pieszym szlakiem na plażę z okolic Ronda Waszyngtona, czyli z głównego w tym rejonie węzła komunikacyjnego, okazała się jednak ponownie - pisałem już o tym - zapomniana uliczka Jakubowska. Tymczasem żadne z wspomnianych dwóch przejść nie leży na jej osi, mimo że po drugiej stronie Wału jest - widoczny na zdjęciach - zjazd na plażę. Zjazd, a więc i zejście - w dodatku jako jedyne w okolicy kwalifikujące się dla niepełnosprawnych i wózków dziecięcych, bo przy wyremontowanym Wybrzeżu Szczecińskim są wyłącznie schody. Gwoli dokładności wyliczyć tu można jeszcze trzecie przejście dalej na południe, przy ślimaku, na wysokości ulicy Czeskiej, w miejscu szczególnie niewygodnym dla pieszych, bo pozbawionym zejścia z Wału, do którego prowadzą tylko dwie okoliczne ulice: Jakubowska i Walecznych. Rezultat jest taki, jak widać: plażowicze suną Jakubowską, po czym przechodzą przez Wał na dziko. Świadectwem skali tych praktyk jest zupełne zadeptanie w tym miejscu trawy:
Przy okazji powyższego zdjęcia sytuacja znów była tak miła, że sama wlazła mi w obiektyw:
Jest problem? Jest. Skoro jest problem, to powinno się go rozwiązać. Rozwiązania widzę cztery: 
1. Zrobić w tym miejscu przejście dla pieszych. 
2. Postawić w tym miejscu patrol z pałami i bloczkiem mandatów. 
3. Zagrodzić, zalać i zaminować plaże nad Wisłą, ogłosić, że ich reaktywacja należy do okresu błędów i wypaczeń. 
4. Podwyższyć słupki wzdłuż krawężników, rozpiąć na nich elektrycznego pastucha i drut kolczasty. 
Intuicję, które z tych rozwiązań najmilsze jest sercom inżynierów ruchu, zachowam dla siebie, żeby nie być nazwany hejterem. Jak będzie? Zapewne tak jak do tej pory. Ponieważ zaś sprawy asfaltu, nieobojętne mi jako środowisko życia, w gruncie rzeczy mniej mnie interesują niż głębsze sprawy, na koniec uwaga w tym kierunku: to przykład, jak na pozór martwe i zapomniane warstwy miasta wstają spod ziemi i kąsają nas niczym zombie, szerząc różne zarazy, choćby nieposzanowanie artykułów Kodeksu Drogowego.

7 lipca 2013

Ulica Jakubowska wczoraj i dziś, część 6 / Ulica Miedzeszyńska wczoraj i dziś, część 1

Nie jest to ostatnia część cyklu o Jakubowskiej; na koniec (przynajmniej tymczasowy) zostawiłem jeszcze jedną, najciekawszą. Otwieram już jednak inny temat, a kolejność taka dlatego, że w poprzedniej części oglądaliśmy widoki z niemal tego samego miejsca co dziś. Dzisiejsze zdjęcia pokazują nieistniejące już skrzyżowanie Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej, czyli obecnego Wału Miedzeszyńskiego. Zrobione zostały albo ze schodów wieżyczki (strażnicy) Mostu Poniatowskiego, tej samej, z której we wrześniu '39 sytuację dokumentował Julien Bryan, albo z mostu tuż za nią. Ścisłe powtórzenie ujęć bywa trudne za sprawą drzew, zasłaniających wszystko lub przynajmniej główne punkty orientacyjne ze starych zdjęć. Zestawienie tych sześciu zdjęć i ich współczesnych odpowiedników nie jest jednak dokumentacją porostu zieleni, tylko czegoś zupełnie innego w charakterze, mianowicie dewastacji przestrzeni miejskiej przez samochód i podporządkowaną mu urbanistykę.

