Główną obok Pompejów i nieco mniej słynnego Herkulanum atrakcją turystyczną w pobliżu Neapolu jest pałac królewski i otaczający go ogród w Casercie, miejscowy Wersal – ech, ileż w świecie lokalnych Wersalów – ale ten zdaniem znajomego historyka sztuki w niczym nie ustępuje podparyskiemu ani klasą, ani skalą (jest chyba nawet większy). Pojechaliśmy do Caserty, stanęliśmy przed pałacem, który zresztą stoi niemal vis-à-vis stacji kolejowej, ale nie zajrzeliśmy do środka, i nie tylko dlatego, że pojedynczy bilet kosztował 12 euro – po prostu takie pałace nie leżą ani w centrum, ani nawet na peryferiach naszych zainteresowań. Nieco oburzeni byliśmy tylko tym, że to samo 12 euro trzeba zapłacić za wstęp do olbrzymiego ogrodu – ewentualnie, chcąc zaoszczędzić, można wykupić roczną kartę wstępu do samego ogrodu, bez pałacu, kosztującą jedyne 10 euro. Na to może byśmy się zdecydowali, gdyby przez ogród było nam po drodze – ale nie było, bo wejścia do niego są tylko od strony pałacu. Nam zaś zależało na tym, by pałac i ogród w Casercie obejść – ewentualnie przejść na wskroś – w drodze do innej atrakcji, zdecydowanie bliższej wspomnianemu centrum, mianowicie do lokalnych familoków.
Kilka kilometrów od pałacu, u podnóża gór, które w tym miejscu się zaczynają i ciągną dalej w zasadzie do wybrzeża adriatyckiego, stoi bowiem kompleks nazywany Belvedere di San Leucio, mieszczący niegdyś – pod jednym dachem – kolejny królewski pałac (formalnie „pałacyk myśliwski”) oraz fabrykę jedwabiu, w swoim czasie główną jego wytwórnię w Europie. Fabryce tej towarzyszy zespół domów robotniczych, czyli – familoki.
Fabrykę założył w roku 1778 czy też 1779 król Neapolu Ferdynand IV Burbon (zresztą wnuk Augusta III Sasa; później, po Kongresie Wiedeńskim, pierwszy król Obojga Sycylii jako Ferdynand I, w innej numeracji). Jej budowie od samego początku towarzyszył projekt socjalny: w ciągu kilku lat, w pierwszej połowie lat 80. XVIII wieku wzniesiono zespół domów robotniczych, niemal prototypowy przykład ujednoliconej zabudowy szeregowej, oraz szkołę; również kaplicę pracownicy mieli pod tym samym (królewskim) dachem co fabrykę. Według informacji z włoskiej Wikipedii, której rzetelności nie jestem pewien, w domach robotniczych, zamieszkanych po dziś dzień, od początku była bieżąca woda (gdzieś w pobliżu przebiegał już wcześniej akwedukt prowadzący wodę do pałacu w Casercie). Od samego początku przedsięwzięcie miało też oprócz przemysłowego charakter społeczno-reformatorski. Nazwa całości brzmiała: Real Colonia di San Leucio, Królewska Kolonia/Osada San Leucio (zdaje się, że w nazwie tej osobliwie wymieszane są formy hiszpańskie i włoskie, co zapewne odpowiada językowi dworu Burbonów). Król zatwierdził specjalny statut, którym rządziła się pracownicza społeczność; miała ona własne prawa, zwyczaje i tradycje, pod wieloma względami dalece odbiegające od ówczesnej normy. Wymieńmy np. zniesienie posagów i testamentów (istniała własność dziedziczna, lecz mienie osób umierających bezdzietnie przechodziło na cele charytatywne), zwolnienie młodych z obowiązkowej zgody rodziców na ożenek, za to wprowadzenie minimalnego wieku (20 lat dla mężczyzn, 16 dla kobiet), zakaz obrzędów żałobnych, obowiązkowe szczepienia przeciw ospie, samorządność kolonii robotniczej oraz obowiązek szkolny dla dzieci robotników od szóstego do piętnastego roku życia, po którym rozpoczynano pracę; według informacji ze wskazanego, niepewnego źródła był to pierwszy we Włoszech przykład powszechnego obowiązku szkolnego. Ktoś może powiedzieć, i słusznie, że chodziło o wykształcenie wykwalifikowanej siły roboczej; z kolonii można było jednak odejść, pozostawanie w niej było dobrowolne. W roku 1799 Ferdynand IV przedstawił plany rozbudowy osady w całe idealne miasto o nazwie Ferdinandopoli; z planów tych nic nie wyszło, zaraz bowiem na blisko dwadzieścia lat wybuchła awantura napoleońska. Rzut oka na plan projektowanego Ferdinandopoli jest wszakże poruszający, gdyż widzi się, wypisz, wymaluj – Nikiszowiec. Założenie geometryczne jest nieco inne, król Ferdynand lubił koło, koncern Georg von Giesches Erben i Zillmannowie woleli wielokąty, to jednak detal. Reszta się zgadza: jednolite kwartały zabudowy szeregowej z zielenią i częściami gospodarczymi wewnątrz, podobna skala, urządzenia socjalne od początku zaprojektowane jako element całości.
(Kwestia dat: oczywiście zespół w San Leucio jest bardzo wczesną realizacją pomysłu przyfabrycznego osiedla robotniczego, stąd jego wartość. Większość śląskich familoków, do których tu San Leucio przyrównuję, i podobnych obiektów z innych części Polski pochodzi z początków wieku XX, te starsze z drugiej połowy XIX).
Na początek zdjęć bardzo posklejana panorama z tarasu przed pałacem. Widoczne są na niej domy robotnicze – to rząd budynków na pierwszym planie pośrodku. Na lewym i prawym skraju pałac, po lewej obok niego zabudowania fabryczne. Na środkowym kadrze na lewo od centralnej alei, ponad dachami budynków pracowniczych, wprawne oko zdoła dostrzec dach pałacu w Casercie, za którym we mgle ledwie majaczy Wezuwiusz. Panoramę celowo zamieszczam malutką, należy ją klikać.
Na zdjęciu satelitarnym wygląda to tak:
U góry pałac-fabryka; wysunięta część na osi ulicy prowadzącej do pałacu kryje wewnątrz kaplicę, choć przy samej ścianie frontowej są królewskie apartamenty z najlepszym widokiem. Po prawej pomniejsze zabudowania fabryczne i gospodarcze. Główna część produkcyjna fabryki usytuowana była w długiej oficynie na tyłach pałacu, z oknami wychodzącymi na gaj cytrynowy (nie wiem, czy to umilało pracę przy maszynach przędzalniczych). W dolnej części zdjęcia, wzdłuż Via dei Giardini Reali i jej przedłużenia, ustawiony pod kątem rozwartym długi szereg domów robotniczych. Widok na familoki z królewskiego okna:

Proszę zwrócić uwagę, że po blisko ćwierć tysiącleciu istnienia domy są w różnym stanie zadbania i otynkowane w rozmaite barwy, lecz widać, że ich projekt jest dokładnie ten sam, według dwóch czy trzech wzorów (we wszystkich osiedlach pracowniczych rzecz normalna – inne domy dla górników, inne dla sztygarów, czy też inne dla robotników, inne dla kadry, jak w Żyrardowie). Jeszcze jedno spojrzenie, a po nim kilka widoków pałacu-fabryki:




San Leucio zwiedziliśmy w godzinę z okładem w towarzystwie drugiej, czteroosobowej rodziny turystów, oprowadzani za 3 euro przez biletera-kustosza-przewodnika, którego asysta uniemożliwiła mi niestety wczytanie się we wszystkie plansze z wiadomościami historycznymi. W kompleksie pałacowo-fabrycznym do lat 70. XX wieku prowadzono jakąś produkcję, później popadł on w zaniedbanie, a w latach 90., po przejęciu przez państwo, został wyremontowany i przeznaczony na muzeum. Większość ekspozycji to maszyny do przędzenia, tkania itd., całkiem mi obojętne – niemniej spacer po obiekcie był bardzo ciekawy. Z atrakcji w części pałacowej wymienię, poza widokami z okien, ogrzewany basen; formalnie nazywa się to łazienką królowej, ale łazienka ma rozmiar i kształt sporego kamiennego basenu, do którego gorąca woda była doprowadzana z pieców w sąsiednim pomieszczeniu. Do muzeum należy też, jak wnoszę z wiszącej tam tabliczki, jeden z domów robotniczych, jest jednak zamknięty.
Po wyjściu z muzeum i krótkim popasie na placyku zabaw złożonym z trzech smętnych huśtaweczek przeszliśmy do drugiej części planu.
(Tu dygresja: zabytki zabytkami, pociągi pociągami, flaki flakami, słońce słońcem, wino winem, pejzaż pejzażem, ale pod względem placów zabaw Włochy to w porównaniu z nami Trzeci Świat).
Pogoda tego dnia nie rozpieszczała, ale według prognozy do południa nie miało padać, później miało tylko siąpić. Dalszy plan przewidywał spacer do mieścinki Casertavecchia, czyli Stara Caserta – formalnie, jak San Leucio, dzielnicy Caserty – będącej w średniowieczu głównym lokalnym ośrodkiem, z którego następnie życie przeniosło się gdzie indziej. Wiedziałem o niej w zasadzie tyle, że jest ładna, stara i wysoko położona. Na mapie wygląda to tak:
Czerwona kropka to Belvedere di San Leucio, czerwona ramka – Casertavecchia. W prostej linii parę kilometrów. Mimo wcześniejszych doświadczeń zapomnieliśmy jednak, że w tym kraju wszechobecnych gór, gdzie drogi częściej biegną serpentynami niż po linii prostej, nasza nizinna umiejętność oceniania odległości na oko jest na nic.
Dopytaliśmy się o drogę i szliśmy, zwykle lekko pod górę; zgodnie z objaśnieniami po trzech – czterech kilometrach skręciliśmy z jednej szosy w inną; gdy z niej z kolei skręciliśmy według drogowskazu w kolejną, uboczną, po której niemal nic już nie jeździ, sądziliśmy, że od Casertavecchii dzieli nas najdalej pięć minut. Widoki po drodze były takie (klikać):
Droga się jednak przedłużała, pięć minut za ostatnim zakrętem urosło do pięćdziesięciu; w doskonałej zgodzie z prognozami zaczynało mżyć. Gotów byłem uznać, że zabłądziliśmy, zwiedzeni przekręconym drogowskazem (neapolitańczycy na wszelkie sposoby znęcają się nad znakami, w tym zwłaszcza zakazami wjazdu, fantazyjnie je wyginając, zaklejając, kalecząc, chyba też łamiąc kołem i wbijając na pal), gdy po kolejnym wirażu Casertavecchia wreszcie się przed nami ukazała – czy też nad nami, jak fatamorgana oddzielona od nas jeszcze jedną doliną i zboczem.


Miasteczko, do którego wreszcie doszliśmy, jest – z naszej, północnowschodniej perspektywy – jak bajka. Pośrodku romański, dwunastowieczny kościół cudowny w swej prostocie i doskonałości – cudowny też w tym, że nie ma w nim na ścianach arcydzieł, że nie mówią o nim przewodniki – że po prostu jest. W ciemnym wnętrzu dwa rzędy marmurowych kolumn (marmur chropowaty, nieszlifowany, matowy) ze starożytnymi kapitelami z odzysku, kopuła nad zbiegiem nawy i transeptu, ambona z marmurową intarsją, taki sam ołtarz, naga kamienna absyda, w niej krucyfiks i małe organy. Poza tym prawie nic – gdzieś zachowany fragment fresku, w bocznej nawie przy ścianie piękna drewniana Madonna. Barokowy wystrój, który musiał tu być, usunięto zapewne na fali konserwatorskiego puryzmu. Na prawo od kościoła dzwonnica późniejsza o wiek. Na lewo dom parafialny; gdy wejdzie się w bramę i minie budynek, dalej jest już tylko panorama.
Dookoła mieścinka w całości z szarobrązowego kamienia, rozciągnięta wzdłuż jednej ulicy z kilkoma parostkami. Dochodząc do końca ulicy czy parostka, napotyka się to, co zwykle na skraju włoskich miast zbudowanych na górze: skarpę, zbocze albo przepaść. Dwa czynne bary, kilka nieczynnych restauracyjek – może nie ta godzina, może nie ten sezon. Żadnego sklepu; akurat gdy przyszliśmy, jeździł sklep obwoźny, pickup wypełniony głównie warzywami, a kilku miejscowych wyrostków przedrzeźniało sprzedawcę, chodząc po miasteczku i się drąc: „Cebuuula, dziś nadzwyczajna oferta na cebulę, tylko w ten wieczór”. Według Wikipedii jest tu 187 mieszkańców. Idzie się między kamiennymi domami, na jednym z nich czyta się tabliczkę: „dom z XI wieku, pierwotnie kościół”, ale ten budynek nie wyróżnia się z otoczenia. Zdjęcia wrzucam w kolejności wykonania; tego, co najciekawsze, czyli kościoła, obfotografować nie zdążyłem, bo zapadł przyspieszony przez chmury zmierzch.
Na zakończenie ostatnie spojrzenie na nowe drzwi kościoła, brązowe, rzeźbione, z których przygląda się nam znana Polakom twarz.
To
nie była moja pierwsza podróż w te rejony świata, niemniej wciąż
zaskakuje mnie, ile w nich miejsc łączących
naturalne i kulturowe piękno. Albo lepiej: do jakiego stopnia są one tym pięknem nasycone. Rzym, Wenecja, Paryż, Toledo itp. –
wszyscy ludzie w moim otoczeniu coś o nich wiedzą, większość coś z nich widziała. Ale Casertavecchia czy Castelmezzano –
zgódźmy się, że to mało komu cokolwiek mówi. Tymczasem to miejsca,
po których chodzi się, jakby się stale unosiło dziesięć centymetrów nad ziemią. Pierwszy widok Castelmezzano z
okna autobusu po prostu odbiera mowę. Kościół w Casertavecchia w swej w
pełni zachowanej romańskiej doskonałości godzien jest obejścia na
kolanach. Rzecz w tym, że we Włoszech takie rzeczy napotyka się co
krok, trafia się na nie przypadkiem, wcale ich nie szukając. O Casertavecchii dowiedziałem się, bo przed
wycieczką do San Leucio z poczucia
obowiązku otworzyłem na Wikipedii hasło „Caserta”. Zobaczyłem tam kilka
zdjęć z Casertavecchii, pomyślałem: ładne. Spojrzałem na mapę,
pomyślałem: blisko, po tej samej stronie miasta – idziemy.
Z Casertavecchii na dworzec w Casercie wróciliśmy ostatnim miejskim autobusem, właściwie busikiem, który odjeżdżał według rozkładu o 18.20. Ponieważ było już ciemno i mżyło, a my byliśmy zmęczeni, nie przeciągaliśmy zwiedzania i zeszliśmy kwadrans wcześniej do autobusu, którego przystanek usytuowany jest na parkingu nieco poniżej osady. To nas być może uratowało, bo kierowca ku naszemu zdumieniu ruszył dwanaście minut przed czasem (byliśmy jedynymi pasażerami). Taka sytuacja powtórzyła się później we Włoszech raz jeszcze (a autobusami jeździliśmy podczas tej podróży wszystkiego sześciokrotnie) – to przyczynek do przewag kolei nad transportem autobusowym, o których mowa była w poprzednim poście. Na kolei taka sytuacja nie może mieć miejsca, ponieważ decyzje nie są podejmowane jednoosobowo – nie zależą od widzimisię kierowcy. Kierowca ów – ogolony na pałę, tęgawy, mocno zbudowany pięćdziesięciolatek – był skądinąd bardzo sympatyczny. Przez pół drogi po serpentynach i wąskich uliczkach prowadził jedną ręką, rozmawiając przez trzymaną w drugiej komórkę; rozmowa dotyczyła głównie kulinariów, z podawaniem pełnych receptur. Gdy w szerokiej na trzy metry uliczce samochód osobowy przed nami musiał się wycofać na wstecznym aż do miejsca, gdzie mógł się z busikiem minąć – sytuacja we Włoszech normalna – kierowca, relacjonując to rozmówcy na bieżąco, stwierdził (to wysłyszała Z., mój włoski jest słabszy): facciamo Romeo e Giulietta, „robimy Romea i Julię”. Po zakończeniu rozmowy przez komórkę zaczął mówić do nas i do końca już nie przestał; poinstruował nas między innymi, co mamy jeszcze koniecznie zobaczyć, będąc w Neapolu (podziemia i Wybrzeże Amalfitańskie). Na koniec wysadził nas przy samej stacji i odmówił sprzedania biletu, tzn. nie wziął żadnych pieniędzy. Wytłumaczył: Io regalo, io!, wskazując przy tym kilkakrotnie palcem na siebie oraz podwyższając głos, przeciągając i akcentując każdy dźwięk w słowie io.