14 stycznia 2014

Pochwała ulicy Francuskiej (Z kontrastowym wstępem o blokowiskach, na przykładzie Służewa. Długi post)

Post ten jest w zamierzeniu hymnem pochwalnym. Wstęp będzie jednak w innym tonie, zgodnie z nieśmiertelną zasadą kontrastu.

Czytelnicy bloga wiedzą, że często chodzę ulicą Francuską. Jestem rodzinnie związany z Saską Kępą, jako dziecko spędzałem tu zwykle każdą niedzielę i okresowo przemieszkiwałem, a od szesnastu lat ponownie mieszkam, lecz w dzieciństwie i w licealnej młodości mieszkałem na Służewie. W rezultacie tych kontrastowych doświadczeń – Służew, nie najgorsze przecież z peerelowskich blokowisk, i Saska Kępa – nikt i nic mnie nigdy nie przekona do wyższości blokowiska nad normalnym miastem. Biorąc za temat ulicę Francuską, skupię się tylko na jednym aspekcie, dla miasta podstawowym: na handlu i usługach. 

Z dzieciństwa w latach osiemdziesiątych (Służew zbudowano w połowie siedemdziesiątych) świetnie pamiętam męczące eskapady do najbliższej apteki, która była wówczas do wyboru albo na Puławskiej gdzieś koło Dworca Południowego (tak nazywano ten rejon, mimo że dworzec już nie istniał), albo w głębi Stegien. Poczta także była na Puławskiej przy Dworcu Południowym, na piechotę około dwóch kilometrów od domu (mieszkałem w najdalszej części Służewa). Tam trzeba było dymać po każde awizo i z comiesięcznymi rachunkami, powszechnie płaconymi wówczas na poczcie. W mojej części Służewa, której zachodnią granicę wyznaczała pusta przestrzeń, przez kilkadziesiąt lat będąca rezerwą gruntu pod aleję KEN (z metrem pod spodem), sklepy spożywcze – na obszarze, którego najdłuższy wymiar wynosi prawie dwa kilometry, zamieszkanym przez tysiące ludzi – były dwa, kioski dwa, prywatne warzywniaki dwa. Na mojej ulicy był wszystkiego jeden punkt usługowy: magiel. Przy cmentarzu na Wałbrzyskiej można było kupić znicze i kwiaty z wiadra, niedaleko była (do dziś jest) kwiaciarnia. Innych sklepów ani usług w ogóle sobie nie przypominam z całego tego dziecięcego świata, który jako dwunasto-, trzynastolatek spenetrowałem w każdym możliwym kierunku. A przecież był to światek całkiem niemały – mniej więcej równy obszarem najstarszej części Saskiej Kępy, zamkniętej między Waszyngtona, Saską, Zwycięzców, Paryską, Wersalską i Wałem Miedzeszyńskim. O czymś takim jak kawiarnia czy restauracja nikt w ogóle na blokowiskach nie myślał. Rzeczy specjalistyczne typu fryzjer, żarówka, książka, gwóźdź – po to jeździło się do centrum; między innymi dzięki temu pamiętam z dzieciństwa zakupy w Supersamie, położonym w zupełnie innej (choć administracyjnie tej samej) dzielnicy. 

Oczywiście wiem, że było to spowodowane ogólnym debilizmem Peerelu, ale czy od tamtej pory w istocie wiele się na takich Służewach zmieniło? Na pewno pojawiły się apteki, łatwiej o zakupy spożywcze, są jakieś pizzerie czy knajpy azjatyckie, poczta nie jest już do życia konieczna. Inne sklepy i usługi są, jeśli w okolicy powstała jakaś galeria czy galeryjka handlowa (na Służewie powstał Land), ewentualnie bazar (na Służewie jest bazar). Na więcej często nie ma miejsca – socjalistyczne bloki są tak zbudowane, że handlu, usług, gastronomii, zwykłego miejskiego życia po prostu nie ma jak w nie wprowadzić. Czasem odbywa się to tak jak na Gocławiu czy Ursynowie, gdzie wzdłuż głównych ulic powstają bloki z parterami handlowymi – co na pewno poprawia wygodę życia na tych osiedlach, ale też jest ostateczną klęską i pogrzebem ich pierwotnych projektów. (Taki blok zupełnie niedawno wstawiono na Służewie w miejscu samu spożywczego przy ulicy Elsnera, rozbijając tym samym spójność architektoniczną osiedla, cenionego przez niektórych).

Kiedy w roku 1998 zamieszkałem ponownie na Kępie – pamiętam to doskonale: przez pierwsze dwa tygodnie dzień w dzień chodziłem w tę i z powrotem Francuską, nie posiadając się ze szczęścia i zdumienia. Wszystko, co potrzebne do życia, miałem pod ręką, w zasięgu dziesięciu minut na piechotę. A przecież nie chodziłem po jakiejś wielkomiejskiej ulicy w tłumie ludzi – przeciwnie, dookoła spokój, dużo drzew, żaden budynek nie wyrasta ponad trzecie piętro. Ten mój zachwyt i poczucie lokalnego zaspokojenia potrzeb trwają właściwie do dziś.

Na 690 metrach Francuskiej, uwzględniając też narożne budynki jej przecznic, byli wówczas – piszę z pamięci: 
szewc, 
krawiec, 
dwaj zegarmistrzowie, 
kaletnik, 
pralnia, 
optyk, 
parasolnik, 
cztery kwiaciarnie, 
dwie księgarnie, 
papierniczy, 
duży sklep elektryczny (żarówki!), 
mały sklep AGD, 
drogeria, 
trzy warzywniaki, 
dwa biura podróży,
fryzjerzy w liczbie, której nie pamiętam, 
poczta, 
trzy zakłady fotograficzne, 
apteka, 
kantor,
sklepów spożywczych chyba siedem (nie licząc warzywniaków), 
sklep z winem, 
kilka małych sklepów odzieżowych m.in. z bielizną, pościelą, 
butik kaletniczo-kuśnierski, 
trzy kioski, 
zakład ramiarski, 
jubiler (albo dwaj?), 
Wedel (sklep firmowy istniejący od przed wojny, zlikwidowany kilka lat temu),
jeden bank,
oraz wśród knajp, kawiarń i barów, których liczba była chyba jeszcze jednocyfrowa, między innymi pierwszy kebab w Warszawie, jedna z pierwszych pizzerii i słynna speluna Sax

Nie liczę rzeczy takich jak agencje nieruchomości, gabinety lekarskie czy kancelarie adwokackie, zajmujące zwykle wynajęte lub przeznaczone na ten cel mieszkania, nie lokale z wejściem z ulicy.

Chcąc właściwie opisać, jak to funkcjonowało i funkcjonuje, należałoby jednak uwzględnić także sąsiednie ulice: Paryską, gdzie na dawnym Placu Przymierza jest dziś właściwie centrum handlowe dzielnicy, Waszyngtona, Zwycięzców, Niekłańską. Bezpośrednim przedłużeniem Francuskiej, choć zupełnie innym w klimacie, jest rondo Waszyngtona, przy którym w ’98 były m.in. druga apteka, garmażeria, galeryjka sztuki, Wólczanka, Cepelia, sklep producenta drewnianych mebli, bar i kolejne trzy kioski, w tym jeden w zabudowanym dziś podcieniu na osi Jakubowskiej. (Nie liczę obskurnego przejścia pod rondem). Duży bazar warzywny był przy Saskiej, w miejscu zabudowanym dziś blokami; mniejszy, ale dobry i z powodzeniem działający do dziś, przy Niekłańskiej; jeszcze mniejszy przy rogu Waszyngtona i Międzynarodowej, gdzie dziś jest salon Jaguara. Co charakterystyczne dla dzielnicy, nie było całodobowego monopolu i nadal go nie ma. Mówiąc krótko, wszystkie podstawowe potrzeby bytowe – z wyjątkiem wódki nocą – były zaspokojone. Dobrze pamiętam, że jedyną poza studiami codzienną sprawą, w jakiej musiałem opuszczać Kępę, były wizyty w banku (szesnaście lat temu – to jeszcze czasy przedbankomatowe, przynajmniej dla mnie).

Z tego, co wymieniłem, z Francuskiej i ronda do dziś znikli szewc, krawiec, Wedel, garmażeria, Wólczanka, Cepelia, meble, papiernik, elektryk. (Szewcy są jednak nadal na Paryskiej i Zwycięzców, papierniczych też znam w dzielnicy trzy, a lokalnym zagłębiem garmażerii jest Niekłańska). Zamiast jednej niesieciowej drogerii są w pobliżu dwa Rossmanny, choć żaden na samej Francuskiej. Z dwóch kaletników trzyma się jeden (w narożnym lokalu z wejściem od ronda). Z dwóch księgarń została jedna, przelotnie pojawił się antykwariacik, przekształcony dziś w weekendowy stragan bukinisty. Z czterech kwiaciarń są trzy, z trzech fotografów – dwaj, z trzech kiosków – jeden, plus cztery na rondzie. (Niby różnica niewielka, ale zniknięcie dwóch budek z Francuskiej uważam za godne odnotowania. Kioski, w których kupowało się zwłaszcza papierosy, prasę, zapałki, bilety komunikacji miejskiej, były w XX wieku podstawową instytucją społeczną; na naszych oczach ta instytucja niepostrzeżenie odchodzi w przeszłość wraz ze znikaniem papierosów, prasy i zapałek. Być może za kilkadziesiąt lat ktoś czytający w dwudziestowiecznej powieści o kolejce do kiosku będzie miał równe poczucie wyobcowania jak my, gdy czytamy o brogu czy świronku). Dwaj zegarmistrzowie się trzymają (wiem, że już niedługo, czekają na emeryturę albo nie chcą się na niej nudzić). Jubilerzy też są dwaj, ostatnio przybyła sieciówka z tej branży. Warzywniaki trwają, choć jeden z całorocznego sklepu w suterenie, dość zapyziałego, korzystnie się przekształcił w dorodny sezonowy stragan. Zamiast jednego sklepu z winem są dwa inne. Sklepików odzieżowych jest w sumie sześć, sklepy wnętrzarsko-bibelociarskie dwa. Małe AGD się trzyma. Z siedmiu spożywczych przetrwał zasadniczo jeden, ale pojawiły się: nowy przy Lipskiej, delikatesy hiszpańskie i włoskie, sklep z żywnością ekologiczną, Alkohole Świata oraz Carrefour Badziewie Express. Dla odmiany bank był jeden, dziś jest ich na Francuskiej sześć, siódmy na rondzie, ósmy i dziewiąty na rogu Zwycięzców. Biura podróży znikły z Francuskiej, za to przybyły w tej samej liczbie na rondzie. Pojawiły się: trzy sklepy z pieczywem, drukarnia cyfrowa, serwis laptopów. Różnych zakładów kosmetycznych (salon urody, depilacja woskiem, nail spa itd.), których liczby sprzed szesnastu lat zupełnie nie ogarniam jako osobnik do niedawna nie posiadający nawet grzebienia (od niedawna mam, bo się nauczyłem na nim grać), dziś jest chyba sześć plus dwa na rondzie; nie liczę fryzjerów, zawsze obecnych. Są oczywiście agencje nieruchomości, kancelarie, gabinety. Jest jedna firma z ezoteryką w nazwie, nie wiem, czym handlująca. Pamiętam też kilka handelków przelotnych, zjawionych i znikłych – to między innymi fryzjerzy, ale też sklep z luksusowymi pepegami czy z alkoholami w cenach dla ludzi nieźle już wstawionych.

Przede wszystkim jednak na Francuskiej niezmiernie rozmnożyły się lokale gastronomiczne, których jest w tej chwili, jeśli dobrze policzyłem, dwadzieścia dziewięć – daje to średnio jeden lokal na dwadzieścia trzy metry bieżące ulicy. Przekrój jest pełen – od zapiekanek i frytek, przez tacos, trzy kebaby (czwarty na rondzie), kawiarnie, cukiernie i herbaciarnię, pizzerie, aż po obrzydliwie drogie restauracje. Sytuacja jest dynamiczna – w zeszłym roku pojawiło się pięć czy sześć nowych lokali, inne znikły, inne zmieniły szyld. Zjawisko to wiąże się z ogólnym przekształceniem Francuskiej w corso o zasięgu już chyba większym niż lokalny, dzielnicowy. Latem chodniki są zastawione stolikami, przy których zawsze ktoś siedzi; po lody ustawiają się długie kolejki; dwa kebaby są czynne całą dobę. 

Nie zawsze tak było. Jeszcze kilka lat temu zwłaszcza na odcinku bliższym ronda straszyło mnóstwo pustostanów po zamkniętych sklepach. W tej chwili na całej Francuskiej pustostany są dwa: duży po zlikwidowanym dobre dziesięć lat temu elektryku (według plotek, które słyszałem, wynajem blokują ciągnące się procesy reprywatyzacyjne) i malutki po kwiaciarni. Dla ożywienia ulicy przełomowy był remont z roku 2010, co dobitnie dowodzi, jakie kulturowe znaczenie ma równy chodnik. Zapewne są też inne przyczyny: likwidacja bazaru na Stadionie Dziesięciolecia, boom plażowy, bez którego nie byłoby chyba całodobowych kebabów.

Chciałbym jednak wierzyć, że głównym powodem, dla którego Francuska – mimo że pomyślana do skromniejszych celów – jako ulica handlowo-usługowo-spacerowa ma się dziś lepiej niż Marszałkowska, Krucza czy Targowa, jest ten, że to normalna miejska ulica, mająca kształt z grubsza taki, jaki miejskie ulice powinny mieć – nie trasa o przekroju autostrady, nie ciąg komunikacyjny między blokami a parkingiem, nie amorficzna przestrzeń między wieżowcami, nie ulicopodobna forma wewnątrz grodzonego osiedla. Jakie są jej główne zalety? Skalę ma kameralną, dwu-, trzypiętrową. Z tej skali w zasadzie nic nie wyskakuje (nie bądźmy dziś małostkowi, nie pastwmy się nad kilkoma zabudowami strychów z lat dziewięćdziesiątych). Kilkanaście budynków jest ładnych, kilka świetnych, żaden potworny. Chodniki – rzecz nader istotna – szerokie, wygodne, umożliwiające wystawienie stolików i krzeseł, obrzeżone trawnikami i drzewami. Druga rzecz podstawowej wagi: większość budynków, choć wolnostojących, ma na parterze lokale użytkowe, czasem (rzadko) są one też w suterenach lub na pierwszym piętrze. Ulica żyje, jest po co nią chodzić. Kolejna ważna rzecz: ruch samochodowy jest na tyle spokojny, że spaceruje się przyjemnie. Ten spokój stąd, że w każdą stronę jest tylko jeden pas ruchu (plus miejscami pasy do skrętu w lewo), a przejść dla pieszych dużo. (Na równoległej Saskiej, gdzie jest szerzej, a przejść mniej, kierowcy mrożą krew w żyłach). Cały ten efekt uzyskany jest w sposób nienachalny. Widać tu, jak poszczególne elementy architektury, urbanistyki, drogownictwa, zarządzania miastem – użytkowe partery, równy i szeroki chodnik, uspokojony ruch, kulturalna architektura – składają się na to, by powstał kawałek Miasta przez duże M. A przecież to bynajmniej nie jest ulica zaprojektowana w jednej pracowni, jak jakieś niby-miasta w typie osiedla Marina. Francuska powstała organicznie, lecz jeszcze w czasach, gdy nawet nowoczesną architekturę łączono z tradycyjnym sposobem rozumienia miasta, w którym domy stoją przy ulicach, a spośród tych główne mają funkcję handlową. W publikacjach o Saskiej Kępie z lubością cytowana jest opinia Marka Leykama z roku 1936: główna ulica Francuska jest obudowana łamaną linią frontów, niechlujnie wytyczonych [...]. Dom koło domu stoi inny w swej brzydocie. Czteropiętrowa kamienica z ładną ścianą szczytową koło nowomodnie rysowanej willi, do której dotyka kamieniczka czerwieniejąca się dachem. Luźna zabudowa przy zwartej, anarchia wszelkich form możliwych. (Cyt. za: H. Faryna-Paszkiewicz, Saska Kępa, W-wa 2001, s. 38–39). Cytat ten uzmysławia, jak nisko w drugiej połowie XX wieku w Warszawie upadliśmy. Sam Leykam był w latach sześćdziesiątych projektantem słynnego szklanego wieżowca przy rondzie Waszyngtona, wadliwego technicznie i z tego powodu po krótkim czasie przebudowanego w zwykły blok, szpecący dziś dzielnicę jak mało co; z tej perspektywy zdanie odomu koło domu innym w swej brzydocie to przykład wyjątkowo zawyżonej samooceny architektów modernistów. (Czteropiętrowa kamienica” – Leykam się pomylił albo używał innego nazewnictwa niż obiegowe, zgodnie z którym parter i gospodarczy strych to nie piętra. Według tego systemu żadnej kamienicy czteropiętrowej na Francuskiej nie ma i nie było).

Ponadto Francuskiej nadaje sens geografia całej Saskiej Kępy, sposób, w jaki w latach dwudziestych wytyczono tu ulice i rozparcelowano grunty. Sama ulica nie była – wbrew pragnieniom Leykama – zaprojektowana jedną sztancą, ale plan całej dzielnicy, owszem, ktoś przemyślał. Z każdego jej miejsca na zachód od ulicy Saskiej do Francuskiej lub jej przedłużenia, Paryskiej, dochodzi się w góra pięć minut. Każda tutejsza ulica jest albo dopływem Francuskiej, albo dopływem jej dopływu; jest to jedno dorzecze.

Oczywiście są też przy Francuskiej rzeczy, które mi się nie podobają. Oprócz wspomnianej architektury III RP są to niektóre rozwiązania drogownicze, ale o tym innym razem.

Na koniec wkładka ilustracyjna, bez której nie może się obyć żaden post.

17 komentarzy:

  1. cóż dodać, cóż ująć. zgadzam się i podpisywam pod każdym zdaniem (z wyjątkiem tych sprawozdawczych z bilansu zysków i strat lokali usługowych, bo na Kępie nie praktycznie w latach 90. nie bywałem). łącznie ze wspomnieniami dotyczącymi poczty, apteki (i biblioteki!), które najbliższe dla Służewa zlokalizowane były nawet dalej niż Dworzec Południowy, bo między Domaniewską a Idzikowskiego.
    czyli znowu występuje bezwstydna jednomyślność. pora przestać blogować.

    jak dla mnie tylko zabudowa takiej ulicy-lokalnego centrum mogła by spokojnie być pięciokondygnacyjna. ale też w ogóle uważam, że nie powinno się budować wyżej.
    marzy mi się, żeby taką metamorfozę przeszła Puławska, na tym swoim odcinku najbardziej alejowo-wielkomiejskim, to znaczy od Rakowieckiej po Madalińskiego (0,5km). tyle że są tam po trzy pasy ruchu, a przejście pośrednie jest tylko jedno - ze światłami założonymi po śmiertelnych wypadkach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabudowa takiego lokalnego centrum mogłaby być pięciokondygnacyjna, ale akurat zabudowa Francuskiej od osiemdziesięciu lat jest, jaka jest, więc nie należy tego zmieniać - sądzę, że i w tym punkcie się zgadzamy. Przy okazji, jak to się fachowo liczy - te kondygnacje? Jeśli są piwnice, parter, dwa piętra i niemieszkalny strych, to jest pięć kondygnacji, czyli typowy na SK budynek dwupiętrowy jest pięciokondygnacyjny?

      No tak, te inne potencjalnie piękne główne ulice dzielnic z międzywojnia mają często tę wadę, że są za szerokie i za długie jak na możliwości powstrzymywania drogowców. Ale czytałem niedawno wywiad z jakimś specem od motoryzacji, który twierdzi, że za trzydzieści-czterdzieści lat samochody się skończą z braku ropy - ...

      Usuń
    2. gdy się skończy ropa, już nic nie będzie takie samo, a my będziemy mogli - tak jak głosiły stare zalecenia z podręcznika do PO - nakryć się białą płachtą i czołgać w stronę cmentarza.
      mam tylko nadzieję, że wcześniej zmodyfikują ten wspaniały wynalazek, jakim jest samochód na coś nieśmierdząco-nietrującego.

      oczywiście mam na myśli kondygnacje nadziemne, czyli parter + czery piętra. bo te kondygnacje sie bierze pod uwagę tak naprawdę określając ileśtamkondygnacyjność.
      a tu masz definicje

      Ilekroć w rozporządzeniu jest mowa o
      16) kondygnacji - należy przez to rozumieć poziomą nadziemną lub podziemną część budynku, zawartą pomiędzy powierzchnią posadzki na stropie lub najwyżej położonej warstwy podłogowej na gruncie a powierzchnią posadzki na stropie bądź warstwy osłaniającej izolację cieplną stropu, znajdującego się nad tą częścią budynku, przy czym za kondygnację uważa się także poddasze z pomieszczeniami przeznaczonymi na pobyt ludzi oraz poziomą część budynku stanowiącą przestrzeń na urządzenia techniczne, mającą średnią wysokość w świetle większą niż 2 m; za kondygnację nie uznaje się nadbudówek ponad dachem, takich jak maszynownia dźwigu, centrala wentylacyjna, klimatyzacyjna lub kotłownia,

      17) kondygnacji podziemnej - należy przez to rozumieć kondygnację zagłębioną ze wszystkich stron budynku, co najmniej do połowy jej wysokości w świetle poniżej poziomu przylegającego do niego terenu, a także każdą usytuowaną pod nią kondygnację,

      18) kondygnacji nadziemnej - należy przez to rozumieć każdą kondygnację niebędącą kondygnacją podziemną,

      Usuń
    3. Dziękuję za wyczerpujące rozporządzenie. Zgodnie z rozporządzeniem budynek, o jakim myślę, podpiwniczony dwupiętrowy z niskim poddaszem, ma cztery kondygnacje, gdyż wysokość poddasza w świetle to raczej chyba nie są 2 metry. Ale należałoby obliczyć. Ponadto zgodnie z rozporządzeniem wyjąwszy klepkę z podłogi i wydłubawszy tam dziurkę, poszerzyłem swoje mieszkanie o część niższej kondygnacji - to może i dobrze.

      Usuń
    4. w praktyce - jeśli poddasze jest użytkowe. jeśli nie, to nie ma o czym mówić.

      Usuń
  2. Świetny wpis! Czytałam na jednym wdechu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci się udało, ale nie rób tego więcej, proszę. Trenujesz nurkowanie?

      Usuń
    2. Pozazdrościć płuc albo oddychania pozaustrojowego. Ewentualnie umiejętności trębacza-saksofonisty ;)

      Nie sposób się nie zgodzić z Szanownym Autorem. I to w 100%. Dodam tylko nieśmiertelny cytat, którym pewien 'życzliwy' komentator kiedyś mię zreprymendował: 'ludzie gdzieś muszą mieszkać'. A od siebie dodam - 'tak, ale czy koniecznie w Warszawie?'.

      PS. Mam sprawdzalną teorię, że wraca się do rzeczy znanych z dzieciństwa/młodości. Świadomie lub mniej świadomie. W tym wypadku dotyczy to miejsca zamieszkania, niekoniecznie w wersji dosłownej, a raczej odbieralnej jako pewien rodzaj (schemat?) zabudowy. Ja też wracam do moich miejsc z dzieciństwa, choć tylko jako zwiedzający, i pewnie już tak zostanie.

      Usuń
    3. "tak, ale czy koniecznie w Warszawie" - właśnie starałem się pokazać, że są w tej Warszawie fajne miejsca do życia. I na pewno nie tylko SK.

      Jasne, wracamy chętnie do klimatów z młodości. Choć do niektórych chętniej za pośrednictwem literatury czy filmu niż w realu bym wracał.

      Usuń
    4. Wszystkie wpisy są tu wypaśne i dopracowane. Szacun. :)

      Usuń
    5. Dzięki. Dobrze, że nie wszystkie spasione.

      Usuń
  3. Bardzo dobry wpis. Coś w tym jest. Niestety, blokowiska stworzone zostały jako "sypialnie", zatem - niezależnie od tego czy lubimy dane blokowisko i czy jesteśmy z nim związani emocjonalnie, czy nie - większość spraw mieszkańcy tychże załatwiają mimo wszystko "na mieście" a do domu wracają kupić wódkę i spać. Bo "alkohole 24h" są wszędzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie na SK nie ma żadnego alkoholu 24h, przynajmniej nie znam! Najbliższy, jaki znam, jest na Targowej.

      Usuń
  4. Ale gdyby cała Warszawa* wyglądała, jak Saska Kępa, to byłoby nudno...

    * no niech będzie, że "całą Warszawa zbudowana po 1918 roku", ale i tak byłaby to lwia część obecnej Warszawy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, byłoby nudno. Takich marzeń przecież nie zgłaszam. Z drugiej strony, jeszcze nudniej byłoby, gdyby Saska Kępa wyglądała tak jak cała Warszawa :)

      Usuń
  5. Saska Kępa w obecnej postaci to niestety dno. Mówię to jako mieszkaniec z 25 letnim stażem i (do nie dawna) wielbiciel Saskiej. W obecnej chwili jest zmian dużo, to prawda, ale wszystko jest robione pod przyjezdnych. Mniejsze sklepy i lokale usługowe, które były tu od zawsze padają jeden po drugim a w ich miejsce są otwierane coraz to nowsze knajpki i banki oraz sklepy sieciowe. Nie długo po zakupy, trzeba będzie jeździć na Gocław. Znikają zakłady fryzjerskie, szewcy... wszystko, ponieważ tak są podnoszone czynsze. Mało tego z cichej, zielonej dzielnicy zrobiła się dzielnica niesłychanie głośna, brudna i szara. Co rusz imprezy na narodowym (stadionie, który jest w tak nie odpowiednim miejscu, że głowa mała), które poprzedzają wielogodzinne głośne próby dźwięku. W mieszkaniach w bocznych ulicach ludzie otwierają firmy, bo mało kogo stać na czynsz. Do tych firm non stop przyjeżdżają klienci, którzy z braku miejsc stawiają samochody gdzie popadnie. Średnio w tygodniu, muszę 2-3 razy wzywać Straż Miejską z holownikiem, bo mam zastawiony podjazd na posesję tak, że nawet rowerem nie wyjadę. Samochody stoją na trawnikach, chodnikach oraz przejściach dla pieszych. Co weekend imprezy na plaży, które są tak niesamowicie głośne, że w lecie nie można spać z otwartym oknem.
    Kiedyś pod każdą ambasadą, których jest tu mnóstwo, był patrol policji plus patrole piesze, teraz? nie ma nic, chyba, że coś się dzieje na stadionie. Zrobiło się niebezpiecznie, pędzlują samochody, domy. Fala ludzi odwiedzających SK zostawia po sobie mnóstwo śmieci, których nie ma gdzie wyrzucać, bo oprócz Francuskiej nigdzie nie ma koszy. Oczywiście służby do tego przeznaczone nie kiwną palcem, bo po co? nooo chyba, że zbliża się święto Saskiej Kępy. Tak to jest ten jeden dzień w roku, gdy Kępa jest sprzątnięta :) Od nie dawna dzieją się również akcje typu, bezdomny na środku ulicy załatwia potrzeby. I to nie tylko numer 1... Mieszka się tu naprawdę coraz ciężej. Jest głośno, brudno, niebezpiecznie i wszędzie samochody ( i to nie auta mieszkańców, bo o godzinie 21wszej na ulicach są może 3-4 pojazdy na krzyż). Kiedyś Saska Kępa to było naprawdę miejsce prestiżowe, spokojne i przyjazne. Można było tu wypocząć. Mówiło się o niej nawet zielone płuca Warszawy. Teraz, piszę to naprawdę z bólem serca, chcę stąd uciec jak najdalej. Coraz częściej myślę o sprzedaży domu i wyprowadzkę pod miasto (co łatwe nie będzie, ze względu na przywiązanie do domu, który budował mój dziadek jeszcze przed wojną).
    A co do alko24, bo był tu poruszany temat. Są stacje, na których można kupić alkohol, a także w przejściu podziemnym na Waszyngtona jest monopolowy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po dzisiejszym dniu z częścią dzielnicy zamienioną w śmietnik i pisuar, helikopterem kilka godzin hałasującym nad głową itd. trudno się z Panem całkiem nie zgodzić, myślę jednak, że Pana obraz jest zbyt czarny. Z samym stadionem dałoby się współżyć, dużo gorsze i głośniejsze są imprezy na błoniach, ale to jest do uregulowania. Parkowanie - zgoda, jest problem, tym bardziej zdumiewa mnie, że na publicznych spotkaniach mieszkańcy wypowiadają się przeciw strefie płatnego parkowania, która pomogłaby go zmniejszyć lub rozwiązać. Padanie małych sklepów i rzemiosła to zjawisko ogólnopolskie, a na Kępie przynajmniej powstaje na ich miejsce coś nowego. Natomiast jeśli chodzi o bezpieczeństwo, to moim zdaniem dziś jest o wiele lepiej niż dziesięć lat temu, gdy jarmark na stadionie przyciągał w tę okolicę wszelki element, a rondo Waszyngtona po zmroku było puste i naprawdę nieprzyjemne.

      Usuń