Wszystkie zdjęcia historyczne oprócz jednego z NAC biorę z Pragi Południe XX Wieku. Pierwsze datowane jest tam na rok 1938. Przedstawia perspektywę ulicy Miedzeszyńskiej w kierunku południowym, od rogu Jakubowskiej. Po prawej stronie widoczne są zapewne tyły jakichś drewnianych budynków plażowych - w tym miejscu była plaża Poniatówka, nie potrafię jednak rozpoznać tu jej zabudowań znanych mi ze zdjęć od frontu, czyli od strony Wisły:
Dziś w takim samym kadrze widać tyle:
W tym samym miejscu z dokładnością kroku w przód czy w bok stał autor kolejnego zdjęcia, a właściwie stopklatki, nie wiem, skąd zaczerpniętej, pokazującej też fragment samej wieżyczki. Na Pradze Południe XX Wieku zdjęcie datowane jest ze znakiem zapytania na rok '39. Różnice między nim a poprzednim są jednak duże: widać nowe latarnie, posadzone drzewka i bardziej zadbany wał, a zarazem uderza brak owych zabudowań plażowych, z wyjątkiem kiosku czy budki na drugim planie. Na podstawie tych zmian z pewnością można się dogrzebać dokładnej daty powstania, ale nie byłem tak wnikliwy; przyjmuję, że zdjęcie pochodzi z lat '38-'44.
Pierwszą wersję tego "dzisia" zrobiłem jeszcze w porze bezlistnej:
Nie całkiem mi wyszło, bo stanąłem sobie i cyknąłem, tymczasem autor historycznego zdjęcia czy też filmu używał statywu; chcąc uzyskać tę samą perspektywę co on, trzeba przykucnąć albo trzymać aparat na wysokości biodra. Żeby było widać coś poza klonem jesionolistnym samosieją, zszedłem niżej:
Wczoraj wyhaczyłem jeszcze jedno zdjęcie z tego samego miejsca, datowane tym razem na rok 1947:
Latarniom trochę się, jak widać, dostało, a kiosk czy może budka z piwem (?) to już zupełnie inna budka. Kolejne zdjęcie jest z roku 1957, a jego odpowiednik - z czerwca 2013. W latach wczesnopowojennych róg Jakubowskiej i Miedzeszyńskiej przebudowano, przerabiając zakręt na łagodniejszy:
Archaicznego zamiatacza ulic zastąpiły nowocześniejsze modele, tylko po co ich tyle? Prawie ten sam widok przedstawia zdjęcie datowane w NAC na lata '57-'65, a dokumentujące jakiś wyścig kolarski, zapewne Wyścig Pokoju (więc znów można by ustalić datę co do dnia). Na odpowiedniku z 17 kwietnia 2013 perspektywa jest celowo nieco szersza:
Z ortofotomap wynika, że ulica Miedzeszyńska biegła w miejscu dzisiejszego chodnika i pasa zieleni między chodnikiem a wschodnią jezdnią Wału, zatem podczas jego przebudów i poszerzeń, których było wiele - ich dokładnego kalendarium nie ma sensu odtwarzać - poszerzono go głównie na zachód, w kierunku Wisły.
 
Na ostatnim zdjęciu historycznym nie widać już Jakubowskiej, chyba że drogę z wału nad Wisłę (albo w Wisłę) uznać za jej przedłużenie. Miejsce jest jednak to samo co na poprzednich zdjęciach - fotograf stał kilkanaście metrów dalej w stronę rzeki. Zdjęcie pokazuje falę powodziową w 1960 roku (w poprzedniej części oglądaliśmy, przypomnę, podobną falę z roku '34):
Zastanówmy się na koniec, co powyższe zdjęcia mówią nam o życiu na Saskiej Kępie w latach 30. XX wieku. Spróbujmy sobie wyobrazić, że jesteśmy wówczas, o tej porze roku co dziś, mieszkańcami jakiejś willi albo kamieniczki przy Walecznych, Berezyńskiej czy Dąbrowieckiej. Wychodzimy z domu (w szlafroku?), przechodzimy sto czy dwieście metrów, przekraczamy wąską i spokojną ulicę Miedzeszyńską i schodzimy na plażę, gdzie za sympatycznymi, drewnianymi budynkami plażowymi z przebieralniami, kawiarnią itd. trafiamy w zwykły plażowy tłum, obok innych igraszek cieszący się zwłaszcza kąpielą w Wiśle. Można poczuć trochę słodyczy życia, prawda? Co więcej, zamieszkiwanie w pobliżu plaży nie oznaczało wówczas sąsiedztwa nocnej dyskoteki nagłośnionej tak, by rytm niósł się do Zakroczymia i cała okoliczna wieś słyszała, że Warszawa - tu się nie śpi. Do tańca przygrywały głównie harmonie... Oczywiście wiem doskonale, że w obecnym systemie warszawskiego życia poszerzony Wał Miedzeszyński jest komunikacyjnie niezbędny, z perspektywy słodyczy jednak - taki hipotetyczny spacer zamieniliśmy na gumę do żucia za kierownicą.

