21 stycznia 2014

Stacja Goczałkowice-Zdrój – niespodziewana introspekcja (Linia kolejowa 139, odc. 6)

Po przelotnym zanurzeniu się w warszawskiej elegancji wracam na linię kolejową 139. Sądziłem, że wracając na nią, opuszczę już stację Goczałkowice-Zdrój i zgodnie z przyjętymi zasadami przemieszczę się o wskazaną przez los liczbę oczek – liczba ta, na razie sekretna, jest mi nawet znana. Piątego stycznia 2014 roku znalazłem się jednak ponownie w Goczałkowicach. Powodem tego przystanku był spontanicznie powzięty zamiar niedzielnego spaceru w gronie rodzinno-przyjacielskim po opisywanej tu już i zachwalanej drodze nad stawem. Droga ta wiedzie zresztą między stawem – kolejnymi stawami – a kanałem melioracyjnym czy jakimś innym uregulowanym ciekiem, co powoduje, że w zakresie kosmetyki skołatanych nerwów ma działanie głęboko tonizujące, jak zwykle krajobrazy zaopatrzone w wodę, drzewa, niebo, trawę i drogę gruntową. W taki zestaw dusza owija się jak w szal, zapewniający jej spokój, ciepło i dobrą wentylację. 

Cel został zrealizowany, doszliśmy do Jeziora Goczałkowickiego, podziwiając tam zaporę, mgłę i kaczki. Przy okazji jednak zauważyłem zmianę w stosunku do poprzedniej, październikowej wizyty na stacji Goczałkowice-Zdrój. Zmiana polega na tym, że większość otworów po byłych oknach i drzwiach, w październiku zasłoniętych paździerzem i blachą, tym razem była otwarta.
Zajrzyjmy przez te trzy otwory.
Od strony parku czarną dziurą zaprasza do środka wejście najbardziej reprezentacyjne, czyli niegdyś główne. Widniejący tam w październiku napis, którego treścią była genitalna charakterystyka niejakiego Skonka, został w międzyczasie zasłonięty czymś w rodzaju hełmu lorda Vadera.
Na kolejnym zdjęciu proszę zauważyć ślady pożaru. To musiała być główna sala dworca:
Ślady pożaru jeszcze lepiej widoczne są w kolejnym pomieszczeniu, którego zamurowane pustakami okna i drzwi wychodzą na peron. Nie znoszę zdjęć z fleszem, ale w tym wypadku nie miałem innego wyjścia; było tak ciemno, że nie widziałem, co fotografuję.
Gdyby ktoś twierdził, że z pierwotnego wystroju nic się nie zachowało – nieprawda. Oprócz stolarki drzwiowej, częściowo chyba do uratowania, jest jeszcze ceramika na podłodze, której trwałość wypada docenić:
Jeszcze rzut oka przez boczne okienko od strony parku:
Na koniec detal będący poszlaką, że za otwarcie okien i drzwi – to sformułowanie niezbyt pasuje do sytuacji, ale nie będę się głowił nad bardziej adekwatnym – odpowiadają nie tylko bezdomni, a przynajmniej że komuś innemu również na tym zależało. (Nawiasem mówiąc, Goczałkowice-Zdrój nie są miejscowością szczególnie przyciągającą bezdomnych, ciążących zwykle ku większym miastom). Zabezpieczenia pozbawione jest również zakratowane okienko piwniczne, bezużyteczne dla przygodnych noclegowiczów. Najwyraźniej ktoś uznał, że lepiej, by budynek, na którym, jak wiemy z cytatów we wcześniejszym poście, łapę trzyma konserwator zabytków, zimą dobrze się wymroził i przewietrzył.
Na zakończenie tej wizji lokalnej odeślę raz jeszcze do poprzednich postów o Goczałkowicach, przypominając, że zgodnie z zawartymi w nich informacjami jeszcze na początku tego XXI wieku – o, tego właśnie, co tu leży pod stołem – dworzec był czynny, użytkowany przez podróżnych, działały kasy, w części budynku były mieszkania.

Ironia ironią, ale ponieważ nie wszyscy rozumieją ten język, miałem ochotę w podsumowaniu go zaniechać, pisząc zupełnie jasno, że mamy tu do czynienia z jawnym skurwysyństwem. Ktoś, komu zależy, by ten zabytek zburzyć – nie wiem, po co? – celowo doprowadza go do ruiny. Przy bezwładzie państwa i jego atroficznych, fasadowych organów w rodzaju urzędu konserwatora zabytków, o policji i prokuraturze nie wspominając, jakiś skurwysyn celowo prowadzi ku zniszczeniu zabytek, o wartości zupełnie dlań nieprzystępnej, tak samo jak dla Wandalów nieprzystępny był urok palonego Rzymu, a dla sowieckich żołnierzy sens istnienia spłuczek do sedesów. Miałem ochotę tak to podsumować, sytuacja okazuje się jednak bardziej skomplikowana. Na stronie goczałkowickiego urzędu gminy widnieje z datą 10 grudnia 2013 – dziwne, że nie zauważyłem tego, pisząc post z historią dworca, wrzucony 17 grudnia – informacja o planowanym na 18 grudnia podpisaniu aktu notarialnego, którym PKP nieodpłatnie przekaże dworzec na własność gminie. Nowszych informacji na ten temat brak. Zadzwoniłem wobec tego do urzędu gminy, gdzie powiadomiono mnie, że owszem, dworzec jest już jej własnością; akt notarialny został podpisany, a odbiór nieruchomości połączony z jej oględzinami miał miejsce na początku stycznia”. Według pani urzędniczki, z którą rozmawiałem, budynek był wówczas odpowiednio zabezpieczony, okna i drzwi zamknięte. Przypominam, że zamieszczone wyżej zdjęcia są z niedzieli 5 stycznia. 

Cóż, być może wszyscy mają tu doskonałe i czyste intencje, wszyscy robią, co do nich należy, skurwysyństwo jest pojęciem całkowicie niestosownym do sytuacji, a że to i owo się czasem rozsypie – taka już nasza karma. Na zakończenie jeszcze napotkany na peronie cytat ze św. Jana (8,32), nie wiem, czy świadomie cytowany:

11 komentarzy:

  1. Ale tam ktoś ciekawsko zagląda:) i ile książek się zachowało z pożaru...
    A wszelkie kwestie związane z finansami publicznymi bardzo przejrzyste miały być, ale widać, że podejście do tej przejrzystości jest różne:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Książki - to jakieś kafle są, jeśli mamy na myśli to samo zdjęcie.

      Finanse publiczne - na stronie UG Goczałkowice można znaleźć dość szczegółowe dane na temat ich budżetu, wydatków, inwestycji (roczny budżet gminy to ok. 30 mln złotych, czyli remont dworca nie jest dla nich finansowo nie do ogarnięcia). Na ten rok na dworzec nie zaplanowano jeszcze żadnych wydatków, oczywiście mogą coś znowelizować. Dla mnie w takich przypadkach najgorsza jest bezczynność, niemoc czy nieobecność organów państwa, które powinny się zajmować ochroną zabytków - tego budynku nie ma, zdaje się, w rejestrze zabytków, co samo w sobie jest już dowodem wadliwości działania tych organów, ale podlega ochronie jako część zespołu uzdrowiska.

      Usuń
    2. O kurczę, to rzeczywiście kafle piecowe są. Dawno temu w piaskownicy używaliśmy ich jako naczyń i gotowaliśmy zupy błotne, ale skąd mieliśmy takie kafle to pojęcia nie mam;) pewnie jako czynnik uboczny mody w latach 80-tych zostały zbijane, a w miejsce pieców wskakiwały meblościanki... czemu nie dziwię się jednocześnie, bo palenie w piecu do komfortowych czynności nie należy:)

      Usuń
    3. Ale kiedy się skarżę na zimowe rachunki za gaz, to żona mojego dozorcy, mieszkańca kamienicy przy Wileńskiej, patrzy na mnie z uśmieszkiem i mówi, że u siebie kaloryferów w ogóle nie włącza, wystarczy, że w piecu napali :)

      Znam mieszkania, gdzie mimo normalnego c.o. piece kaflowe są zostawione z sentymentu, ale trudno się dziwić, gdy sentyment ustępuje miejsca życiowym potrzebom, bo taki piec zajmuje kupę miejsca.

      Usuń
  2. Ach, te zdrojowe klimaty. Od razu człowiekowi lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haust spalenizny w płucach i od razu nowe siły w człowieku wzbierają.

      Usuń
    2. A po dwóch haustach można góry przenosić.

      Usuń
    3. Ostatnio gościłem w Krakowie koło Swoszowic-Zdroju, kupiłem sobie maczetę do cięcia powietrza.

      Usuń
    4. Ale że co, jest tam w powietrzu duże stężenie substancji nielotnych? W Krakowie czy w Swoszowicach?

      Usuń
  3. jest to jeden z odcieni tego samego skurwysyństwa, które doprowadza do ruiny stare, piękne budynki po to, aby na ich miejscu wybudować nowe, większe, lepsze i brzydsze.

    OdpowiedzUsuń
  4. Świadomie cytowany

    OdpowiedzUsuń