3 lipca 2013

Boniowanie w styropianie

Spacery po Kamionku dają wgląd w proces swatania tradycji z nowoczesnością. Kamienica na rogu pięknych ulic Rybnej i Kałuszyńskiej przechodzi właśnie gruntowny remont:
Remont niewątpliwie jest w jakimś związku z pojawieniem się w sąsiedztwie nowego budynku, którego ściany, pomidorowej barwy, widać na zdjęciu. W ramach remontu kamienica jest, rzecz jasna, ocieplana za pomocą - rzecz jeszcze jaśniejsza, tak że zdjęcia prześwietla - styropianu. W styropianie tym rzeźbione jest boniowanie. Nie jestem z branży (choć dzięki koligacjom nie jestem też całkiem spoza branży), wydaje mi się jednak, że historia tego elementu zdobniczego jest prosta: pierwotnie chodziło o to, by ładnie ociosać kanty kamiennych bloków. Potem element się wyabstrahował i zaczął być żłobiony w tynku, stając się ozdobą niezmiernie popularną - prawie każda dziewiętnastowieczna kamienica wielkomiejska ma jakieś boniowanie, o ile nie ma elewacji ceramicznej. 

Od lat z górą dwudziestu żyjemy jednak w świecie przekonanym, że dawni ludzie w ogóle nie umieli należycie budować domów lub może mieli niższą temperaturę ciała, więc im było ciepło w chłodzie. To zresztą logiczne: jesteśmy nowocześniejsi, więc bardziej grzejemy. Można to nawet ująć w postaci klasycznego sylogizmu. Przesłanka większa: grzanie daje ciepło. Przesłanka mniejsza: nowocześni ludzie dają efekt cieplarniany. Wniosek: nowocześni ludzie bardziej grzeją. W konsekwencji dawne budynki dzielą się na takie, które należy ocieplić styropianem lub inną emanacją nowoczesności, i takie, które też należy ocieplić styropianem, ale nie pozwala na to konserwator zabytków.

Nowoczesność nie musi jednak oznaczać zerwania z tradycją. W omawianym przypadku połączenie tych dwóch żywiołów daje boniowanie w styropianie. To, co zaczęło się od obróbki kamiennych bloków, zostaje jeszcze odrobinę bardziej oderwane od swego źródła, w czym nic dziwnego - los taki nowoczesność gotuje niemal wszystkiemu, zatem jest on z zasady racjonalny (to, co powszechne, musi być racjonalne). Podobnie na przykład zwierzę robocze staje się zwierzęciem do wypoczynku (koń, kot), muzyka do tańczenia (mazurek) staje się muzyką do siedzenia (Mazurek a-moll op. 17 itp.) lub do stania na baczność (Mazurek Dąbrowskiego), główny sprzęt liturgiczny staje się wątpliwą ozdobą o zerowej użyteczności (wszystkie ołtarze przedsoborowe). Dla osób z branży zjawisko styroboniowania jest z pewnością banalne i oczywiste, ja jednak, jako prosty spacerowicz, pierwszy raz przyjrzałem mu się z bliska. Prześledźmy więc ten zabieg. 

Tu gotowe są już nowe bonie:
A tu widać jeszcze stare:
Robimy rowek, wypalarką jakąś chyba:
W rowek pakujemy listwę z PCV:
Kładziemy lukier:
Ptifurek w bramie też jest rzeźbiony w styropianie:
Ten mur brudny i nienowoczesny znikł już zapewne od chwili, gdy zrobiłem zdjęcie: